Archiwum z 2008 roku

Okna

Wednesday, July 23rd, 2008

Kilka lat temu odkrylem kilkanascie wlasnorecznie naszkicowanych rysunkow. Rysunki przedstawialy budynki mieszkalne zawieszone w przestrzeni. Kazdy budynek posiadal dwa okna, ale nigdzie nie moglem dostrzec drzwi. Drzwi byly poza zasiegiem wzroku, poza zasiegiem olowka.

Mieszkam na poddaszu. Mam okno z widokiem na niebo. Leze na podlodze i przenikam wzrokiem szybe. Za szyba gwiazdy i ledwie widoczne klebowiska chmur. Drzwi, na parterze, szczelnie zamkniete- na klucz.

Bedac dzieckiem uwielbialem wychodzic na zawnatrz przez okno- szybciej i ciekawiej. Gdy ojciec stanal w drzwiach, okno bylo jedyna droga ucieczki. Wszedzie wokol byly sciany. Tylko duchy potrafily przechodzic przez sciany.

Babcia hodowala na oknie doniczkowe rosliny- szczegolnie pelargonie . Kilkanascie pelargonii w doniczkach stalo na strazy okien- widzialem swiat z perspektywy pelargonii. Gdy babcia umarla, umarly pelargonie, nikt nie pilnowal juz okien, bo nikogo nie bylo.

Gapie sie w monitor i czuje sie, jakbym gapil sie w okno- widze swiat na zewnatrz w doskonalym zblizeniu. Jestem w posiadaniu swiata, wlascicielem okna.

Od lat szukam drzwi. Na zewnatrz swiata.

Jurrasic Coastal Path- wędrówka wielkanocna

Tuesday, March 25th, 2008

Wyjeżdamy z Bristolu do Exeter porannym pociągiem. Trasa niezbyt ciekawa- choćby dlatego, że pokonywaliśmy ją już wcześniej wiele razy w drodze do Północnego Devonu czy bardziej na południe- do Cornwalii. Kilka godzin podróży Agnieszka spędza w półśnie, a ja próbuję naszkicować jakiś prowizoryczny plan wyprawy. Naszym celem jest Jurrasic Coastal Path- pokonanie choćby części trasy na nogach z noclegiem w namiocie. W marcu noce są jeszcze zimne, ale wspólnie stwierdzamy, że jedną noc w namiocie jesteśmy w stanie przeżyć. Dworzec kolejowy St Davis w Exeter jest nieco oddalony od centrum miasta i dworca autobusowego, skad wyruszymy do Beer, małej, rybackiej wioski- początek naszej pieszej wedrówki. Po konsultacji z kilkoma porannymi przechodniami udaje nam się dotrzeć do dworca na czas.
Autobusem X54 udajemy się do Beer. Cała trasa autobusu wiedzie przez najbardziej atrakcyjne miejsca południowego Devon i Dorset, a pokonanie dystansu z Exeter do Bournemouth zabiera prawie siedem godzin. My, na szczęście, tak daleko nie jedziemy – po godzinie jazdy bez szczególnych widoków wysiadamy w samym centrum rybackiej wioski.

Intuicja prowadzi nas prosto na malowniczą plażę. Wapienne skały, kamienisty brzeg i wzburzone morze sprawiają olbrzymie wrażenie…Spacerujemy brzegiem morza, szukamy interesujacych kamieni do kolekcji i zaspokajamy kawowy głód w niewielkiej kawiarence. Niedaleko rybacy sprzedają świeże ryby, az ślinka cieknie, żeby spróbować jakiegoś kraba- budżet nie pozwala nam jednak na tak ekstrawaganckie zakupy
Po godzinie spędzonej Beer kierujemy sie do Seaton. Krótka wędrówka z widokiem na morze i okolicę. Po 20 minutach marszu docieramy na miejsce.
Seaton to niezbyt urokliwe miasteczko z urokliwą plażą. Skały mają tu zupełnie inny kolor niż w Beer. Dominuje czerwień i pomarańcz. I piękna pogoda, która nas rozpieszcza podczas pierwszego dnia wędrówki.
Z Seaton udajemy się autobusem do Osmington. W autobusie jemy nasz pierwszy porzadny posiłek i przez prawie trzy godziny obserwujemy krajobrazy za oknem. Mijamy małe wioski w południowym Dorset, urzekają domy kryte strzechą, wąskie uliczki w Lyme Regis i Abbotsbury. 
Z Osmington wędrujemy szlakiem łącznikowym do Osmington Mills i Lulworth Cove. Po pietnastu minutach marszu wiatr zwiększa prędkość i zaczyna padać deszcz. Znajdujemy schronienie w mgnieniu oka- na horyzoncie pojawia sie bowiem wiata, gdzie możemy moemy spokojnie przeczekać złą pogodę. Szczescie nam sprzyja- po kilkunastu minutach czarne chmury znikaja, a na niebie pojawia sie slonce. Wedrujemy klifowa sciezka sugerując się znakami od czasu do czasu pojawiającymi się na kamieniach czy furtkach. Po jakims czasie na horyzoncie pojawia sie malenki kosciolek- Agnieszka jest urzeczona jego pieknem- robimy tu dluzszy postoj na osobista medytacje, modlitwe, czy odpoczynek. Wnetrze udekorowane jest baziami i swiezymi kwiatami- pozostalosc po niedzieli palmowej.
Cisza wokol korci do pozostania tu dluzej, jednak musimy kontynuowac nasza wedrowke, by zdazyc do Lulworth przed zmrokiem.
Wiatr przybiera na sile. Agnieszka dziarsko sie trzyma na sciezce, ja czuje wiatr doslownie wszedzie, pchajacy mnie w strone urwiska. Panika, lek wysokosci-pozostalosc po wyprawie w gory Montserrat w Hiszpanii, nie daja mi spokoju. Decyduje sie wedrowac wzdluz ogrodzenia, oddalonego kilka metrowod glownej sciezki, dzielna Agnieszka kontynuuje marsz pod wiatr klifowym przepastnym brzegiem. Po godzinie marszu wyłania nam się Durdle Door, slynne drzwi skalne wyzlobione przez fale. Z Osmington do Durdle Door jest zaledwie 11 kilometrow- potrzebowalismy trzech godzin, aby tu dotrzec. Mamy usprawiedliwienie-ciezkie plecaki, niesprzyjajacy wiatr, no i pobyt w kosciolku, ktory spalaszowal czas. Warto jednak bylo. Widoki ze wzgorza zapieraja dech w piersiach, a zachod slonca wspaniale uwiencza pierwszy dzien wedrowki.

