Archiwum z 2003 roku

Friday, August 22nd, 2003

[W swiat isc, po nitce. Do klebka. Droga dluga, zmudna. Lecz warto isc. Chocby po Nic.]

Kilka godzin spedzam w Gey village niedaleko glownego dworca autobusowego w Manchesterze. Licze na palcach homoseksualistow i az mi sie oczy zaokraglaja ze zdziwienia, ze nie brakuje mi palcow. Piwo sie leje, brac sie smieje. Lokalni bezdomni czekaja na chleb na rogu Oxford Road.

Mijaja dnie, mijaja noce. Mija czas. Autor nieznany.

Wednesday, August 20th, 2003

[Po porannej kawie czuje sie wysmiewicie, humor psuja mi tylko informacje na pierwszych stronach gazet, ze znowu zabito zolnierzy amerykanskich w Iraku i wysadzono w powietrze samochod w Jerozolimie. Nawet najbardziej opiniotworcze dzienniki smierc uznaja za cos chwytliwego, pozadanego przez spoleczenstwo, kierujac sie tym samym w strone brukowcow, tytulow, ktore zamiast dodawac otuchy, te otuche odbieraja.]

B.E. probuje przytulic sie do mnie, objac, ba nawet pocalowac w policzek. Przed kilkoma minutami palila hasz, stad ta spolegliwosc.

Z I.H. oraz jej narzeczonym konwersacja na temat angielskiej pomocy socjalnej tylko wyostrza sceptycyzm. Wszystko ma swoje granice. I swoj koniec.

Tuesday, August 19th, 2003

[Przechodzac przez ulice natknalem sie na szara wiewiorke. Przycupnela tuz przy mojej nodze, machnela ogonkiem i pobiegla w strone najblizszego drzewa. Dzien zaczalem od szczesliwego spotkania] W Manchesterze zimno, wietrznie, chmurno. W The Guardian ciekawe artykuly o angielskiej edukacji. Tekst o szkolach dla mniejszosci narodowych. W internetowej skrzynce pocztowej kilka listow rekomendujacych strony pornograficzne. Bezplatna dawka wizualnego seksu. Rozmowa z L.D. na temat wyjazdu do Niemiec. O maly wlos nie poklepalem jej po ramieniu. Duzo we mnie emocji. Nigdy nie slabna. Trzy czwarte dnia spedzam przy komputerze. Mam problemy ze wzrokiem. Sluch mi sie tepi. Ludzie mowia, ze ja to nieja. Czas szlocha we mnie.

Monday, August 18th, 2003

Gdybym mogl glaskalbym Twoje wlosy pod wiatr. Gladzil policzki miekko zanurzajac oddech. Ploszyl spojrzenia szeroko rozszerzonych zrenic. Plotl koszyk z dloni dla kwiatow i serca. Sluchal cierpliwie krokow z kazdej strony glosu. Szeptal radosne slowka muskajac zadziornie opuszki zdan. Czekal skrzypienia drzwi gdy Cie nie ma. Gdybym mogl zapoetyzowalbym chwile na przekor czasu. Objal ramieniem kazda udreke. Szedlbym pod slonce po ksiezyc. Widzialbym Cie przez gory. Nauczylbym sie latac. Na sniegu szukal krokow i szedl po krokach do Ciebie.

Niebo nie zawsze jest gwiazdziste. Gwiazdy nie zawsze spadaja.

Monday, August 18th, 2003

[Ciesze sie kazdym listem jak dziecko. Samotnosc kasa jak zmija. Place cene za nieswoje grzechy.]

W Bibliotece Miejskiej w Manchesterze. Potem w sklepie z przeroznymi towarami z Afryki, Azji i Ameryki Poludniowej kupuje kartke dla X. Obiad w barze pakistanskim przy Old Bury Road. List od K. na dobranoc i od J. na dzien dobry. Ospalosc i jeszcze raz. U I.H. narzeczony. Wczoraj wrocili o drugiej w nocy taksowka za dziesiec funtow. J. szuka nerwowo pieniedzy w sejfie. Alkohol paruje uszami, kac ma co robic.

W glowie wciaz swieze wspomnienia z Brieselang i Berlina. Twarze widoczne w megapikselach. Tesknota korci. Ogolnie rzeczy sie maja dobrze. Z Londynu przyszedl zalegly certyfikat uzyskania bardzo dobrego wyniku z egzaminu Pitmana. Ktos mowi, ze teraz moge angielskim wojowac. Chowam glowe w piasek.

W Manchesterze kropi. Pietnascie stopni Celsjusza. Cisnienie niskie. Wiatr umiarkowany. Na glowie luszczy mi sie skora. Od przegrzania niemieckim sloncem.

Monday, August 18th, 2003

[Ciesze sie kazdym listem jak dziecko. Samotnosc kasa jak zmija. Place cene za nieswoje grzechy.]

W Bibliotece Miejskiej w Manchesterze. Potem w sklepie z przeroznymi towarami z Afryki, Azji i Ameryki Poludniowej kupuje kartke dla X. Obiad w barze pakistanskim przy Old Bury Road. List od K. na dobranoc i od J. na dzien dobry. Ospalosc i jeszcze raz. U I.H. narzeczony. Wczoraj wrocili o drugiej w nocy taksowka za dziesiec funtow. J. szuka nerwowo pieniedzy w sejfie. Alkohol paruje uszami, kac ma co robic.

W glowie wciaz swieze wspomnienia z Brieselang i Berlina. Twarze widoczne w megapikselach. Tesknota korci. Ogolnie rzeczy sie maja dobrze. Z Londynu przyszedl zalegly certyfikat uzyskania bardzo dobrego wyniku z egzaminu Pitmana. Ktos mowi, ze teraz moge angielskim wojowac. Chowam glowe w piasek.

W Manchesterze kropi. Pietnascie stopni Celsjusza. Cisnienie niskie. Wiatr umiarkowany. Na glowie luszczy mi sie skora. Od przegrzania niemieckim sloncem.

Thursday, August 14th, 2003

[Berlin ZOO Garden wypelniony po brzegi podroznymi. Na placu przy Katedrze mloda kobieta gra na perkusji z powodzeniem gapiow. Turecki sprzedawca pyta czy kebab z kurczaka czy z wolowiny. Od dwoch miesiecy nic sie tu nie zmienilo.]

Maruszka ma ciemne oczy. I. mowi, ze urode hinduska, L. dodaje ze charakter anielski. Maruszka uczy mnie niemieckiego, opowiada o Malcie- biale koscioly okazuja sie kremowe, a piasek na plazy ma barwe zlota. Maruszka zaplata warkocze i spiewa. Na Malcie uczy arytmetyki i algebry. W glosie spokoj. Spokoj ponad wszelkie glosy.

R. probuje poderwac I., K. caluje sie publicznie na wietrze. Na lodzi wikingow temperatura niska, na moich nogach rolki- nigdy wcyesniej cos takiego nie.

Skupienie nie warte uwagi. Mysli opadaja.

Berlin. Temperatura dwadziescia osiem stopni. Wszelkie lody topnieja.

Wednesday, August 6th, 2003

[Dostaje telefoniczna informacje, ze wkrotce wyjezdzam do Berlina z grupa mlodziezy zakochanej w futbolu. Dodano, ze nie sa to kibice, wymagaje jedynie opieki. Po cichu- ze nie sprawia zadnych problemow. Coz, zgadzam sie, coz mi zostalo- takie zycie na walizkach od kraju do kraju. Od lotniska do lotniska.]

W nocy snila mi sie wojna, zolniez skierowal w moja strone karabin maszynowy i wycelowal- wlasciwie to nie czulem kuli- tylko oslabienie. Czulem jak sie ulatniam, centymetr po centymetrze. Nie bolalo. Obudzilem sie szukajac potu na skroniach. Nie znalazlem.

M.M. pisze ‘Odnosze wrazenie, ze to Ty sam boisz sie przeszlosci, dlatego do niej nie wracasz.Ale czy jestes pewien, ¿e przyszlosc przyniesie Ci zadowolenie i radosc, spelni twoje marzenia i pragnienia? Moim zdaniem jest ona bardziej niebezpieczna niz przeszlosc Te druga juz znasz…To smutne, ze spojrzec mi w oczy z usmiechem jest dla Ciebie takim trudnym zadaniem…’

Niestety jest wiele rodzajow Usmiechow. I wiele rodzajow Spojrzen.

Wednesday, August 6th, 2003

[Dostaje telefoniczna informacje, ze wkrotce wyjezdzam do Berlina z grupa mlodziezy zakochanej w futbolu. Dodano, ze nie sa to kibice, wymagaje jedynie opieki. Po cichu- ze nie sprawia zadnych problemow. Coz, zgadzam sie, coz mi zostalo- takie zycie na walizkach od kraju do kraju. Od lotniska do lotniska.]

W nocy snila mi sie wojna, zolniez skierowal w moja strone karabin maszynowy i wycelowal- wlasciwie to nie czulem kuli- tylko oslabienie. Czulem jak sie ulatniam, centymetr po centymetrze. Nie bolalo. Obudzilem sie szukajac potu na skroniach. Nie znalazlem.

M.M. pisze ‘Odnosze wrazenie, ze to Ty sam boisz sie przeszlosci, dlatego do niej nie wracasz.Ale czy jestes pewien, ze przyszlosc przyniesie Ci zadowolenie i radosc, spelni twoje marzenia i pragnienia? Moim zdaniem jest ona bardziej niebezpieczna niz przeszlosc Te druga juz znasz…To smutne, ze spojrzec mi w oczy z usmiechem jest dla Ciebie takim trudnym zadaniem…’

Niestety jest wiele rodzajow Usmiechow. I wiele rodzajow Spojrzen.

Tuesday, August 5th, 2003

[Dwa dlugie, sympatyczne listy ze Slovenii i Lotwy. A.S. pisze, ze w Lublianie ponad trzydziesci stopni celsjusza, ludzie nie wychodza z domow, w sklepach zabraklo wody mineralnej, a parasole zamiast do ochrony przed deszczem sluza do ochrony przed sloncem. R.G. spotyka w Rydze coraz wiecej pijanych osob, potykajacych sie o wlasne nogi, komunizm tam jeszcze nie upadl- komuny alkoholikow oblegaja miejskie parki i skwery, w urzedach i administracji nie zaczyna sie dnia od kieliszka wodki.W Anglii gazety notuja najwyzsze od lat temperatury, pociagi spozniaja sie, linie kolejowe staja sie elastyczne, karetki pogotowia w Londynie co kilka minut woza omdlale osoby do szpitali i klinik. dziura ozonowa to juz nie wydumana historia naukowcow, dziura ozonowa to fakt.]

Choruje od lat na bezsennosc, wierce sie, przewracam z boku na bok, pije wode mleko, ale to nie przynosi ulgi. Wstaje w nocy, pisze, czytam, slucham klasyki, rozmyslam, patrze w niebo, hipnotyzuje sie, noc jest dla mnie jak klatwa. Ciemna.

Na stacji kolejowej w Oslo nie rozmawia sie po angielsku. Tam sie w ogole nie rozmawia.

Tuesday, July 15th, 2003

iluzja to taki stan kiedy wiara mocna. patrzy tym samym wzrokiem sypiac te same iskry. rozlupuje skorupki nieba krzyczac. glaszcze palce namietnie szukaja ujscia. pyta wytrwale nie bez odpowiedzi. pomija trudna przeszlosc machajac ogonem. harda. przegrywa jak sie ma. walczy drapieznie zdziera skore z czlowieka wyrywa. serce. podnosi glos az krzycza przynozne kamienie. rozdziera granice na dwie polowy. wyzwolenie ma w sobie cos z pogardy. gdy mowisz sam nie wiesz co mowisz. kazdy kąt parska falszywym smiechem. ile nad tym myslalas. konsekwencja musi byc. trzeba zgladzic.

“Felix qui potuit rerum cognoscere causas”

Tuesday, July 15th, 2003

.nie zapalaj swiatla ja placze. widzisz ja nienormalna. zarzekam sie siebie az nie moge patrzec.

.szykuje sniadanie dogadza sluzy przynosi krzesla rozstawia talerze prasuje. na tym zdjeciu jest mala dziewczynka na tamtym panna. ci chlopcy wspaniali rok temu teraz nie. ciotka hoduje nutrie przeciez trzeba z czegos zyc. adas. to moja siostra ojciec gdyby nie wasy przystojny. tanczy. czeka czekajac na cud. do zobaczenia. babcia mieszkala w Petnej.

