Archiwum z 2009 roku

[przed północą--]

Thursday, December 31st, 2009

anorektyczna, oblana kawą z mlekiem, blada, spisana na amen, z dedykacją sprzed lat, emigrantka.
przeswit chojnowskiego. zadna tam szymborska czy herbert. zaden majstersztyk lub czempion. ani to nobel ani nike. niebieska, skromna, przepocona od słów. znaleziona przed pólnocą. ocalona od zapomnienia. książka na bakier z przepisami ruchu drogowego, widmo. duch północy. skrawek miejsca. tęsknota przestrzeni.

gromadzę zdania. na klęczkach. kraj lat dziecinnych. miejsce od kołyski.

“Zmierzch posypuje popiołem kwitnącą na wzgórzu jabłoń,
A ja biegnę nad jezioro niczym linia prosta,
Teraz nic mi nie trzeba.”

Zadna epoka, zaden wiek, zaden rok, zadna godzina nie rozmieni wieczności na drobne.

[opowieść wigilijna]

Thursday, December 24th, 2009

1. przed kolacją był czas na modlitwę. dom miał olbrzymią kolekcję świętych obrazków. na każdej ścianie co najmniej dwa jezusy lub co najmniej jedna matka boska. ścian było cztery. pokoi trzy. plus kuchnia i strych. razem ponad 20 obrazów nap pietnastu ścianach. domowników było czterech. babka nieboszczka, matka, córka i syn. ojciec by był, ale uciekł- przestraszył się modlitwy lub świętych obrazków lub domowników lub wszystkiego po trochę.

modlono się na klęczkach. każdy miał swój obraz. matka najczęściej wizerunek jezusa z sercem promieniującym energią wszechświata uwięziony w dębowej ramie. babka nieboszczka miała swoja prywatna ikonę uratowaną z wysiedlonego domu w Pozdziaczy w czterdziestym siódmym. dziwne, źe zawsze ilekroć babka nieboszczka modliła sie do tego obrazu ryczała jak dziecko. córce było zawsze wszystko jedno, który obraz jej przypadnie, synowi odwrotnie- zawsze chylił głowę przed matka boska z czestochowy, bo miała takie fajne świecące lampki wokól, co sprawiało że ślniła jak ze złota.

modlono się w ciszy. żeby nikt nikomu nie przeszkadzał. i żeby był święty spokój.

potem siadano do stołu. babka nieboszczka pod nieobecność ojca, który uciekł, dzieliła się prosforą. na stojąco składała domownikom życzenia. potem jedzono kutię, gołąbki, pierogi, barszcz, rybę, zupę grzybową. na stole nigdy nie było dwunastu potraw. było ich wiecej, bóg jeden wie ile ich bylo, nigdy nie zdążyłem policzyć.

i była choinka. i prezenty. i koledy. przed północą domownicy wędrowali do stajni. częstowali konie resztkami wigilijnych potraw. potem krowy i świnie, koty i psy. na końcu kury- żeby się dobrze niosły.

potem byl czas na sen. czasem próbowałem zasnąć pod choinką zamiast we własnym łóżko za co byłem ganiony przez babkę nieboszczke i uważany za niepoczytalnego przez siostrę. lubiłem wpatrywać się w bombki, bawić się igłami, podkradać czekoladowe cukierki z gałązek. czasem odwiedzał mnie pod choinką kot, tuliłem się do jego sierści, a on tak pięknie mruczał, jakby kolędował po swojemu.

za oknem zwykle szalała śnieżna wichura. w piecu trzaskało drzewo. zasypiałem znienacka, bez zapowiedzi, odurzony zapachem swierku i imbiru.

2. wigilijny poranek w bardejowie. w rynku grupa folklorystyczna z pod Koszyc śpiewa kolędy. po słowacku, po ukraińsku i po angielsku. pachnie świętami. robotnicy najemni kończa ubierac choinke przed urzędem miasta. potem pójdą na piwo lub coś mocniejszego. przy wigilijnym stole zabraknie wódki i wina- dopilnują tego konserwatywne żony i matki- trzeba to sobie jakoś zrekompensować. mróz niesamowity. prawdopodobnie minus dwadzieścia. albo i więcej. smarki zamarzaja w nosie. ale świeci słońce. i niech ktoś mi powie, że słońce grzeje.
księgarnie w bardejowie czynne dziś do pierwszej. na stefanikova znajduję tom antonycza po słowacku. śmiesznie mi się czyta “narodyvsja vin na sanjach” w obcym języku. to jakby czytać szekspira po polsku. grupa turystów z francji pyta mnie po niemiecku, chyba o drogę gdzieś, nic nie rozumiem. pokazuję na chybił trafił tam i tam, francuzi uśmiechają się w podziękowaniu nie spodziewając się, że za chwilę trafi ich szlag. i to jeszcze kiedy- w wigilię.
chciałem odwiedzić jakis bar, wszystkie zamknięte albo w menu maja tylko alkohol. pale papierosa. w momencie kiedy kończę przypalać pojawia sie jakis rumun. pyta czy mu nie przypalę, a potem, pac, po mojej kieszeni, ja mu na to żeby spierdalał. a on mnie jakąś klątwą, po rumuńsku. znów nic nie rozumiem.