Znajdujemy miejsce pod namiot- wsrod wrzosow, bo oslaniaja przed wiatrem. Mamy sasiadow- zające, ktorych tu dziesiatki-
dzielimy sie z nimi miejscem i nikt nikomu nie przeszkadza.
Przed snem kubek cieplej herbaty. Noc jednak okazuje sie mrozna- podwojna ilosc ubran i cieply spiwor to jednak za malo by czuc sie komfortowo w namiocie. W koncu jednak udaje nam sie zasnac. Zmeczenie przezwycieza chlod.
23 marca, Wielkanocna Niedziela. A Jednak przetrwalismy noc. Okolo siodmej jemy sniadanie. Oczywiscie dzielimy sie jajkiem, jak nakazuje tradycja. Przypadkowi Wedrowcy zycza nam milego dnia. Kilkanascie minut pozniej- ulewa. Na szczescie zdazylismy zwinac namiot. Przez kilkadziesiat minut ukrywamy sie we wrzosach. Po zastanowieniu i wymianie pogladow decydujemy sie wyruszyc w strone Campingu, oddalonego od miejsca naszego postoju o okolo 600 metrow. Tam znajdujemy schronienie przed deszczem, pijemy goraca herbate i zastanawiamy sie co dalej.
I znowu mamy szczescie- czarne chmury znikaja- na niebie znowu pojawia sie slonce. Zostawiamy plecaki w recepcji Campingu i juz wolni od ciezaru udajemy sie w strone Durdle Door, by przyjrzec im sie blizej.
Na miejscu sporo turystow, psow i schodkow do pokonania. Slisko. Spacerujemy plaza, po drodze odkrywamy przemila jaskinie- marzy mi sie nocleg w tej jaskini, ale Agnieszce ten pomysl nie za bardzo odpowiada.
Obejrzawszy Durdle Door kierujemy sie w strone Lulworth Cove. Maszerujemy wzgorzami- piesci nas slonce- po kilometrze spaceru dostrzegamy zarysy Cove i wioski, slicznie polozonej miedzy Wzgorzami i Morzem.
Nastepna godzine zwiedzamy wies i rozkoszujemy sie pieknem okolicy. Do czasu, gdy zaczyna nam burczec w brzuchach. Okazuje sie, ze znalezienie taniego posilku jest tu wrecz niemozliwe. Po jakims czasie udaje nam sie jednak ta trudna sztuka. Objadamy sie olbrzymia iloscia frytek w jednym z uroczych pubow. Tam tez natrafiamy na grupe Polakow, tez jak my, Wloczykijow, lecz z wiekszym portfelem- nas nie stac na piwo, ich- tak. Gramy w warcaby, przysluchujemy sie rozmowom miejscowych i zastanawiamy sie jak sie wydostac z tego miejsca- jest niedziela wielkanocna, autobusy nie kursuja, najblizsza stacja kolejowa w Wool oddalona jest o osiem kilometrow. Agnieszka smialo proponuje autostop. Ja mam watpliwosci. W swoim zyciu udalo mi sie zlapac cokolwiek moze z dwa razy, stad sceptycyzm.
Przez pol godziny lapiemy stopa- bez rezultatu. Decydujemy sie jednak przemieszczac pieszo-badz co badz osiem kilometrow to nie tak duzo … Po drodze mijamy wioske wojskowa, otoczona drutem kolczastym- przypomina to troche miasteczko armii radzieckiej w Legnicy, albo Oboz koncentracyjny w Oswiecimiu, z ta roznica, ze zamiast drewnianych barakow, murowane bloki.
Po godzinie wedrowki Agnieszka z sukcesem zatrzymuje samochod, jadacy w strone New Forest, niedaleko Poole. I znowu szczescie sie do nas usmiecha.
Kilka godzin pozniej rozpakowujemy plecaki, zmeczeni, ale zadowoleni… Byc moze kiedys nastapi ciag dalszy wyprawy wzdluz Jurrasic Coastal Path… Kto wie…