‘Zima pale w piecu. Nie boje sie, tu jestem bezpieczna. Place tyle ile zuzyje. Mam kompleksy. Jestem gruba za gruba tak. Nie podobaja mi sie moje wlosy. Spie sama bo jestem w nocy niebezpieczna. daje prezenty na ktore mnie stac. Piare recznie, czasem wioze brudne rzeczy do domu. Nie piszę wierszy. Kiedys dostalam pamietnik. Studiuje. Pisze prace magisterska. Nie mam komputera.’

.usmiecha sie do mnie szczescie a ja uciekam od szczescia.

Tuesday, July 1st, 2003

.i pamietaj mow powoli spokojnie nie klep po ramieniu zbyt czesto to peszy smiej sie ale nie za glosno i tylko wtedy gdy powinienes nie machaj zbyt nerwowo rekoma nie mow z pozycji biurka odstaw biurko siadz na sofie patrz w oczy ale nie nachalnie przestrzen nie jest tylko do twojej dyspozycji zrob herbate kawe ale woda najlepsza niegazowana dla przelkniecia slow wszystko co powiesz bedzie skierowane przeciwko tobie pamietaj nie trzeb jezorem nie histeryzuj to nie twoja dzialka nie nauczaj zostaw to nauczycielom i lekarzom nie jestes psychiatra jestes czlowiekiem.pamietaj.

debby przychodzi spozniona. wcale nie chce usiasc na sofie woli krzeslo przy scianie z wielkim obrazem Maneta. rece spocone oczy gdzie oczy tam o tam przeciez o to chodzi zeby zobaczyc. zobaczyc jej twarz do jasnej cholery ujrzec bol zmiazdzyc go jedlym slowem rozsuplac. debby siedemnascie lat ciaza aborcja a teraz nie ma teraz lekarz powiedzial normalny zabieg a debby ma przeciez prawo do normalnych zabiegow i wlasnych decyzji.debby wyciaga z wargi kolczyk i co chwila go wklada wyciaga wklada krzywie sie ze tak mozna i ze nie boli mowi malo mniej wiecej nic to ja mowie cholera szkoly psychologiczne poszly sie jebac. poce sie caly sie poce a ona tak nie tak nie a ja pytam. debby pije wode mineralna ze szklanki potem przyglada sie odciskowi wargi slina przyczepila sie i wyzlabila wawoz. po godzinie wiem tyle co wiedzialem. jestem wsciekly cholernie nienawidze siebie nienawidze tejze glupoty ktora we mnie chyba sie upije.

.i w ostatniej minucie w ostatniej sekundzie jakby na przekor. debby mowi ze chcialaby urodzic dziecko, ze nastepnym razem urodzi, napewno urodzi, nie zabije, nigdy wiecej nie zabije czlowieka. dziecko to bedzie jej najwieksze wysnione szczescie.

.nie ma takiego Szczescia.

Saturday, June 28th, 2003

. i wrzucasz po kolei zdjecia, listy, stare przezrocza, dlugopisy, piora, kartki pocztowe swiateczne i widokowki, ksiazki z autografem i bez, nagrania sprzed lat miales wtedy taki chlopiecy glos, pierwsze pismo rozebrane na czesci, slowniki, referaty wygloszone i niewygloszone, bajki na dobranoc napisane noca, sny,iluzje, plany o wygietych rogach, obrazki z mlodego technika kolejek podmiejskich, ikonki swietych i kawalek swetra, fragment ksiazki autorskiej autobiograficznej, wypracowania z klasy siodmej be, telegram ze dofinansowanie w drodze, bilety stamtad tu i stad tam, perfume aromatyczna nagietki.
.i wrzucasz wszystko do jednego pudla z tektury az trzeszczy. i juz Cie nie ma.

Gdyby Mistrz nie byl niemy, powiedzialby: ‘Dosc!’

Wednesday, June 25th, 2003

.nie zapomnij ze masz dziurawe skarpetki. nie zapomnij ze nie masz domu. (dom runal)nie zapomnij ze wlosy na glowie policzalne. nie zapomnij, ze przyjeciele dobrzy tylko do wodki. nie zapomnij, ze nie wiesz czego chcesz, a jak nawet wiesz czego chcesz to ci sie tylko wydaje. nie zapomnij, ze nie masz za co kupic chleba bo odkladasz pieniadze na czarna godzine. nie zapomnij ze czarna godzina wkrotce. nie zapomnij ze snia ci sie koszmary. i ludzie umieraja kto nastepny. nie zapomnij, ze pociag do tylkow zwierzecy. nie zapomnij ze smierdzisz od czasu do czasu. nie zapomnij, ze praca masie jak piernik do wiatraka. nie zapomnij ze samotnie przezywasz kleski. nie zapomnij sie podpisac na odwrocie kartki.

nie zapomnij ze jestes wielki. nie zapomnij ze inni powinni sie do ciebie zwracac panie redaktorze. nie zapomnij kogos zbluzgac za zbyt patetyczny i banalny wiersz. nie zapomnij ze jestes wielkim poeta nieuleczalnie chorym na metafore. nie zapomnij, ze czeka cie wielka slawa i kariera bo dlaczego nie. nie zapomnij, ze umiejetnosci masz nie od parady. nie zapomnij, ze mozesz zdobyc przeciez Nagrode Nobla. nie zapomnij kupic garnituru to podkresla wielkosc.

.czasem zapominam kim jestem.

Thursday, June 19th, 2003

[Zakleic cisze. Fragmentami nieopublikowanych wierszy, strzepkami wspomnien ujetych ciezka metafora. Punkt wokol ktorego kreci sie ziemia ma ksztalt niedorozwinietego atomu. Kazdemu po jego mysli. Tyle moze tylko wariat]
Wlasnie zdalem sobie sprawe, ze jest pomiedzy dwoma punktami czasu olbrzymia niewypelniona niczym Przepasc.

Wiec trzeba wywalic.

Wednesday, June 4th, 2003

Noc w pociagu miedzy Gdanskiem a Olsztynem. Ojciec wiezie dzieciaka do jednostki wojskowej w Gizycku. Dzieciak pije wodke zbozowa kieliszek za kieliszkiem. Mowi ze sie stresuje. Ze w dupe dostanie jak chuj. Ale kaze sobie sie nie martwic. Bo przeciez jakos tam bedzie. Ojciec klepie syna po ramieniu. W przedziale wyksztalcony Pan probuje rozmawiac o Unii Europejskiej. To taki temat zastepczy, gdy dzieciak jedzie do jednostki wojskowej na rok. Zeby zapchac ten kawalek leku, zniecierpliwienia. Bo przeciez w Polsce bedzie lepiej i nikt nikogo nie bedzie juz lal w dupe o trzeciej nad ranem, bo zainstaluja kamery w salach z pietrowymi lozkami, nie bedzie kotow i katow. Bedzie cisza.

W Olsztynie serwuje sobie solidna dawke soku marchwiowo-pomaranczowego. Bladze miedzy kasami a informacja kolejowa. Patrze jak wskazowki zegara zmieniaja swoj bieg z minuty na minute i czuje jak pachnie bezdomnosc. Szare kombinezony SOK-u probuja przytloczyc atmosfere.

Zamiast radosci przywitania krzywoprzysiestwo. To sprawia, ze nie ma powrotow.

Nic. takie sobie nijakie zakatarzone slowo. Gest przestrzeni. Gest cial. Okrzyk. mam zaufanie do swiata. Albo i nie. Nic

Tuesday, June 3rd, 2003

Pobudka o piatej nad ranem. Cieply prysznic nie rozjasnia umyslu. Szybkie sniadanie okienne- kilka opakowan jogurtu, banan, troche szynki na chlebie tostowym. Rowerem z Crussow do Schwedt. Prawie dwadziescia trzy kilometry. Droga latwa, wzdluz dolnej odry, przez rezerwat. Ciezka czasem dysze pod gore wlokac cialo. W Schwedt nikt nie wie gdzie jest kosciol protestancki. Religia to skostniala masa nie dla mas. Z F.M. do granicy z Polska. Nikt nie pyta ile wodki w plecaku. Plecak pusty. Nie w te strone. W Krajniku do Szczecina przez Gryfino. Oferta studencka bogata. Otarlem sie o zebraka o wpol do dwunastej. Od wpol do pierwszej do siodmej wieczorem ze Szczecina do Gdanska. Spotkanie z A.S. Niezapowiedziane jakby na przekor. Nic to. Wielki hamburger na dworcu glownym rozbudza we mnie czkawke. Dworzec autobusowy zamkniety.

Friday, May 23rd, 2003

Nie spalem dzisiejszej nocy. Taka moja zachcianka. A.R. wraca do Wloch. Trzeba pozegnac. Przytulic. Pocieszyc. A jak sie ma, to i dac prezent- niezapominajke. Tylko kulawe bylo jakies to ‘do widzenia’. Bez wyrazu, bez twarzy, bez checi.

Z L. w jej domu w Longsite. Spodziewalem sie spotkac niemowe z Wloch, ale akurat zabladzila miedzy Oxford Road a Chorlton Street. L. mowi, ze zna mnie w kazdym calu, ze potrafi przewidziec moje zachowanie. Jak chocby to, ze wiedziala, ze tam o sobie znac w ostatniej chwili. [Nie rozumiecie? Nie musicie rozumiec!] L. ma zamiar obejrzec Matrix 2- bo wszyscy pedza do kina obejrzec Matrix 2.

Dala sie we znaki A.S. Chce mnie odprowadzic na dworzec. Wyjezdzam do Niemiec na pare tygodni, a kiedy wrroce, nie zastane jej juz w S.F. I chyba dobrze, ze. Chyba milo. Ale.

Najtanszy bilet do Madrytu z Manchesteru 118 funtow. Tanszy bilet do Nieba.
Slonecznie. Temperatura jedenascie stopni w skali Celsjusza. Nie komentuje mysli I.S., bo znowu sprostuje i tyle bedzie w moim dzienniku mnie ile jej.

Thursday, May 22nd, 2003

A.R., A.S., R.G.,J.P.

To byla piekna bajka. Przyjaciele w kazdym calu. W kazdym skrawku mysli. Chodzili razem na piwo, rozmawiali do trzeciej nad ranem czasem, wzajemnie przerzucali problemy z ramion wlasnych na cudze. Nosily ich uczucia intymne, spragnione ciepla, zrozumienia, akceptacji. Przyrzekali sobie wiernosc do konca zycia i lojalnosc do Konca. Patrzyli w przyszlosc, z optymizmem, ze tam po drugiej stronie, ciagle beda razem. Nie o Niebo tu chodzi, nie o Pieklo. Tamta druga strona to Przestrzen. Mieli sobie wiele do powiedzenia. Do opisania. Do wyznania. Otaczali sie murem, getto dla garstki. Garstka znaczyla dla nich wiecej niz Caly swiat.

Gdy zjawil sie niespodziewanie, patrzyli nieufnie. Kosztowali kazdy skrawek jego slow. Probowali go pocieszac, jestes nasz. Mur stawal sie jednak tezszy, zamkniety i ostrozny.

Chodzili z nim na piwo, rozmawiali czasem do trzeciej nad ranem, przezucali swoje problemy na Jego ramiona. Czasem nosily ich uczucia intymne, pragnienie ciepla i akceptacji. Przyzekali sobie wiernosc do konca zycia i lojalnosc do Konca. Patrzyli w przyszlosc z optymizmem, ze tam, po drugiej stronie, ciagle beda razem. Nie o Niebo tu chodzi, nie o Pieklo. Tamta druga strona to Przestrzen. Mieli sobie wiele do powiedzenia, do opisania, do wyznania.

O trzeciej nad ranem prysl czar. Ksiezniczka stala sie Kopciuszkiem. Bo kazda bajka miec musi Kopciuszka.