o siedemnastej mam autobus do granicy. kupuję hotdoga na dworcu autobusowym i zaopatruję się w kilka słowackich piw. dobre tu maja piwo- sycące i gorzkie. na granicy ciemno i nieprzyjemnie. pogranicznik sprawdza mi paszport i życzy wesołych świąt. na przystanku autobusowym rozkład trafił szlag. stoję już godzinę i marznę. jakiś polak dobrodziej próbuje mi wytłumaczyć, źe autobusu do gorlic nie ma i nie będzie. ponoć jeden zdechł próbując podjechać pod przełecz małastowską, wiec zlikwidowano resztę połączeń.
jest wigilia. jest gwiazda. i nie ma autobusu. nic nie ma. żywego ducha. zaczynam rozumieć klątwę rumuna. jestem przekonany, że maczał w tym palce.

idę. w końcu do przełęczy tylko dziesięć kilometrów. Sniegu niewiele, może dziesięć centymetrów. za to mróz duży. ciekawe, kiedy mi piwo zamarźnie w plecaku. i odpadną palce u nóg. idę. znam te ziemie jak własna kieszeń. wybierałem sie tu na wagary we wczesnym okresie studiów, gdy jeszcze byłem alkoholikiem i życie mi było nie straszne. idę. dlaczego do cholery nikt nie jedzie w kierunku gorlic? idę.

trzy godziny szedłem. do przełęczy. wypiłem dwa piwa bo mi sie po drodze zrobiło ciężko. cieszyłem się jak dziecko, gdy zobaczyłem znak szlaku do schroniska na magurze. moje zbawienie.

okazało się że szlak zniknął pod śniegiem. znam te ziemie jak własną kieszeń,wybierałem sie tu przecież na wagary we wczesnym okresie studiów. latem.

szedłem na tradycyjnego czuja. pod górę. po może trzystu metrach zniknął księżyc. potem widziałem już tylko pnie drzew jak przez sen.

do schroniska dotarłem już w boże narodzenie. dobrze po północy. wyziębiony, zmęczony i głodny. właściciel dobrodziej patrzył na mnie z politowaniem, gdy łapczywie, wielkimi hełstami piłem herbatę. bóg sie rodzi. moc truchleje.

3. jak sie tu znalazł i dlaczego? stał oparty o mury kościoła św. Michała i patrzył przed siebie. milczał. szukał odpowiedzi lecz gubił sie w pytaniach. kim był? czego szukał w tym miejscu, w tym mieście w tym kraju? dlaczego porzucił tamto miejsce, tamto miasto i tamten kraj? Mało mu bylo przestrzeni? Mało powietrza? Mało wrażeń?
miasto ze wzgórza wyglądało imponująco. na pólnocnym zachodzie wiszący most decydował o jego sławie. każdy mógł wiechać na ten most, ba, nawet zrobic sobie zdjęcie za jedyne piecdziesiat pensow. piechur nie musial placic. piechur miał sławny most za darmo. pod mostem rzeka avon spokojnie plynęla przed siebie. tylko nieliczne promy probowaly plynac pod jej prąd.
stal oparty o mury kościoła św. Michała i milczał. z dystansu wpatrywał sie w sieć ulic i alei, zaułków i placów, ogrodów i parków.

czego pragnął? w trzydziestą drugą wigilię życia- gdzie dotarł? usta zakleił ciszą.

[22/12/09]

Tuesday, December 22nd, 2009

Nie golę się od tygodnia. Codziennie obserwuję jak milimetr po milimetrze na mojej twarzy utrwala się czas. Rozmazuję codzienność na koniuszkach włosów. Lustro pęka ze śmiechu.

Dlugi spacer wzdłuż własnej osi. Zbieram resztki topniejącego śniegu. Reanimuję porę roku. Jutro obudzę się rano i znów będzie jesień.

Odzyskuję wiatr w płucach. Przez kilka tygodni dyszałem resztkami sił. Wolność jest jednak piękna.

Obserwuję tłum ludzi sunących do lokalnego supermarketu. Spiesza się, wymachują smiesznie rękami, krzyczą, rozmazują się- w tle. Bezdomny zyczy mi wesolych swiat za niewielka oplata.

Góry pukają do drzwi. Codziennie budzę sie z myślą, źe to właśnie teraz, właśnie tu i stad w gory czas zacząć kolejną wędrówkę. taka podniebną i błękitną- jak kiedyś.