Monday, January 7th, 2008

Od kilku miesięcy Ilona Iłowiecka publikuje korespondencje z Kosowa. Teksty krótkie, dobrze sformułowane, etnologiczne. Nie ma w nich przemadrzałych słów czy sensacji. Jest zwyczajność, codzienność ludzi, która wbrew poglądam niektórych może zainteresować. Lektura bloga Ilony Iłowieckiej dostarcza mi więcej, niż lektura przewodnika turystycznego czy ulotki informacyjnej o Kosowie.
Zwyczajność może zachwycać. Wbrew tendencjom kultury, która wręcz wymaga od każdego bycia nadzwyczajnycm, ponad przeciętnym, oryginalnym… Właściwie każdy naród ma swoją zwyczajność. Nie opisuje jej się w gazetach, nie rozmawia o niej na ulicy, nie plotkuje pokątnie w mieszkaniach. Zwyczajność przestaje być naturalna, a zaczyna być banalna. To z kolei pierwszy krok do obojętności w stosunku do zwyczajności, a co za tym idzie- obojętności do zwyczajnych ludzi, którym nie powiodło sie w skoku ponad przeciętność, obojętności w stosunku do tradycji i rutyny.
Kiedy w 2002 roku przekraczałem granicę z Wielką Brytanią- wszystko było dla mnie egzotyczne- język, zachowanie służb imigracyjnych, jazda po lewej stronie drogi, domy rzędowce i centra handlowe w środku miasta, dwa krany nad wanną w łazience, otyłe dziewczyny świecące gołymi brzuchami w samym centrum zimy…
Zdaje się, że po pięciu latach, przywykłem. Już nie mam rozdziawionej miny, kiedy w godzinach wieczornych, widzę rzesze młodych ludzi przebranych za pingwiny maszerujacych do nocnych klubów, poklepujacych samochody na czerwonym świetle, już nie mam rozdziawionej miny, gdy nikt nie czeka na odpowiedz jak się mam.
Po prostu mam SIĘ. Więc nie powinienem sie przejmować. Zachodnia kultura zamiast skupić sie na Społeczeństwie, skupiła się na Jednostce. Jednostka to istota indywidualna. Indywidualność musi się wyróżniać. Musi świecić, by była widoczna. A to, co niewidoczne, to społeczeństwo- gdzieś w tle, na drugim planie, zależne.
Społeczeństwo brytyjskie przechodzi kryzys wwłaściwie na każdej płaszczyźnie- religijnej, ekonomicznej, politycznej, edukacyjnej… Angielskie szkoły mają najniższy poziom w Europie, kościoły świecą pustkami, ogromna przepaść uwypukla różnice pomiędzy bogatymi a biednymi.
Zwyczajność nie jest atrakcyjna dla brytyjskiego rządu. Całego społeczeństwa uszcześliwić nie da sie nigdy, za to jednostki- jak najbardziej.
Przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii wierzyłem w angielski raj- w szczęsliwe społeczeństwo żyjące w dobrobycie i radości. Z zaciekawieniem czytałem artykuły o królewskiej rodzinie, o potężnych możliwościach na przyszłość i otwartość na innych.
Mit padł w pierwszej minucie pobytu w tym kraju- kiedy angielski urzędnik imigracyjny potraktował mnie jak refugee, nielegalnego najmity czy opryszka.
Od jakiegoś czasu zaczynam przyglądać sie bardzo skrupulatnie angielskiej codzienności. Zaczynam rozumieć ten kraj z perspektywy społeczeństwa, nie z perspektywy kilku jednostek, które kreują nie zawsze prawdziwy obraz rzeczywistości.
Kultura brytyjska, poprzez brak zainteresowania tym, co zwyczajne i przeciętne oderwala się od ponad połowy społeczeństwa, która codziennie wstaje z lozka, idzie do pracy, po pracy bawi się z dziećmi lub oglada telewizję. Brytyjska kultura oderwała sie od połowy społeczenstwa, ktore przyzwyczaiło się do tego, ze nikt juz na nich nie zwraca uwagi.
Zyczajność może być jednak interesująca.
Jeśli zdobędzie zainteresowanie.