Thursday, May 22nd, 2003

A wiec mialem wczoraj spotkanie z L.D., dyrektorem S.F. Rozmowa miala charakter poufny, nie przebiegala na granicy biurka, twarde obicie krzesla nie uwieralo w plecy. Siedzielismy w wygodnych fotelach i zwyczajnie gadalismy o naszych doswiadczeniach. Spalilem sie, kiedy L.D. zaczela wyrzucac z siebie morze komplementow w moja strone, bo zawsze bardzo dziwnie czuje sie, gdy ktos mnie chwali. Sam chwale innych z ograniczona odpowiedzialnoscia. Wiec stad pozar

Niewiele dzis moge powiedziec. Deszczowka zapycha mi usta. I tylko modle sie, by sie nie udusic.
A jutro spotkanie z E.V.

Aha, i jeszcze fotografia ludzi, z ktorymi spedzilem kilka miesiecy mojego zycia na klotniach, rozmowach, odwiedzajac liczne puby i parki, jedzac wspolne obiady i laczac wspolne problemy.

Wednesday, May 21st, 2003

Obiad w chinskiej restauracji naprawde pyszny. Zwlaszcza, ze pyszna cena tez. Placi A.S. To tak na odchodne. Prezent za mile spedzony czas w Salford. I jeszcze adnotacja na chinskiej chusteczce, ktora ukradlem na pamiatke- ze to byl szalony czas razem spedzony. R A Z E M. Bo moi drodzy A.S. spedzila ze mna mile czas na pogaduszkach, wpolnych wyprawach i posilkach. Bo moi drodzy, nawet gdy A.S. I palnela jakas glupote, wlazla w nietakt, to bylo to mile. I przyjemne w koncu. No i chyba najwazniejsze A.S. dala mi buzi. Ale zeby tak! Po pijanemu!

W nocy, okolo drugiej, uslyszalem dziwny halas wydobywajacy sie z drugiego konca pokoju. R.G. mial atak padaczki.

Podczas,, gdy I.S. prowadzi w pelni tworcze zycie, zarywajac wieczory i noce, zapijajac sie na Poezje, zaludniajac kartki, ja wrzucam w kat biografie S.Plath, ktora zdecydowalem sie przetlumaczyc na polski, malo czytam, malo jem, chyba wcale nie w glowie mi jakas Poezja,zarywam noce tylko w przypadku koszmarnych snow, pije wino zamiast wodki, w niewielkich ilosciach bo drogie, przyziemnie ogladam sie za kobietami, rozprasza mnie wiezowiec za oknem i nielad na biurku.

I jeszcze mysle o domu. Czy kazdy ma czy nie. Ale to nie moj temat.

Cisnienie wysokie (dwie puszki Red bulla), temperatura dziesiec stopni. Mzawka.
Starzec do starca: ‘A po co ci ta trzecia noga?’

Okolo 10.30 czasu londynskiego I.S. prostuje informacje. I S. nie zarywa wieczorow i nocy, nie zapija sie na Poezje, nie zaludnia kartek. Co robi? Bog raczy wiedziec. Aha, poza tym nie prowadzi tworczego zycia. To zycie ja tworczo- prowadzi.

Tuesday, May 20th, 2003

[Rozmiar czasu nie miesci sie w szczelinach mazliwosci. Sporo wyjazdow, konferencji, warsztatow, szkolen. No a do tego niedlugo zaszyje sie w niemieckiej gluszy i tyle mnie beda widziec i slyszec ile uszy i oczy pozwola. ]

Sny jak robaki, sny jak mary, sny jak drzazgi za paznokciami. Wyzeraja nadzieje po kawalku i tylko tylko niewiele do leku. Budze sie ostatnio kilka razy w srodku nocy, mam sucho w gardle, mleka pic nie moge, bo to negatywnie wplywa na zoladek, widze na jawie zgubna przyszlosc, stres przegryza resztki wlosow na glowie, atakuje niepewnosc. Radosc? I.S. mowi, ze mam smutne oczy. I ogniki jakos tak tancza zalobnie.

W restauracji Praga, w wiosce gejow i lesbijek, jak nazywaja to miejsce miejscowi pije piwo z M.K. Z sasiedniego stolika usmiecha sie do mnie mezczyzna w spodnicy, upudrowany, wymalowany, wlosy ulozone zgrabnie, paznokcie rowno przyciete wylakierowane. Usmiecham sie tez, a M.K. mowi, zebym przestal, bo sobie pomysli.

A.S. nie przestaje mowic o tym jak bardzo bedzie tesknic za A.R., R.G., J.P., B.M. Kazdemu w prezencie wywoluje po kilka zdjec na pamiatke. A.R. wrecza kazdemu stokrotki. Martwe, sztuczne. Na pamiatke.

Mam rower, ale nie uzywalem go od marca. To znaczy nie mam roweru.

Do zrobienia: dwa plakaty, ulotka, rezerwacja biletu do Bradford, lekcja polskiego, torba podrozna wypozyczyc od L.S., kamera video koniecznie kamera video.

Deszcz. Codzienna porcja zimnej wody na glowie. Cisnienie wysokie. Jedenascie stopni w skali Celsjusza.

Saturday, May 17th, 2003

[Mialem sen. Inny niz zwykle. Mezczyzna w wieku okolo czterdziestu lat uciekal od kogos, kto go scigal. Rzecz miala miejsce nieopodal stacji benzynowej. Zdesperowany mezczyzna widzac, ze scigajacy (nie widzialem twarzy) go dogania, chwycil wozek z benzyna i pchnal w strone zaparkowanego nieopodal samochodu. Samochod zaczal plonac. W srodku znajdowalom sie okolo czterech osob, dwoje dzieci. Widzialem jak dzieci plona, nie wydawaly z siebie zadnego dzwieku, nie probowaly uciekac, marszczylu tylko czola, prawdopodobnie z cisnienia w samochodzie, widzialem jak kawalek po kawalku ich twarzy zmienia sie w zar. Mezczyzna otworzyl drzwi samochodu, by je zamknac od srodka. Widzialem jak mezczyzna plonal. Nie krzyczal z bolu. Usmiechal sie. To bylo najdziwniejsze. Samochod nalezal do jego rodziny. W samochodzie znajdowaly sie jego dzieci i zona. Chwile pozniej samochod eksplodowal. Obudzilem sie. Nie ogladalem zadnych filmow akcji ani dzien wczesniej ani tydzien wczesniej. Filmow akcji nie lubie, wiec nie ogladam. Nie widzialem podobnego obrazka w Rzeczywistosci. Stad pietno snu, ktore przylgnelo do mojej pamieci jak rzep.]

R.G. kazdego dnia udowadnia mi, ze telefon komorkowy jest dla niego tak samo wazny jak narzeczona, matka, Bog. Nie moze sie go pozbyc, bo nie pozbywa sie Milosci.

A I.S. w dzienniku o figurze zgrabnej czyli proba usprawiedliwienia, wyjasnienia, zdementowania poglosek, ktore i tak zyja wlasnym zyciem, wlasna historia. Postanowilem wiec, ze nie bede czytal do konca. Chyba jedyny bardzo banalny tekst w kilkumiesiecznej historii dziennika.

Zachmurzenie duze. Dziesiec stopni w skali Celsjusza. Imieniny Weroniki. Wszystkiego dobrego. [mam wrazenie ze kopiuje Krystyne Jande, ale naprawde tak mi sie pomyslalo]

Friday, May 16th, 2003

[Czuje sie tak, jakbym sie jeszzce nie obudzil, jakbym snil ze wlasnie pisze te slowa. Mgla przeslania litery. Odglosy z zewnatrz dochodza z rzadka, czasem przypominajac przelewanie wody z wiadra do wiadra, lub odglosy wydawane przez pacjentow w szpitalu psychiatrycznym]

Przypomnialo mi sie ze zapomnialem o jednym z tych nudnych wykladow o Rosji, ktore wyglasza slawny profesor Uniwersytetu w Moskwie,ten slawny profesor, w okularach przyduzych, szkla jak musztardowki, albo i nie. Przypomnialem sobie, ze ja bardzo, chcialem w tym jednym z niunych wykladow uczestniczyc osobiscie, ale jakas sila kazala mi zapomniec.

A.S. poczula sie urazona, ze ja R.G owca nazywa. Miala niespokojna noc z tego powodu, snily jej sie koszmary. Patrzyla co9 jakis czas w lustro szukajac podobienstw miedzy jej twarza a twarza owcy, no i zdaje sie, ze w k o n c u znalazla.

Jakze chytre sa techniki przemilczania. M.W. milczy kiedy ma miesiaczke, kiedy musi zmieniac podpaski co kilka godzin. R.W. nigdy nikomu nie powie, ze cierpi na epilepsje, bo straci przyjaciol. J.G. nigdy nie pochwali sie, ze ma problemy ze wzwodem, bo miec problemy ze wzwodem to nieludzkie. I.S. wytnie kawalek cytatu o Morissonie, czyli B.Cz, bo nie pasuje do fragmenu tekstu i za bardzo ponoc intymny. Ja nie napisze, ze wczoraj prowadzilem zajecia z jezyka polskiego z samym soba, bo nikt nie przyszedl. Za bardzo swiadczy o tym, ze nie potrafie zmotywowac ludzi do nauki. A.S. nigdy nie powie B.M., ze go kocha woli za to szeptac o tym dom ucha A.R. H.G. nie przyzna sie, ze to on osral cala muszle klozetowa, bo akurat mial problemy zoladkowe i gowno bylo rzadkie, bo przeciez to makabrycznie niepoprawne. Jakze chytre sa techniki przemilczania. Mowimy zawsze tylko o ty, o czym chcemy powiedziec. Gornicy, dyrektorzy firm, sprzedawcy jogurtow, poeci- wszyscy bez wyjatku oblepiaja swiat polprawdami. I na te polprawdy jestesmy skazni zyjac. Nie wierze w ludzka prawde, bo zbyt marna. Nasze zycie polega na zonglowaniu. Musimy byc bardzo skoncentrowani, by nie pomylic sie, nie upasc. Milczec to nie to samo co przemilczac.Przemilczac to zajecie ludzkie. Milczec to zajecie boskie.

Deszcz. Cisnienie niskie. Wciaz czuje, ze mowie przez sen.

Friday, May 16th, 2003

[To nie jest metafora, to nie jest zaden poetycki chwyt, to prawda, ze uderzylem sie glowa o fragment listu M.M. po latach i nie moge pozbyc sie guza. To nie jest bol jak slepa kiszka boli przed wycieciem, to nie jest migrena przedmiesiaczkowa, bo nigdy we mnie, to nie jest jakby szlag trafil w czolo- to Slowo]

Az strach pomyslec ze organizowalismy sesje terapeutyczne we dwojke, najpierw raz w tygodniu, potem czesciej. Ze probowalismy poznac sie chyba nazbyt czasem na oslep. I jeszcze listy, gdzie kipialo od Exupery’ego, gdzie pachnialo rozami, a czasem opodal przemknal cien lisa. I jeszcze gwiazdy zbyt wysoko, by dotknac.

Albo zmagania z literatura ukrainska przy tym samym stoliku- przed nami A.L., ktora niebezpiecznie bala sie pajakow, za nami P.S., ktory kloaka byl zwany, pamietasz?
Wydaje mi sie ze to byl czas, kiedy za bardzo przylgnelismy do etykiet. I etykiety rzadzily nami- bo kto przyjaciel, wrog, znajomy, kochanek.

Ile lat potrzebowalem by uderzyc sie w glowe? Ile lat potrzebowalas, by uderzyc?

Thursday, May 15th, 2003

A wiec to bylo tak.[zawsze ilekroc pragne zrelacjonowac jakies wydarzenie pod czaszka klebi mi sie zbyt wiele mysli, zbyw wiele do powiedzenia, do wygadania, do przekazania i skomentowania, do przezucia, wyrzucenia prosto serca, duszy, z rekawa, z...]Ukradlem wczoraj znak drogowy. [Sam nie wiem dlaczego to zrobilem, moze dla zabawy, moze dla odrobiny szalenstwa, moze z powodu ekshibicjonizmu, moze z powodu wodki u J.P., moze ze zlosci, z tesknoty, zeby co udowodnic albo sam nie wiem dlaczego]Znak dogowy z wykrzyknikiem.[Uwielbiam wykrzykniki no i pamiec mi mowi, ze kiedys bylem ranny z powodu wykrzyknika i znaku drogowego, a wszystko przez Bozena B., ktora teraz farmaceta w G. jest]Lezal sobie w rowie [Lezal wiec wzialem. W rowie wiec ktos wyrzucil. A wiec nie ukradlem, nie ukradlem znaku drogowego i ta mysl dodaje mi otuchy. Tylko mnie zastanawia jedno- dlaczego jak nioslem ten znak drogowy pod pacha (czasem pomagal mi R.G.) to ludzie patrzyli jak na zlodzieja. ( a moze jak na wariata, nie pamietam)]Najwiekszy problem mialem z transwerem znaku drogowego do S.F.[ skadinad wiadomo ze sledzi to miejsce kilka nascie kamer video- po dokladnych ogledzinach udalo mi sie wpakowac znak drogowy niezauwazony przez okno na pierwszym pietrze, dzieki pomocy L.W., ktory sam nie wiem czy zdawal sobie sprawe czy cokolwiek widzial bo pijany byl]A wiec mam znak drogowy z wykrzyknikiem [i sam nie wiem po co mi on]

E.V. nie pije kawy, herbaty, wodki, wina, piwa, czekolady na goraco. Tylko spi. Zmeczona.