Wracam do pisania w cierpieniach obolałych słów. Osiemnaście lat temu szło mi tak lekko jak nigdy.

Wczoraj skończyłem lekturę notatek M.K. Zakatarzyłem się od podobieństwa myśli. Swiaty równoległe.

Trzecia kawa na dobry wieczór, gorący prysznic. Dziewczyna na moście Tomczaka, liryczne dobranoc.

Zanim zasnę

Sunday, December 13th, 2009

zanim zasnę ułożę myśli w zgrabny stos, uwiecznię czas miniony w teraźniejszej formie, rozpalę płomień w snach, pozbieram okruchy dnia, zaufam gwiazdom. szeptem rozniecę noc.

odwiedzę światy zaprzeszłe i zaprzyszłe. przylgnę do nich jak dziecko. schowam się w ramionach słów i znaczeń zanurzę w szczelinach dłoni.

zamienię miłość w życie.

[06/12/09]

Sunday, December 6th, 2009

[zasiedziałem się, zapomniałem się, zadomowiłem się, zamknąłem się, zaszyłem się, zatwierdziłem się]

gdy dom zaczyna być twierdzą, należy go zburzyć. wydostać sie na zewnatrz. uwolnić ręce i nogi, przyspieszyc oddech, wyostrzyc pole widzenia. zwymiotowac stechlizne pokoi, zmyć powierzchnę scian.

spacer pod nogami. mijanie i trwanie. trwanie i mijanie. ucieczka w czas, czasowo niedostepna przestrzen. udomawianie drogi stąd dotąd. stamtąd.

o wpół do szóstej nocna zmiana bluesa. reakcja zwrotna na dzienne brzmienie ciszy. poszukuję w sobie pozostałości treści, okruchów myśli, śladów dotyku, emocji barw. niewiadomoco, niewiadomokiedy, niewiadomojak, niewiadomogdzie, niewiadomoczy, niewiadomopoco. zmartwychwastanie zimy i ostatki jesiennej melancholii. proba reaktywacji wiersza; karma myśli do oswojenia.

ruch. pomalutku. w stronę słońca.

[11/10/09]

Sunday, October 11th, 2009

[pazdziernikowy striptiz. gra w rozbieranego. darmowe show za oknem. kontemplacja zachodzacego slonca. znikanie. opadanie. zasypianie. naga prawda. jesienna melancholia. zadumanie od mysli do mysli. powolne autobusy. droga kawa. slodka pociecha.]

ucieczka. skok w boczną drogę. marsz w stronę słońca. pomału. pod nogami dywan wielolistny. ponad głową fala wiatru. j. postanawia zniknac. na jakis czas. gór mi mało i trzeba mi więcej. palcem po mapie wędruję na sam szczyt tarnicy. r. rozpala w piecu w chacie na otrycie. matka mowi ze szczypie juz zimą.

uczę się nowych słów, znaczeń; rozbieram życie na części pierwsze i ostatnie. pochylam się, dotykam ziemi koniuszkami palców, z prostych mysli buduję dom na szczęście. na dobre jutro.

piszesz, ze nie rozumiesz. plączesz sie w metaforach i bełkocie. szukasz dwu i trój znacznosci zdań.
masz mnie juz dość.

mamy sobie tyle do powiedzenia.
tyle co nic.

[06/10/09]

Tuesday, October 6th, 2009

Jesień. Czas wzmożonej grawitacji. Lekcja plastyki. Lustra kałuż pod nogami. Zbieranina lisci, kasztanow, zoledzi, pajeczyn, kolorow, ciszy. Terapia wzrokowa.

Jestem. Czas wymienić buty, zmienic skore na zime. Rozpalić ogień w piecu, nakarmić oczy, rozgrzac dusze do czerwonosci.

Zycie zaczyna się tu i teraz. Znowu. Dzień po dniu. Od nowa. Codziennie. Zyje się. Pomalutku. Z przerwami na ciszę. Bez kalendarza.

Padam do przodu.

Uczę się szczęścia od początku.

[29/09/09]

Tuesday, September 29th, 2009

[początek czwartego zabicia psa; fragmenty zycia rozrzucone w czasie, lekcja prawdy, rachunek sumienia. chwile, ułamki sekund, mysli strumieniem pod prad.]
duszno. łapię wiatr w dlonie, piję lapczywie. gorycz. osiemnascie stopni celsjusza, cisnienie niskie, zachmurzenie czesciowe, wilgotnosc ponad normę.

szczescie według Ziglara i Kopmeyera- staram sie uwierzyc w proste recepty nie robiac uwag zwrotnych. po drodze usmiechaja sie do mnie nieznajome twarze, za funta znalezionego na ulicy kupuje troche swiezej salaty, chleb, szesc paczkow, winogrona i pol kilograma pomidorow.

na kartce papieru szkicuje plany na przyszlosc- okreslam czasoprzestrzenie, kreuje czaso-w(y)niki, tworze bohaterów. mieszkam w jurcie z dala od miasta, zywie sie warzywami z wlasnego ogrodka, slonce i wiatr dostarcza mi energii, deszcz wody do prania i mycia, cisza- spokoju. zycie- szczescia.

dziewietnasta trzydziesci. ksiezyc mruga do mnie slepym okiem, obseruje swoja twarz w okiennej szybie, przygladam sie ruchom warg, zmarszczkom na czole, zagladam gleboko w zarost, sprawdzam twardosc nosa, laskocze sie za uchem.

