Archiwum z 2000 roku

przepisane

Wednesday, January 19th, 2000

Bylo sobie kiedys dwoch ciezko chorych mezczyzn, ktorzy dzielili niewielki pokoik w pewnym szpitalu. Pokoj, naprawde maly, mialtylko jedno okno. Jeden z chorych, ten, ktorego lozko znajdowalo sie naprzeciwko okna, mogl codziennie, popoludniu- w ramach leczenia- siadac na godzine w swoim lozku, co mialo pomoc odprowadzac flegme z pluc, czy cos takiego. Drugi mezczyzna musial niestety caly czas lezec. Tak wiec kazdego popoludnia pierwszyz chorych siadal wsparty poduszkami naprzeciw okna i spedzal godzine, opisujac swojemu towarzyszowi co widzi za oknem. Najwyrazniej okno wychodzilo na park, byl tam staw. Pod koronami drzew spacerowali, trzymajac sie za rece, zakochni. Byly kwiaty i trawniki… Mezczyzna, ktory nie mogl siadac i ogladac tego wszystkiego, sluchal lapczywie slow wspoltowarzysza, cieszac sie kazda minuta opowiesci. Ktoregos dnia uderzyla go jednak dziwna mysl- dlaczego to niby tylko tamten mezczyzna mialby rozkoszowac sie widokiem z okna? Wstydzil sie swojej zazdrosci, lecz im bardziej staral sie o niej zapomniec, tym wieksze dreczylo gopragnienie zmiany. Zrobilby wszystko, by wyjrzec przez to okno.
I oto pewnej nocy, wpatrzony w sufit uslyszal, jak jego kolega budzi sie i kaszlac, duszac sie, rozpaczliwie szuka przycisku, ktorym moglby przywolac pielegniarke.
Nie pomogl mu jednak. Obserwowal go tylko. Oddech tamtego biedaka wkrotce zamarl. Rano zabrano jego cialo.
Odczekawszy nieco by nie przekroczyc granic przyzwoitosci, poprosil, by przeniesiono go do lozka naprzeciw okna. Spelniono jego prosbe. Otulony posciela, lezac wygodnie czekal, az wszyscy wyjda. Potem podniosl sie ciezko na lokciu i zaciskajac z bolu zeby, zerknal przez okno.

Za oknem byla SCIANA.

Thursday, January 6th, 2000

Po dwugodzinnym snie bylem zmuszony obudzic sie i wyruszyc w podroz do domu rodzinnego na Warmii i Mazurach. Spiaco jest. Ciut lunatykuje. Wraz z rowniez lunatykujaca, spiaca L.P. jedziemy rannym pociagiem do Olsztyna, spotykamy w nim jedynego w swoim rodzaju swirusa- wariata, ktory uwaza sie za aniola i jak kazdy aniol nie potrzebuje biletu na przejazd. Potrzebuje go zas konduktor, krory owego swirusa- wariata probuje wyelminowac z pociagu. Ale on, jak kazdy swirus- wariat nic sobie z tego nie robi, obiada sie czekolada i probuje nas namowic abysmy w ciagu trzech najblizszych miesiecy ogladali telewizje, bo ponoc bedzie sie dzialo, och bedzie.
W Olsztynie zegnam sie z L.P. , skladam jej swiateczne zyczenia i ogolnie jest bardzo przyjemnie.
Do domu wracam z Olsztyna autobusem, konkretniej- dwoma. Wiewiorki takie same jak przed dwoma tygodniami. Tablica informujaca o nazwie miejscowosci troche przekrzywiona, jakby ja szlag trafil. Pies sasiadow wciaz szczeka na sasiadow. Telefon od O. z Przemysla.
Kolacja wigilijna z mniejsza dawka klotni przystolnych. Wzruszajaco jest. Rozdaje prezenty.
Telefon od A.Z. Zadzwonila tez o dziw nad dziwy K.M. Pytala czy za nia tesknie. Kilkudniowe rozstanie dobrze mi jednak zrobi.