Alez mi sie wczoraj brzydki wiersz napisal. Banal taki, ze az wstyd, wiec nie bede cytowal.

Poklocilem sie dzisiaj pieknie po angielsku z kobieta lat okolo piecdziesiat trzy bo mi nadepnela na palce u nog i nieomal nie polamala. Myslala, ze jak przeprosi to wystarczy. A ja mam teraz siny paznokiec, bo to byla kobieta tega, a do tego miala ciezki plaszcz. Klotnie zakonczylem tradycyjnie, po polsku- kurwa mac.

Zimno, ale slonecznie. Cisnienie wysokie. Opadow nie przewiduja. Kupic nie kupic telefon komorkowy za 20 funtow. taki sam jak zgubilem kilka tygodni temu. Co siostry byl. Wiec kupic nie kupic. Co tam. Dla niepoznaki.

Wednesday, May 14th, 2003

Ogladalem wczoraj mecz transmitowany przez angielska telewizje, ale nie dlatego, ze lubie pilke nozna, i nie dlatego, ze byl to mecz pomiedzy Ac Milan i Inter Milan, ale dlatego, ze gral Szewczenko. I nie dlatego, ze byl to Szewczenko Andrij, najlepszy pilkarz Dynamo Kijow, ale dlatego, ze, gdy uslyszalem jego nazwisko, to mi sie tak cieplo mna sercu zrobilo i raznie. I swojsko. Bo skad inad wiadomo, ze jestem filologiem, ze literature ukrainska znam w miare porzadnie, ze Szewczenko, nie Andrij, a Taras, to byl najwiekszy wieszcz narodowy Ukrainy. Dlatego wiec zasiadlem przed telewizorem, chwyciwszy w jedna dlon szklanke soku pomaranczowego, w druga paczke chipsow (chcialem chwycic slone paluszki, ale tutaj o takowych nigdy nie slyszeli) i nawet zaczalem kibicowac Szewczence, a gdy strzelil gola w bodajze 40 minucie, to i krzyczec z radosci, ze az J.P. popatrzyl na mnie z ukosa. Bo sentyment jakis i jakas melancholia wslizgnela sie do mojej duszy tego wieczora. Ale z drugiej strony przeciez Szewczenko Szewczence nierowny. Szewczenko Andrij sprzedal sie wloskiemu zespolowi za co prawda pieniadze niemale, ale przeciez pieniadz rzecz nabyta. Swego czasu, zas inny Szewczenko, Taras, pisal wiersz do Chmielnickiego- Oj Bohdane, Bohdanoczku, nerozumnyj synu…- potepiajac oddanie czesci Ukrainy w moskalom, potepiajac kolaboracje i z pewnoscia, gdyby zyl, potepilby tez Szewczenki Andrija transwer do AC Milan. Tak przynajmniej sadze.

A.S. kupila sobie nowe jeansy, koloru niebieskiego, z rozszerzanymi nogawkami. Ale nikt nie zwrocil na to uwagi.

W autobusie do Centrum Manchesteru usiadlem na zuzyta gume do zucia i mam teraz plame na spodniach.

Dzis ciezki dzien. Spotkanie w sprawie wyjazdu do Niemiec. Rzecz w tym, ze to co mialem powiedziec juz powiedzialem, a to co mialem zakomunikowac, zakomunikowalem. Zostalo jeszcze wypelnic kilka formularzy E111, kilka belgijskich dokumentow. I tyle. W nastepna sobote z lotniska w Bradford do Berlina. Potem minibusem z Berlina do Schwedt. A potem wakacje. Kozy, swinie, kury, a dookola garstka bachorow, ale co tam sielska atmosfera i to sie liczy przeciez najbardziej.

Bez opadow. Cisnienie niskie. Jedenascie stopni w skali Celsjusza. Znowu bez sniadania.

Tuesday, May 13th, 2003

D.R. mowi- nie moge pisac, ze wczoraj strasznie smierdzialy mi stopy, bo to zdyskredytuje mnie w oczach czytelnikow, strace autorytet moralny i przestana mnie kochac te panny, ktore kochaly, a jak by przez jakis przypadek przeczytal o tym jakis wydawca, to mam u niego przesrane.
Swego czasu zadzwonil do mnie J.A. z Nowego Jorku i zarzadal wiecej realizmu, bo to moje pisanie smierdzialo mu poezja, a on poezji nie trawi. Wiec przychylam sie do prosby, dzis wiec realnie o.
S.F. to taki polski dom dziecka, ale nieco bardziej liberalny- jesli kto ma ochote moze w nim zlopac wodzie, byleby nie na korytarzu, pieprzyc malolaty, byleby nie na korytarzu, oficjalnie zabronione ale na papierze- dawac sobie w zyle, byleby nie na korytarzu, jesli kto ma ochote moze urzadzic sobie olimpiade w bojkach na piesci lub noze, byleby nie na korytarzu. Domem rzadzi X., chorowitka, ale bardzo mila kobieta, identyfikowana jako nalogowa wodomineraloholiczka, ktora na ntym wszystkim musi jakos zapanowac, jesli kto wykorzysta korytarz jaki do rzeczy wyzej wymienionych, to wyrzucic na zbyty pysk w ciagu dni dwudziestu osmiu. A jesli policja przyjedzie do w ciagu dnia lub nocy, bez komentarza na bruk. D. pedal wszyscy o tym mowia, ale on nie slyszy, pedal tez czlowiek, optymista ,ma problemy z literowaniem slow, nie mowi za wiele, pisze duzo z bledami ortograficznymi. D. czasem mlasnie jezorem na podopiecznych. Nie inaczej R.N., rozwiedziona niewdowa z coreczka, kolor skory czarny ale nie dlatego, ze jestem rasista. Usmiech od ucha do ucha, zarty sobie stroi z kazdego i z kazdym, bardzo lubi profesjonalna robote, najlepiej wolontariat. R.N. lubi D, ale nie poszlaby z nim do lozka, bo lesbija- prosto ze Szkocji- uwielbia kino, lanch o czwartej po poludniu i szybkie samochody. H. nigdy nie zapomina kalkulatora. R.i G. maja pelne rece komputerowej roboty, choc o komputerach nie maja zadnego pojecia. L. koziol ofiarny, nawet nie obsluga, wolny na kazda prosbe. O., sluchaj dzieweczko, ona nie slucha. Ladna, ale zajeta. Mieszkancy S.F. maja od 16 do 25 lat. Kalecy i pelnosprawni choc nie zawsze umyslowo, dzieci z rodzin rozbitych, wielodzietnych, sieroty. Naczelna zasada S.F.- nauczyc samodzielnosci. Roznie to pracownikom S.F. wychodzi. L.W. kilka dni temu wylecial na zbyty pysk za probe morderstwa i niszczenie mienia, L.L. razem z nim bo probowala uniknac zamordowania, ratowala meble i kochala L.W. Czasem ma sie wrazenie, ze tak naprawde porzadku pilnuje tu okolo 16 kamer video, umieszczonych w kazdym rogu korytarza, a takze na zewnatrz budynku, i w miejscach ogolnie dostepnych. Swego czasu mialem wrazenie, ze w momencie kiedy oddawalem stolec w mojej toalecie, sledzila mnie jakas dodatkowa kamera w wersji miniaturowej i wrazenie to towarzyszylo mi pozniej przez kilka dni.
B. probowala kilka razy podciac sobie zyly. Ma napady placzu co kilka godzin. S. pieprzy sie ze swoim chlopakiem tak czesto jak to tylko mozliwe. Wydaje przy tym tak glosne dzwieki, ze kazdy w S.F. wie o kogo chodzi i gdzie. J. jest niepelnosprawna. Ma specjalny kibelek, we ktorym moze swobodnie sie wysrac bez wspinania sie na muszle klozetowa. P.. urzadzil sobie w pokoju silownie, ma tez telewizor, video, sprzet hi-fi, dvd, kamere VHS. K., R., F, jeszcze tego nie maja, bo nowi tutaj i samotni jak psy. L.. ma najwiekszy pokoj w S.F. za bardzo dobre zachowanie i za to ze koziol ofiarny. Nazywany dziwak. S. pilkarz, ogolnie smioch nie z tej ziemii, do collegu wybiera sie od roku, i nie moze sie tam dowlec, bo go dupa boli. Gdybym tak mial opisywac kazdego zajeloby mi to caly dzien. Czyli ogolnie 40 osob, ktore sledzi 16 kamer video, okolo 10 pacownikow, no i sprzataczka, ktora cierpliwie czysci wykladziny zalane tanim winem. Sa tez M.G., A.S., wolontariusze z tzw. kontynentu, ktorzy narzekaja na brak czasu, spia do pierwszej po poludniu, czasem jedza wspolnie posilki, czasem nie. Pracuja, a jakze, za duzo. I za ciezko. I to by bylo na tyle. Ze wzgledu na bezpieczenstwo osobiste i bezpieczenstwo narodowe dane wiekszosci osob zostaly zmienione.

Deszcz. Diabli wiedza, kiedy zacznie lac. Temperatura jedenascie stopni. Wiatr zmienny, w porywach silny. Cisnienie wysokie, po filizance kawy.

Saturday, May 10th, 2003

A wiec, lalunia do roboty, dopisz sobie jeszcze pare imion, wyzlob sobie jeszce pare miejsc w stopach, rozpal sie do granicy slow. Bo tak mi sie niespodziewanie zrobilo, tak panoramicznie, gdy zamiast grac, zamilklas, zamiast wodzic palcem po literach, chwycilas je w dlonie.

Hania, Sonia, czy Bog wie jeszcze kto to zaledwie pare swiatow, ktore sobie pezsprzecznie zagarnelas na wypas, ktore ukradlas moze komus, a moze nie.

Snilas mi sie dzis w nocy z M.Z., plotlas wianki z mleczy, podarowalas mi jeden, ale byl za maly. Wiec wrzucilas go do rzeki, a on sobie tak odplynal, swobodnie gdzies.

I gdy tak walesasz sie i czasem najdzie Cie ochota przygarnac mnie w swoich myslach–

Ja nie wiem co z ciebie za wariat.

Mam ochote na lody truskawkowe.

Sunday, May 4th, 2003

Gdy R. rozmawia przez telefon ma rozpiety rozporek. Nie szuka metafor w sluchawce. Taka poezje to moze sobie kupic w ksiegarni albo poczytac w bibliotece. Gdy R. rozmawia przez telefon nerwowo zaciska dlon na rozgrzanym penisie. Wycisnie z siebie kilka mililitrow spermy za ktore zaplaci kilkanascie funtow.

Gdy L. rozmawia przez telefon, placze. Szuka poreczy dla slabnacych slow, dno za glebokie, Niebo zbyt ciemne.Gdy L. rozmawia przez telefon podcina sobie zyly. Wycisnie z siebie kilka (nascie)mililitrow krwi, za ktore zaplaci zycie.

Kiedy M. rozmawia przez telefon uklada zgrabnie stos dokumentow na biurku. To to to tamto do zalatwienia od zaraz to to to tamto moze kiedys przy okazji.
Kiedy M. rozmawia przez telefon nieznany sprawca podklada bombe w windzie. M. zaplaci za nia Smierc.

I moze to niepoetyckie, moze szorstkie, moze absolutnie niemoralne, sterczec tak, podgladac, pisac zbyt wulgarnie, przesiewac Nieba i nic sobie z tego nie robic.

I moze to nie tak.
Jak mialo byc.
Ale jak?

Saturday, May 3rd, 2003

Fotografia. Ze wszystkich – jedna dwa na trzy. Slowo nie ma roli. Chwyt jednakowy. Flesz. Kartka papieru A5. Zadziorne litery w tancu. Kierunek nieznany. Ja wiem- nie rozumiesz.

Oni. Coraz ich wiecej i coraz mniej Ciebie. Budujesz. Chwiejesz sie. Chowasz glowe. W sen. Organki milcza.
Kartka papieru A4. Zapoetyzowanie chwili. Zachwilowanie rany. Kawalki laki i piorko. Na szczescie. Guzik z petelka. Intratna iluzja. Troche zyciowej prozy. Niech ma. Olowek tez. Kresli slowa a przeciez- Wiersz na szczescie przez szczescie lgnie- Zawolalo sie. Organki nie zagraly.

Ja wiem- nie rozumiesz.

Puste miejsce na pustym stole zabliznilo sie. I. To juz nic. Zula Iskierka. Podaj reke. Podaj!

Kto pierwszy wskoczy w ogien?
Pozar

Niespodziewanie rozmowil sie na korytarzu drzwi w drzwi. Otworzyl.
Blizny

Opoznienie pociagu moze ulec zmianie

Zabordowialy czs. Zapijaczona noc. W umiarze. A.P. o glowie. Vidlitajucza holowa. Uratowalem. Kawalek. Fragment zyciorysu.

…..piekne to…wiesz…? Wolnosc…Jestes we mnie i wokól jestes, a jednoczesnie nie zaciskasz kurczowo, nie trzymasz, nie gniota sie moje przywykle do Swobody skrzydla… Potrzebuje Wolnosci jak koloru nieba, czy blasku gwiazd… Mysle, ze czujesz podobnie…

Nocny pociag do K. Starsza kobieta nasluchuje slow. Nie rozumie. Zart nie zapiety na ostatni guzik. Smiech. Spotkanie z J. Orgazm na pietrze pod oslona Ikon. Blizej Nieba. Blizej w gorach. Lody na patyku albo oranzada nie pamietam.Serek przesolony. Spotkanie z J., dzieciaki I matka. Boska ponoc. Od. Na Jaworzynie zwietrzale kanapki. Tatry z burta. Glowa boli od Nieba. Piecze czas. Osobno przed switem. Ten jeden raz. Ja Ci mowie,ze ten G.S. to dziwak. Ty milczysz.

Ja wiem- nie rozumiesz

Laki. Kawalek na sciezce do L. Oczy bola. Ukradniesz trawy do wlasnej kolekcji. W L. spotkanie z A.D. Pozna muzyczna sjesta z M.CZ. Cicha noc, nie wypite piwo, milczec znaczy tyle co nie narzekac. Lub odwrotnie. Pociag z G. do . Czas gdyby umial stanac w miejscu. Zagoniony. Piszesz wiersz juz napisany:

nad sladami stóp

naszych schylona

oslaniaj

powietrzem zdziwione dlonie

od gzygzaku

zmij

troskliwie ukladaj

pijane rzesy do

snu

spiewnie gloski otulaj

kiedy do siebie idac – -

- milkniemy

Madonno

z beskidzkiej ikony

Opoznienie pociagu moze ulec zmianie

W Cz. rozpieci pod drzewem B.M. Sniadanie, obiad, kolacja czasem po schodach. Spotkanie z J.D. , D. SZ. W sklepie spozywczym lody. Tyle wiem. Deszcz. Dragonskie rozmowy. A ty sie boisz wracac do P.

Wpol drogi. Wyboje. Wgryzamy sie w siebie. W pyl. Dzieciaki graja w pilke nozna co jakis czas rwac nasze Niebo na kawalki. Tlusta konserwa tyrolska i chyba hod dogi. Jezioro zywe, bo nie tkniete ludzka stopa. W obskornym barze miejscowy poeta pisze o mnie wiersz. Pociag osobowy do K. nie odjedzie o godzinie 12-tej. Zasne na lawce do wpol do drugiej.

Albo ciasny korytarz. Za oknem rwacy deszcz. Ten egzamin zdam bez slowa. Zbyt mocny makijaz zmywasz kilka godzin pozniej.

Ja wiem- nie rozumiesz.

W P. jezioro. Mokra sukienka, osowiala noc. Sperma pachnie dzis woda. Ja nie umiem plywac.

Nie nawidze P. Nie cierpie Morrisona. Ukladasz sie miedzy ciasna wyzarta przez mole przeszlosc. Ja trace cierpliwosc. Ale pamietasz- lzy, wodka chyba absolut albo weselna. Uciekam. Nad Malta musialas powiedziec o B.Cz., D.J. i… jeszcze sikac mi sie zachcialo w dodze powrotnej i tylko odwrocilem sie na piecie. Twoj Morrison narysowal mnie ze zlajdaczala twarza.

W K. Twoja siostra placze. Ty piszesz: Daleko

W Z. pierdolony czas. Chociaz tyle

I jeszcze spotkanie w L.K. Wspomnialas K. i jeszcze kogos przeciez. Ty do P. Ja do T. Slowa, slowa, slowa. Urwane wpol. Gwizdek.

Plus listy powrotne plus jakas nadzieja ulotna plus

Pociag osobowy wjechal na tor przy peronie

Ja wiem- nie rozumiesz

Wednesday, April 23rd, 2003

Bohdan!Bohdan!Slysze ciagle malujace sie w przestrzeni wokol mnie wolanie. Takie niewymuszone, nieporadne, niepoprawne w brzmieniu. Kraza obrazy, ktore pozostana wyryte w pamieci ponad zapomnienie. Kolejne dusze odlecialy w swiat oswojone do zycia Gdzie Indziej.

Jestes smutny? Xema ogarnia mnie przenikliwym spojrzeniem. Jestes smutny. Odpowiada sobie bez oczekiwania na odpowiedz.

Pili potrafi powiedziec jedynie do zobaczenia. Nie probuje sie zegnac. Spotkamy sie przeciez. Nie mamy innego wyjscia.

Tego dnia w autobusie z Longsite do Piccadilly Garden muzulmanskie kobiety rozmawialy o klopotach gastrycznych.

Nie wiedziec czemu rozplakalem sie na srodku ulicy. Nie wiedziec czemu przypadkowy przechodzien podal mi chusteczke.

Tuesday, April 8th, 2003

Zabraklo nam wiary w ludzi.

Biegne. Siodma trzydziesci. Mijam rozwydzrzone grupy dzieciakow. Siodma trzydziesci piec. Kobieta spaceruje z psem. Siodma piecdziesiat. Z komina fabryki po przeciwnej stronie wydobywa sie dym. Osma. Potykam sie o kamien. Osma piec. Opadam z sil. Osma pietnascie. Puls przekraczajacy norme. Osma dwadziescia. Wacham kwiaty. Osma trzydziesci. Biegne.

Aurelie mowi, ze zwiazek z Wilhelmem byl szansa na przyjemne spedzanie czasu i nic po zatym. I tylko tyle.
Joanna mowi, ze Maciej nie zasluguje na jej milosc. Po kilku tygodniach rozlaki wraca do Macieja.
Anita pragnie sie w koncu zakochac, ale nie potrafi stopic swojej zimnej powloki.

Godfrey wraz z trojka wolontariuszy z Bradford w Salford Foyer. Wolontariusze sa zachwyceni moim treningiem na temat Niemiec. Godfrey jest niepocieszony. Umknal mu mecz o osmej. Trening skonczyl sie o osmej trzydziesci.

Osmioletnie dziecko pluje na tylne siedzenie autobusu zmierzajacego do Traford. Nikt nie reaguje. Byc moze za chwile to samo dziecko opluje kierowce. A kierowca sie tylko usmiechnie.

Pili sie oddala. Przyjazn ktora nie potrafi nic wskurac.

Anita nigdy nie wyeksponuje zdjec z B. B. jest zbyt brzydki, by byc eksponowanym. I zbyt lysy.

Glebelands Market Garden

Wednesday, March 26th, 2003

To byla nagla decyzja- wziac sie w garsc, przelamac strach, udusic w sobie niepwnosc, rzucic sie w gleboka wode, wyjechac… do Anglii.Pomysl zrodzil sie podczas niewinnej libacji alkoholowej u P.O., gdzie lala sie wodka zoladkowa, przy akompaniamencie ukrainskich piesni partyzanckich. Potem bylo wypelniania aplikacji, najpierw po polsku, potem po angielsku. To nic, ze angielski w gebie marny, przekornie zanotowalem, ze komunikatywny, to na wypadek jakby ktos mial jakies obiekcje. List motywacyjny napisala mi O.L. podczas cwiczen z Metodologii nauk humanistycznych, prowadzonych przez niejakiego P.M., prawie rowiesnika, ktorego prawie tez traktowalem jak.
A potem zaczelo sie aktywne poszukiwanie odpowiedniego projektu- przewinela sie Grecja dla poszukiwaczy zyl wodnych co pachnialo zlowrogo, wiec odrzucilem, potem Hiszpania dla odwaznych- praca z psychicznie chorymi, ale nie znalem hiszpanskiego wiec odrzucilem tez.
Glebelands pojawil sie jakby na koncu drogi- prezes Miedzynarodowego Centrum Camp Rodowo, dawal mi do zrozumienia, ze to projekt ekologiczny, a wiec grabki i lopatka, a ja umysl humanistyczny, filolog z wyksztalcenia, wiec moze to byc ryzykowna decyzja. I wtedy pomyslalem sobie, ze dlaczego nie, moglbym sobie przeciez na tym projekcie poprawic stan umiesnienia, uzdrowic swoje szare komorki na swiezym powietrzu i tak dalej, i tak dalej. No wiec decyzja padla szybko- biore ten projekt.

Lecz zanim ruszylem na podboj Anglii, kilka razy bylem informowany, ze sa problemy, ze Bruksela daje przyslowiowej dupy, ze organizacja goszczaca nie dopelnila formalnosci, w koncu… ze organizacja wysylajaca nie ma pieniedzy by mnie wyslac za morze. Jednak dwa tygodnie przed planowanym startem projektu wszystko sie omienilo. Okazalo sie ze Bruksela jednak naprawila swoj blad, ze organizacja goszczaca zdazyla przeslac wszystkie formularze do podpisu, w koncu, ze chociaz organizacja wysylajaca ciagle z dziurawa kiesa to jednak postanowili dac mi szanse. Nie kazdy filolog chce byc ogrodnikiem, wiec ‘niech mu tam’.

Pierwszy raz na lotnisku Okecie w Warszawie. Pracownik odprawy paszportowej zapytal czy pierwszy raz lece, wiec mu odpowiedzialem, ze oczywiscie pierwszy raz lece, a co wygladam na kogos kto sobie funduje codzienne wycieczki lotnicze? Pracownik odprawy paszportowej zapewnial, ze bede mial niesamowite wrazenia z podrozy. W samolocie rzeczywiscie mialem niesamowite wrazenia, ale zupelnie nie zwiazane z lotem. Oto bowiem doszedlem do wniosku, ze im blizej Manchesteru (tam mialem realizowac swoj projekt), tym moj angielski jest slabszy, wertowalem wiec rozmowki, slowniki, notatki, uczylem sie na pamiec sentecji powitalnych, nazw warzyw i owocow, i jakby nie wierzac we wlasna pamiec probowalem tez przypomniec sobie jak sie nazywam. Wspolpasazerowie z zaciekawieniem patrzyli na moje lingwistyczne wyczyny na pokladzie Embrayer i przyjaznie usmiechali sie do siebie.

Na lotnisku w Manchesterze kolejne problemy- angielski pracownik imigracyjny nie mogl uwierzyc, ze w ogrodzie mozna pracowac w charakterze wolontariusza, nie mogl tez uwierzyc jak to mozliwe, ze Polak zamiast do czarnej roboty jedzie do roboty legalnej i do tego pracowac za darmo.Angielski pracownik imigracyjny potrzebowal czas, by to wszystko jakos zgrabnie poukladac w zwarta calosc, przetrawic i zrozumiec. Trwalo to jakas godzine, co mnie prawde mowiac nie dziwilo, zawsze mialem watpliwosci co do inteligencji Anglikow.

W hali przylotow czekala Lesley oraz Adam z kartka z moim imieniem, wysoko podnoszac glowy w poszukiwaniu zguby. Z ledwoscia wydukalem wyuczone zdanie- ‘Nie mowie po angielsku zbyt dobrze’, a oni jakby nigdy nic zapewniali, ze ich angielski tez nie jest najlepszy, a do kapusty i tak przeciez nie bede gadal. Lesley, irlandka z pochodzenia od razu wydala mi sie dziwna, wygladala na anorektyczke, nogi jak patyki, rece jak patyczki, nie inaczej Adam ‘nic ino skora i kosci’.

Zamieszkalem w islamskiej dzielnicy Manchesteru. Dostalem wlasny pokoj, byl duzy, nasloneczniony, nic do zarzucenia.
Pierwszy dzien w Glebelands Market Garden rozpoczal sie o siodmej trzydziesci- na sniadanie platki i musli, chleb z dzemem, herbata oczywiscie z mlekiem. A mleko oczywiscie sojowe. I to bylo pierwsze moje zaskoczenie podczas pobytu w Manchestrze. Okazalo sie bowiem, ze zamieszkalem z weganami, ktorzy nie pija krowiego mleka, nie jedza jajek, nabialu, miesa, nie uzywaja cukru. Tego nie bylo w opisie projektu, ktory otrzymalem w mojej organizacji wysylajacej.

Okolo osmej wyjechalismy do pracy w ogrodzie, siedem kilometrow od miejsca mojego zamieszkania, na obrzezach Manchesteu, w Sale. W samochodzie Lesley, moja irlandzka tutor z wygladem anorektyczki, poinformowala mnie, ze dostane rower i na tym rowerze codziennie dojezdzac bede do pracy. W koncu moge przeciez pokonac siedem kilometrow na rowerze bez przeszkod. Na pytanie, czy nie lepiej kupic mi miesieczny bilet autobusowy, Lesley odpowiedziala, ze jest to niemozliwe, poniewaz Glebelands nie ma na to odpowiednich funduszy. To bylo zaskoczenie drugie.

Ogrod mial hektar powierzchni, polozony byl nad rzeka w ciekawym i milym otoczeniu. Lesley oprowadzila mnie po szklarni, zapoznala z planami siewu i zbioru warzyw, dala kombinezon roboczy i kazala wyczyscic powierzchnie z kamieni. Ogolnie wywiozlem ponad czterdziesci taczek. Ale to nie bylo zaskoczenie trzecie.

W Glebelands Market Garden wykonywalem wiele prac- przekopywalem ziemie, sadzilem warzywa, przygotowywalem dostawy do miejscowych sklepow ze zdrowa zywnoscia. Wykopalem tez oczko wodne, przesadzilem zywoplot, przygotowalem sciezke ogrodowa. Raz w tygodniu pracowalem w sklepie, gdzie pakowalem muesli, rodzynki, zmywalem naczynia, sprzatalem powierznie magazynowa i reszte sklepu, czasem sprzedawalem na targach zdrowa zywnosc.Pracowalem tez nad strona internetowa organizacji goszczacej. Praca byla ciezka, ale nie narzekalem z tego powodu.

W drugim tygodniu mojej pracy zapytalem Lesley, czy wie cos na temat mojego kursu angielskiego. Ta z oburzeniem odpowiedziala, ze nic jej nie wiadomo o kursie. I tu zdziwilem sie po raz trzeci. Kurs jezykowy to jeden z najwazniejszych obowiazkow ciazacych na organizacji goszczacej. Ze zdziwieniem przyjalem odpowiedz Lesley i jej brak kompetencji. Udalo mi sie jednak wywalczyc lekcje angielskiego. na poczatku drugiego miesiaca mojego pobytu w Glebelands Market Garden rozpoczalem szlifowac moj angielski w Adult Education Center, collegu usytuowanym w Crumpsall, na polnocy Manchesteru. Od miejsca mojego zamieszkania dziewiec kilometrow, od miejsca pracy szesnascie. Kiedy po raz kolejny zapytalem o bilet komunikacji miejskiej, znowu otrzymalem negatywna odpowiedz. Do collegu wiec jezdzilem rowerem. Codziennie pokonywalem 32 kilometry w dwie strony, codziennie padalem wycienczony.

Na kursie dla nowych wolontariuszy w Manchester poznalem kilka osob, ktore podobnie jak ja mieszkaja w Manchesterze. Byly to naprawde cudowne osoby z ktorymi, pomimo zmeczenia, staralem sie pozniej spedzac jak najwiecej czasu. czesto organizowalismy wspolne party, chodzilismy razem do pubow, kina, milo spedzalismy wspolnie czas.
Pewnego dnia zostalem zproszony na hiszpanskie party w poludniowo- wschodnim Manchesterze. Temperament mam raczej poludniowca, wiec dlugo nie dawalem sie prosic. Oczywiscie wybralem sie na nie rowerem, bo jakze inaczej. Zostawilem go przed drzwiami i dolaczylem do imprezujacych osob. Bylo karaoke, tance, hiszpanskie flamenco oraz hiszpanski omlet, ciasto i naprawde niesamowita zabawa. I wtedy ukradziono mi rower. Dlugo nie moglem w to uwierzyc, ze w Anglii sa mozliwe takie rzeczy, ale jak sie okazuje Anglia wcale nie nalezy do krajow mlekiem i miodem plynacych. Nieszczesciem byl fakt, ze rower nie byl moja wlasnoscia, a mojej tutor, ktora dostala doslownie bialej goraczki, gdy sie dowiedziala o kradziezy. Zarzadala rekompensaty finansowej, ale nigdy jej nie otrzymala.

D
wudziestego trzeciego grudnia, Lesley, moja tutor poinformowala mnie, ze moj projekt dobiegl konca. To nic, ze mial trwac dwanascie miesiecy, to nic, ze o tej decyzji wiedziala tylko angielska narodowa angielska, ktora postapila wbrew prawu nie informujac o tym fakcie Narodowej Agencji w Polsce, ani organizacji wysylajacej. 24 grudnia czekala mnie inna niespodzianka. 24 grudnia, a wiec wigilia Narodzenia Chrystusa. Okazalo sie boweim, ze moi gospodarze nie maja w zwyczaju przygotowywac kolacji wigilijnej, z reguly ida do restauracji i kupuja tam kolacje. Pierwszy raz w zyciu spedzilem wigilie przy pustym stole, bez potraw i bez ludzi wokol. Plakalem pol nocy jak dziecko, az w koncu wzialem sie w garsc.

Glebelands Market Garden po raz kolejny zglosilo chec przyjecia wolontariuszy. Projekt zostal zaakceptowany przez Unie Europejska oraz angielska Narodowa Agencje. Opis dostepny jest pod adresem Podczas projektu poznalem mnostwo wspanialych osob, ktorzy wspierali mnie w trudnych chwilach. bardzo dziekuje za to Pilar z Madrytu, Lorenie z La Coruni, Xemie z madrytu, Giuseppe z Triestu, Tomako z Tokio, oraz Clair Brown z Everything Possible oraz wielu osobom, bez ktorych moj czas w glebelands market garden bylby stracony.

Podczas mojego partycypowania w projekcie pracowalem sam, bylem pierwszym wolontariuszem w tej organizacji.
Mimo wszystko duzo sie tam nauczylem i otrzymalem pozyteczne lekcje zycia.

Wednesday, March 26th, 2003

Szumia poloniny. Juhasi zganiaja owce z hal. Stare kobiety wyplataja kosze. Dzieciaki taplaja sie w blocie. Przyjezdny wybalusza oczy ze zdziwienia.

Swieto musi zadziwiac. Swieto musi prowokowac. Swieto jest wtedy, gdy zapominamy, ze Zyjemy. Swieto jest wtedy, gdy przypominamy sobie, ze oprocz nas, blisko, zyje Drugi Czlowiek.

Swieto Codziennosci. Kazdego dnia z tym samym wdziekiem i z ta sama ceremonia witac dzien. Dziekowac za Slonce. Za Niebo. Za czas. To potrafia tylko Starcy. Niestety.

Ale i Ty zaslugujesz na Swieto. Niech sie swieci Imie Twoje, wiec…

Wiersze zebrane

Tuesday, March 25th, 2003

***
zawsze na tak
moje dłonie twoje dłonie
ręce
moje usta twoje usta
twarz
zawsze na nie
serce

Kiedy

kiedy znikną samotni
z barów parków ulic
prostytutki nie będą już szukać
łatwego zarobku
martwi powstaną z grobów
żywi się nie przestraszą
kiedy nikt już nie nazwie cię
osłem
kiedy nauczymy się przechodzić
przez mury
zamiast je niszczyć
kiedy znikną szpitale
dla umysłowo niedorozwiniętych
a umysłowo rozwinięci
zaczną rozumieć miłość
wtedy
wszyscy poeci
stracą pracę

***

w moim domu
zabrakło serca
między jedna a drugą
cegłą

Maski

tu wszystko
nie moje
nie moje myśli
niedokończone
brudne

nie moja
twarz
naszkicowana w pośpiechu
niezdarnie

nie moje
słowa
na wpół utkwione
w ustach
twarde

nie moje
serce
chore
na nie moją
miłość

jedynie moje
maski

***

mamy sobie tyle
do powiedzenia
tyle co nic

.dotknij.

dotknij-
slady kamienia wyryte
w marmurze
skostniale dlonie szukaja
szczelin snu

dotknij-

niebo gasnie

.staje sie.

staje sie
Czlowiek

z ciala
w proch
z prochu
w pyl
z pylu

Bog

***

K.-
Żdążyć przed panem Bogiem
na śniadanie z Aniołem
ukołysać przestrzenie
cienie zamknąć w kwadraturze ręki
Znaleźć Niebo na Ziemi
a Ziemi fragmenty tchnąć do Nieba
jako wyraz największej podzięki…

Spojrzeć w oczy na przek๓r
niejednemu poecie,
jakąś iskrę mu w duszy rozniecić.
Niechaj płonie, gdy może,
oby w jasnym kolorze
wiersze sypał z rękawa-
piosenki…

M๓wisz nie, a obłoki Ci spadają na głowę
szumiąc w uszach tak trzeba i basta!
Zn๓w wygrałaś, a cisza miarowa przegrała
między słowem a słowem
wielki mur dziś wyrasta-
Miłość ślepa
nadzieja
kolczasta.

M๓wię tak, a obłoki mi spadają na głowę,
szumiąc w uszach tak trzeba i basta!
Zn๓w przegrałem, a cisza miarowa wygrała
między słowem a słowem
wielki mur dziś wyrasta-
Miłość ślepa
nadzieja
kolczasta.

.wspomnienie.

Byłem. Byłaś. Byliśmy zaskoczeni milczeniem, echem pustki zabielanej mgłą…
Trwałem. Trwałaś. Trwaliśmy otoczeni jej cieniem, wp๓ł przytomni.

To był dzień , w kt๓rym runął nasz dom.

Śmiałem się i się śmiałaś Ty,
co ciągle na przek๓r światu, ludziom i czasom się pniesz…
Walczyliśmy ze smutkiem przypinając uśmiechy.

Słońce palcem kiwnęło na deszcz.

Ukrywałem i Ty ukrywałaś gałązki
wspomnień ciepłych i wspomnień tak zimnych jak l๓d.
Nasze życie nie było jednak wcale za grząskie.

Jednym zdaniem- opłacał się trud.

To, co było milczeniem, niech milczeniem zostanie,
to co było cierpieniem niech cierpieniem też będzie po gr๓b.
Miłość wiele ma imion. To jest bzdurne gadanie.

Miłość najdoskonalsza- Bog.

Tuesday, March 25th, 2003

Gazety pisza obszernie o wydarzeniach w Iraku. Prasowe Agencje przesylaja tysiace zdjec z pola bitwy. Mlodziez protestuje prawie w kazdym panstwie. Telewizja klamie i mowi prawde zarazem. W radiu slychac, ze Amerykanie zdobyli kolejna twierdze. Przedstawiciele irackiego rzadu zaprzeczaja.

Szamir probuje skontaktowac sie z rodzina w Bagdadzie. Nie moze. Telefon nie odpowiada. Prawdopodobnie jego rodzina jest w poblizu granicy iracko-iranskiej. SWzamir ma nadzieje, ze spotka jeszcze swoja Matke. Musi. Chce jej podarowac pieknie haftowany angielski obrus.

Telewizja CNN pokazala zburzone centrum Bagdadu. Szamir tego nie widzial. Modlil sie do swietego Allaha.

Tuesday, February 18th, 2003

Budzisz sie z potwornym bolem glowy. Zaparzasz poranna kawe. W pospiechu lykasz witaminy. Na sniadanie jest zbyt pozno.
Jedziesz do centrum sprawdzic poczte elektroniczna. Odwiedzisz przy okazji jakis second hand, kupisz sobie koszule w krate. A pozniej najdzie Cie ochota na cos slodkiego- wiec nie omieszkasz dokonac zakupu czekolady z orzechami. W autobusie przejrzysz bezplatna gazete, gdy skonczysz, wyrzucisz ja do kosza. Zapomnisz skopiowac kurs hiszpanskiego, na hybil trafil odwiedzisz sklep niedaleko Twoje przystanku autobusowego. Tam spotka Cie mila niespodzianka. Na polce miniaturowa katarynka i wspanialy utwor do Elizy.
W centrum handlowym kupisz sobie puszke pepsi. Nastepna godzine bedziesz sie nudzil ogladajac Simpsonow albo jakas potwornie nudna angielska komedie. W miedzyczasie Stefanie skokietuje Cie dwa razy. Odwiedzisz znajomych. Ugotujesz pozny obiad- jakies szybkie do sporzadzenia spaghetti. Wybierzesz sie do pubu, gdzie muzyka na zywo. Zobaczysz wokaliste, ktory niszczy wlasny mikrofon, a przy okazji rowniez perkusje kolegi. Wypijesz kilka piw. Po powrocie do domu Ktos zaproponuje Ci wspolne spanie . Polozysz sie obok dziewczyny, ktora znasz moze dwa tygodnie. Bedziesz myslal, myslal, az zasniesz. Obudzisz sie zmeczony. Nie wiadomo czemu.
Ale to bedzie juz kolejny dzien…
Wypijesz kawe i zaczniesz wszystko od poczatku…

Friday, February 14th, 2003

Remi pokazuje mi zdjecie z balu sylwestrowego. Na fotografii jest wraz z Laila, Sergiuszem i narzeczona Sergiusza, Alessandra i zalotnikiem Alessandry oraz z Anita, ktora utkwila gdzies w srodku milosci, z samotnoscia za pan brat.
Tylko Anita jest sama!- probuje mi cos zasugerowac, ale widzac, ze sugestia do mnie nie trafia, wali prosto z mostu- mozesz probowac starac sie o reke Anity!

Inna Anita mieszka w Polsce. Jest corka kochanki mojego ojca. Przez wiele lat nie odzywalem sie do Anity z Polski, poniewaz byla corka kochanki mojego ojca. Teraz czasem mowie do niej czesc. A ta czasem odpowiada.

Anita z fotografii Remiego nie teskni za domem. Nie ma na to czasu. Twierdzi, ze jest zbyt zajeta innymi sprawami. Urodzila sie w Slowenni, kocha morze, szczegolnie te z kamienista plaza. Jak w Chorwacji, np. Anita jest osoba powazna. Brak jej iskry szalenstwa. Przypomina czlowieka, ktory zmeczony jest zyciem i pragnie tylko odpoczynku.

Oxford Road w Manchesterze oblegana jest dzisiaj przez sprzedawcow kwiatow i kwiatkow. Rzadko jednak widuje kogokolwiek z kwiatami.

Valentine’s Day jest kolejnym dniem w roku. Niby innym, a jednak powszechnym.
Remi biegnie do biura zadzwonic do Laili i zakomunikowac, ze ja kocha. Bedzie rozmawial przez telefon 45 minut.

Thursday, February 13th, 2003

Look up! Do you see stars? Look down! Do you see yourself?
Beetween stars and you is a big unknown space…

1. Ubierasz sie pospiesznie, schodzisz na dol schodami o ktorych wiesz tylko tyle, ze moga runac lada dzien. Zaparzasz poranna herbate. Witasz sie z L. Patrzy na Ciebie przez pryzmat szalenstwa i kalectwa. Wymadrza sie, poucza, atakuje, warczy. Czujesz chlod na calym ciele. Za oknem deszczowa piosenka. Dzien dobry mowisz napotkanym znajomym, a dzien dobry rozplywa sie w przestrzeni smutku. Zakladasz robocze spodnie, skarpetki cuchna robota. Widzisz twarz L. skierowana w Twoja strone. Za chwile przypomni Ci, ze powinienes wziac lopate z lewej strony, poniewaz ta z prawej powinna zostac na miejscu. To nic, ze obie sa identyczne. Nie maja znaczenia granice podobienstwi roznic. Jej decyzja jest nieodwracalna. Przystepujesz do dziela ze spuszczona glowa.
Swieta spedzasz z daleka od L, chociaz w jej domu, na pierwszym pietrze, zabarykadowany tysiacem niedomowien i pretensji. Zaciskasz zeby, kiedy sluchasz koledy w radiu. L. wychodzi na wigilijna kolacje dop restauracji. Proponuje uklad- Ty dasz 10 funtow, ja dam Ci wigilie. Decydujesz sie nie ruszac z miejsca.
W koncu nie wytrzymujesz, wygarniasz L. wszystko co Ci slina na jezyk przyniesie. Zaskoczona L. kontratakuje, widzac jednak, ze stoi na przegranej pozycji zwraca sie o pomoc do A. Ten wstretny B. smie mnie pouczac!
L. zegna Cie prawie ze lzami w oczach. To ze szczescia, ze widzi Cie po raz ostatni. Ma nadzieje, ze w nowym miejscu bedziesz szczesliwszy. Tak naprawde ma nadzieje, ze trafi Cie szlag.

2. Teraz masz zmywac, pozniej ukladac towar na polkach, potem posprzatac po innych w Packing room, przeniesc kilkanascie kilogramow cebuli, zapakowac 48 kg fasoli, zniszczyc kilkadziesiat pustych kartonow.
Czasem zdarzy sie przerwa. 40 minut i ani minuty dluzej. Nastepnie powtorzysz plan sprzed przerwy. Zadowolony skonczysz prace przed osma.

I nikt Ci nie powie dziekuje.

3. Wkraczasz w nowe miejsce niepewnie, po cichu, z dystansem. Poznajesz R., ktory wydaje sie mily. Opowiadasz o sobie, o kraju z ktorego pochodzisz z przejeciem jakby na wyrost.
Masz bojowe zadanie- wkroczyc w swiat, ktory jeszcze godzine temu byl obcy i nieznany.

Nikt nie ma ochoty niszczyc lancucha przyzwyczajen. Twoje miejsce pozostaje poza obrebem sztucznych fascynacji.

4. Co tydzien spotykasz sie z P. P. jest Twoja najlepsza przyjaciolka w obcym kraju. Czesto rozmawiacie, smiejecie sie glosniej niz to mozliwe, obdarzacie sie prezentami. Rozumiecie sie lepiej niz moznaby sie bylo spodziewac.

Ktos powie laczy Was wiecej niz przyjazn.
Odpowiesz- Laczy mnie az przyjazn, ktora przerasta wyobrazenie Kogos.

5. L. podaje Ci reke na przywitanie. Jest ta kobieta z opisu D., czesto siegajaca po wode mineralna, mowiaca przystepnym angielskim, stawiajaca kroki powoli, rozwazajaca kazde slowo.
Widzisz L.rzadko, ale intensywnie.

… Beetween stars and you is big unknows space. Look up! Do you see stars?
Look down! Do you see yourself?

Thursday, February 13th, 2003

Byc moze wyrzezbic siebie w kamieniu to po prostu pozbyc sie wszystkiego tego co mna nie jest. A wiec nieznanych twarzy, ktore gdzies gleboko zakorzenily sie, problemow, ktore byly tylko nieznosna imaginacja, lekow, ktore nigdy nie oswoily sie, rozmow, ktore nie mialy miejsca i ujscia. Pozbyc sie wszystkiego tego co mna nie jest. A wiec pozbyc sie przyjaciol, rodzicow, wrogow, pozbyc sie psa i rybek.

Byc moze wyrzezbic siebie w kamieniu to odlupac okruszyny blota z wlasnej przeszlosci, ktore nigdy nie pasowaly do reszty.

Lecz gdzie jest tak silna reka, ktora temu zadaniu podola?

Szukam kogos, kto w pelni wyrzezbil siebie w kamieniu i zostal przy zdrowych zmyslach.

Monday, February 10th, 2003

Szczatki snu splywaja po zmeczonych powiekach. Smierc, klotnia, jakies niewyrazne postaci, znane i nieznane. Jakas pretensja do swiata i do siebie. Jakas mgla miedzy ujeciami sennego marzenia.

Boje sie wlasnych snow. Sa jak zmije, oplataja szyje, zniechecaja, kasaja, niszcza. Nie pamietam Nieba w swoich snach. Tylko pieklo. Jakies ciagle nawiedzajace mnie leki, jakas wizja katastrofy i rozpadu.

Budze sie zawsze zmeczony. Nie potrafie pozbierac mysli. Rozplywaja sie pod ciezarem wrazen.

Sny swiadcza o naszym zyciu. Wiec i ja swiadcze o swoich snach.

Jest we mnie burza bolu.

Sunday, February 9th, 2003

Sa milosci krotkotrwale, niezreczne, sa milosci na przekor i na przymus, sa milosci romantyczne i pozadliwe. Sa milosci, ktorych nie da sie opisac pod zadnym pozorem. Sa milosci stale i przemijajace. Sa milosci beznadziejne i zachlanne, sa milosci egoistyczne i altruistyczne.

Remy kazdego wieczoru opowiada mi o swojej Laili. Kiedy wypowiada jej imie, przewraca sie z boku na bok, cieszy sie jak dziecko, caluje poduszke i fotografie swojej ukochanej. Snuje plany i ma pewnosc, ze to jedyna milosc jego zycia. Laila zmienila Remiego nie do poznania. Teraz jest to wesoly chlopak, ktory nie widzi przeszkod w zyciu, pelen szalenstwa, spontanicznosci i wiary. Nadziei tez, takiej pelnej ufnosci, ze az naiwnej. Remy wysyla kilkanascie wiadomosci dziennie do Lotwy, gdzie w tej chwili przebywa jego ukochana. Laila odplaca sie tym samym. Sa oddaleni od siebie o ponad 3 tysiace kilometrow, a jednak jakze blisko. Remy kocha Laile do szalenstwa.

Anita i Alessandra zapraszaja remiego do pubu. Remy odmawia, tlumaczy sie brakiem czasu. Wie jednak, ze Laila jest wazniejsza niz nie jeden pub.
Anita i Alessandra odchodza niepocieszone. Sa zle na Remiego. Zarzucaja mu samolubnosc. Remy zmienil sie nie do poznania. Na gorsze- twierdza wspolnie.

Remy dostal slownik lotwsko-francuski. Teraz uczy sie jezyka.
Od podstaw.

Wednesday, February 5th, 2003

Gapa, gapa!- wolali koledzy, gdy ktoregos dnia w autobusie lokalnej linii zostalem zlapany przez kontrolera nie majac waznego biletu na przejazd.
Czerwienilem sie wtedy, bylo mi wstyd, nie dlatego jednak, ze nie posiadalem biletu, ale dlatego, ze dalem sie zlapac kontrolerowi. Bowiem najwazniejsze dla gapowicza przykazanie to nie dac sie zlapac. Wybic szybe w autobusie, pobic kontrolera, ale nie dac sie zlapac. Uciec. To jest przykazanie gapowicza. Czyli stchorzyc.

Ale byli tacy ktorzy mieli w nosie kontrolerow, byli zawsze przygotowani na kare za jazde bez biletu. Takich ludzi spotykalem czesto w pociagach podmiejskich i nocnych linni, ktorzy spytani o kierunek nigdy nie potrafili go okreslic.To ludzie czesto bez tozsamosci, czesto nalogowi gapowicze, ktorzy wiedzieli, ze przy polskim przeladowaniu kolegiow i sadow sa bezkarni.

Autobus linii 67 z Salford do Manchesteru. Podrozni sa zobowiazani do okazania biletu na przejazd kierowcy. Przejscie jest tak waskie, ze nikt nie jest w stanie przemknac sie niepostrzezenie do autobusu bez biletu. Troche spowalnia to ruch, ale kierowca jest pewny, ze nie wiezie zadnego gapowicza.

W Manchesterze liczba kar za przejazd bez waznego biletu jest bardzo mala.
Gdy mowie o polskim zawodzie ‘gapowicz’ mlodzi Anglicy rozdziawiaja geby.

Monday, February 3rd, 2003

Oto ogromny cud natury. Snieg w Manchesterze. Jutro beda o tym pisaly gazety.

Dzieci probuja zgarnac jak najwiecej puszystego szalenstwa. Krzycza, formuja sniezki, tocza walke na prawo i lewo. Gonia sie wzajemnie, przewracaja, nacieraja nosy. W ktoryms momencie okragla sniezka trafia w plecy starszej pani w berecie. Staruszka obraca sie, nie podaruje. Sypie strumien obelg w strone mlodych ludzi. – Zabawe sobie znalezli, smarkacze!

Dwie godziny pozniej po sniegu zostaly juz tylko strugi wody.
Dzwiek nienawisci pozostal nietkniety.

Monday, February 3rd, 2003

Matematyka jest krolowa nauk
Notatka z wykladu na Uniwersytecie Mikolaja Kopernika

Prawda. Jesli sie dobrze przyjrzec z pewnoscia jest matematyczna. Zawarta w ciagu danych liczbowych, ujeta w scisle okreslone wzory arytmetyczne.
Prawda poczatku. Nielatwo zauwazyc, ze wyznacza ja data naszego urodzenia. Ten wyznacznik przyporzadkowuje nam pewne prawa i obowiazki, funduje nam bilet wstepu do okreslonej spolecznosci i do spoleczenstwa. Podobnie Prawda smierci- data naszego zgonu zabiera nam wszelkie prawa, pozostawiajac jedynie mozliwosc domagania sie Pamieci bliskich i dalszych nam osob, na ktora pracowalismy przez okreslona ilosc czasu w naszym Zyciu.

A zycie przynosi nam kolejne prawidla liczbowe.
Ceny, godziny przyjec interesantow w urzedach, data wyplaty, data splaty kredytow,data imienin kolezanki z pracy, data urodzin dziecka (jak czesto sie zdarza, ze probujemy sobie zafundowac dziecko z okreslona data przyjscia na swiat).
Urzedy statystyczne ograniczaja nas do kilku cyfr, nie interesujac sie naszym nazwiskiem czy imieniem.
Podczas Szczytu Ziemi przywodcy panstw przestrzegali nas przed przeludnieniem opierajac sie na liczbach. Z tym ze tak naprawde, byl to glos w kierunku Afryki, nie zas w kierunku Europy czy Ameryki.

Bardzo lubimy liczby. Czesto sa one nasza bronia. Jakze czesto, aby cos komus udowodnic rzucamy w jego strone jakies nic nieznaczace dane liczbowe, ktore potrafia zbic z tropu przeciwnika, powalic go…

Mowimy- w Europie jest kilkadziesiat tysiecy ludzi chorych na AIDS, mowimy- na swiecie mieszka 6 miliardow ludzi, a to jest zagrozenie dla Zycia ( w rzeczywistosci zagrozenie dla Ciebie), mowimy- swiat zyje w ubostwie- miliard ludzi nie ma co jesc.
Nie mowimy- pomoglem tylu a tylu ludziom chorym na AIDS, nie mowimy- powinnismy stworzyc warunki tym, ktorzy rodza sie ciagle na naszym globie. Nie chwalimy sie, ze pomoglismy osobie glodnej ze poczestowalismy ja chlebem z maslem. (bo NIE mamy sie czym pochwalic). Wolimy zdac sie na liczby. Niech one odwala za nas brudna robote.

Wydaje sie, ze zagrozeniem dla swiata jest dzis nie przeludnienie czy glod i ubostwo, ale nasza wlasna prywatna glupota i wrazliwosc, nie warta nawet szelaga.

Monday, February 3rd, 2003

W weekendowym wydaniu The Guardian opublikowano kilkadziesiat fotografii dzieci, ktore czynnie uczestnicza w dzialaniach zbrojnych na swiecie. Pilnie przygladalem sie wyrazom ich twarzy, spojrzeniom, minom. Tylko kilka osob- glownie dziewczynek mialo w oczach przerazenie. Reszta przejawiala raczej zywe zainteresowanie, obojetnosc, a czasem zadowolenie.

Dzieci traktuja wojne czasem jako wyzwanie. Nierzadko nie zdaja sobie sprawy ze wlasnie od strzalu ich karabinu ktos zginal realnie. Sa jak kamikadze, z ta tylko roznica, ze kamikadze zawsze maja swiadomosc smierci.

Dzieci ufaja swojej naiwnosci.

Friday, January 31st, 2003

jest w nas, ludziach, pewna sklonnosc do ukladania swiata na wlasna modle. Do szufladkowania, oceniania, generalizowania. Probujemy sobie wmowic, ze jestesmi Panami wlasnego losu. I tylko smierc jest w stanie przerwac ten lancuch zludzen.

Friday, January 31st, 2003

… To pomieszczenie szesc metrow na cztery metry z szerokimi drzwiami wejsciowymi, olbrzymimi oknami z widokiem na wnetrze sklepu, w ktorym od rana buszuja wegetarianie i weganie, trawozercy i ekolodzy, krisznaci i jogini. W tym pomieszczeniu szesc metrow na cztery metry z szerokimi drzwiami wejsciowymi i olbrzymimi oknami z widokiem na wnetrze sklepu przebywa kilka osob na pozor takich samych- bo przeciez na glowie taki sam bialy kitel,taki sam zielony fartuch z Unicornem wyszytym po lewej stronie. Ale, gdy sie jakis ciekawski wedrze szerokimi drzwiami wejsciowymi tudziez olbrzymimi oknami do srodka Packing Room, z pewnoscia dowie sie, ze ta blondynka, co akurat wsypuje garsc rodzynek do foliowego woreczka przyjechala z Hiszpanii kilka lat temu z nadzieja na znalezienie dobrej pracy, a ta szatynka z zezem w prawym oku rok temu zaczela studia na Uniwersytecie, wczesniej mieszkala we Francji, ale Francja nie bardzo jej odpowiadala ze wzgledu na nizsze zarobki W Packing Room mieszaja sie swiatowe akcenty choc jezyk ten sam, angielski. I nie ma tu mowy o kaleczeniu, nieuctwie czy braku talentu lingwistycznego.
W Packing Room kazdy wie o kazdym wszystko- czasem grupa tych samych osob sterczy tu od rana do wieczora, wciaz napelniajac woreczki czym sie tylko da- kakao, maka, sliwkami, mango, muesli, kasza. Jest jakos dziko i nieznosnie, kiedy w Packing Room zapanuje cisza. W najgorszym razie ktos wlacza muzyke. Ale glownie slychac glosy pakujacych i odglosy pakowanych produktow.
Wieczorem kazdy zapisuje ilosc godzin, ktore spedzil w Packing Room, na specjalnie przygotowanej liscie.
Im wiecej tym lepiej- tym wiecej pieniazkow wpadnie do kieszeni, tym wieksze powazanie szefostwa.
Tylgo gardla jakies takie- zdarte.
Ale Packing Room wart jest przeciez poswiecen.

Friday, January 31st, 2003

Stoi na ulicy i nic nie mowi. Nie patrzy na ludzi, wzrok ma skierowany w jakis nieokreslony blizej punkt na jezdni. Obok pies, niewiadomo czemu z podobnym wyrazem pyska. Obydwaj- pies i jego Pan nie wydaja zadnego dzwieku, tylko stoja i patrza Niewiadomo gdzie. Pies jest stary, widac zmierzwiona siersc, Pan jest mlody, ale wyglada starzej niz w rzeczywistosci.

Pan trzyma w prawej rece kolorowy magazyn. Polak w tym momencie pomyslalby sobie, ze to jakis wykolejony Jehowita, ale gdzie tam, pewien jestem, ze Pan nie ma pojecia o tym kim jest Jehowa. On tylko stoi i trzyma magazyn. Czasem ktos podchodzi, kupuje jeden egzemplarz i wyrzuca go zaraz do najblizszego smietnika. Pan przelicza pieniadze, idzie do najblizszego sklepu, kupuje jedzenie dla psa i powtarza swoja milczaca poze. Pies merda ogonem, cieszy sie, a Pan placze. Nie to tylko deszcz zaczal siapic i pare kropli upadlo na policzki Pana. A ten nic nie probuje wytrzec kropel z twarzy, ciagle taki nieruchomy, milczacy i smutny. Widzac, ze deszcz coraz mocniejszy Pan przykrywa psa kocem. Ludzie przechodza obok Pana i jego psa mijajac ich zbyt szerokim lukiem.

Mysle o wojnie w Iraku, gdy nagle zza rogu wybiega szalony mezczyzna. Chwyta mnie za ramie, probuje zmusic do spojrzenia na to, co ma do zaoferowania. A ma do zaoferowania ten sam, kolorowy magazyn, ktory widzialem w rekach czlowieka z psem. szalony mezczyzna probuje mnie przekonac, ze magazyn jest wart poltorej funta, a on sam jest wart pol litra piwa, wiec… Kiedy odmawiam, szalony mezczyzna grzecznie zyczy mi milego wieczoru.

Mloda kobieta niesie ze soba cala walize szmat, szmatek, papieru gazetowego i pakowego, puszek po coca coli, opakowan po sandwiczach i kebabach. Niesie i mowi sama do siebie:
‘Jeszcze tylko krok a bede zyc’.

Gazety pisza o polityce. Politycy mowia o dobrobycie.
Biedni wolaja w Niebo.

Friday, January 31st, 2003

Primary school w Bradford. Setka dzieciakow wrzeszczy w nieboglosy. Wszyscy podobnu do siebie jak dwie krople …atramentu. takie same granatowe mundurki, takie same bordowe krawaty zawiazane niendbale na szyi, takie samo angielskie uczesanie. czasem nie idzie rozroznic chlopca od dziewczynki.
Wokol mnie skupia sie kilkuosobowa grupa. Ucze szesciolatke gry w lapki. Wszyscy patrza z zainteresowaniem i tez chca sie nauczyc!
Szesciolatka po dluzszym namysle:
Poland is fantastic!

Friday, January 31st, 2003

Tradycyjny angielski obrazek:

Na ulicy spotykaja sie dwaj znajomi:

-How are you?

-Thanks I’m fine.

Tradycyjny polski obrazek:

-Co tam u Ciebie?

-E, nic, stara bida…

Friday, January 24th, 2003

Ten od polskiego z siodmej b. Ten od lodow truskawkowych w Przemyslu. Ten wieszajacy psy na wlasnych ramionach. Ten zbyt czesto usmiechniety lysy kon. Ten nawiedzony Bogiem patalach. Ten cham, co nie odpisuje na listy. Ten od swiat Bozego Narodzenia w Manchesterze. Ten od zagubionych dziewczynek na szlaku z Jaslisk do Dukli. Ten od Nikifora. Ten od Czyzykiewicza w Fret@Porter, Ten od wyznan milosnych, Ten od Stachury i komunikatow niezrozumialych w listach. Ten od Bój sie Boga i ten z Wiewiorek. Ten lysiejacy nauczyciel polskiego w Rodowie. Ten od Supermana w Wiedniu. Ten od Obok Nas. Ten od tomikow napisanych i nienapisanych wierszy. Ten od bujanych oblokow. Ten zamykajacy sie w sobie burczymucha. Ten dzemojad. Ten od Gofrow w Centrum Handlowym Hit. Ten od hiszpanskich much, tudziez hiszpanskich dziewczat. Ten od Smierci co chodzi po Nocy. Ten od niezapomnianych wrazen we Lwowie. Ten od Kamili, Izy, Kasi i innych bohaterow roznych bajek. Ten od sladowych promili alkoholu we krwi. Ten od projektu mniejszosci w internecie. Ten klamczuch, co nabral pol swiata i sam zapomnial ze klamie. Ten wirtuoz bebna nieskromny. Ten odkamyka (Julito, pamietasz?). Ten od kwiatow we wlosach wakacyjnych. Ten, ktory plakal w Twoich ramionach. Ten z pod stolu. Ten miezerca. Ten opuszczony przez swiat niedoszly socjolog. Ten od Na Smykach i ten ze Smykow.

Panowie i panie:
Ja zyje!