[niemanie, nie ma mnie, nie!]

powoli, miarowo, zapadam w sen.

[23/09/09]

Wednesday, September 23rd, 2009

Tam i z powrotem. Głód wypowiedzi i brak słów. Na skrawku koszuli zawiazuję codzienność w mocny supeł. Czasem nie do rozsuplania.
Nigdy przedtem pisanie nie bolało tak mocno, nie pociło się tak mokro, nie krzyczało tak cicho. Nigdy przedtem rzeczywistość nie dawała tak w łeb.
Senność, marzenia we mgle; spisuję stan majątku na luznej, poszarpanej kartce. Jestem wart tyle ile niewart. Próbuję zbudować schody do Nieba pustymi rękami.

od brzegu do brzegu
serce pod prąd

[cwiczę pamiec na pamięc, rysuję przyszlosc rozowa kredka- tak trzeba- mówi matka, systematycznie wracam na ziemie przed zmrokiem, wyludzam czas z braku czasu, obserwuje prognoze pogody, chodze po liniach krzywych i prostych, zataczam kręgi, cierpie na brak tlenu we krwi, powietrza w zylach, blasku w oczach, slonca]

nie pisz juz wiecej.
ani mniej.

[23/08/09]

Monday, August 24th, 2009

Od czasu do czasu odmladzam notatki z przeszlosci, wygladzam pozginane rabki zdarzen, poleruje milczace litery i symbole, rozkoszuje sie widokiem zdan zdjetych z terzniejszosci.
szukam siebie w drobinach slow, w kalamburach pamieci.

chociaz zyje tu i teraz zyje wtedy i tam na zmiane. mysli utopione w krwiobiegu historii, wyzieraja o porach dziennych i nocnych, zycie gra w puzzle, kawalki pozolklego papieru pasuja do dzis i do wczoraj. jak ulal.

w swietle nocnej lampki przezuwam godziny na sucho i mokro, chrapiac miedzy jednym a drugim zdaniem, stawiam przecinek szturhancem, podtrzymujac glowe golymi rekami, uzewnetrzniam wnetrze, wewnetrznie na zewnatrz.

gra slow. [ktos powiedzial]

gloski dzialaja wykrztusznie.

[czas. to co nie trzyma sie mnie do kupy, co obezwladnia. godziny, minuty sekundy, albo lata stulecia milenia, nie nadazam. wlocze sie za tym jak pies z kulawa noga, slimacze, sojkuje.
codziennie probuje zlapac c z a s za rogi, wytarmoszyc za uszy, dac w nos.
ile lat jeszcze musi uplynac by dac sie pogrzebac za bledny rachunek daty?]

[30/07/09]

Thursday, July 30th, 2009

powoli zacierają się granice czasu. zlizuję noc w poludnie. zaczynam dzien o polnocy. kawa zablizni zmęczenie.
podsluchuję dzwiekow dzwonu kondraka jana z lubelskiej federacji bardow, wiatr muska mi pozostalosci wczorajszych mysli. lekko, na palcach, tancze jak mi zagraja. skrzypce.

a. wpleciona w zylki codziennosci, obecna w krwiobiegu czasu, rozlana w ciszy. choc tak niewiele mowi, choc tak czesto milczy w notatkach, obecna ponad przestrzenia zycia. miedzy wierszami, szalona do bólu, wszechobecna.
poza granicami slow, w komorze serca.

uchylam rąbka tesknoty, mlaskam językiem snu.

[15/07/09]

Wednesday, July 15th, 2009

przygladam sie sobie z naganna skromnoscia. lustro wygladza zgiecia na eleganckiej koszuli, nie dostrzega porannych zmarszczek na czole, spiochow w kacikach oczu, ukrytego leku w sercu. w spoconych rekach trzymam niewyrazna mape przyszlosci. nadzieja, gluptaska, ma mnie w garsci.

rzucam sie w morze pytan, w dyktando mysli, prosto w oczy. z aniolem strozem za reke, pokonuje goliata rzutem slowa.

w sloncu, pod blekitnym niebem buduje nowa ere.

O serii

Tuesday, July 14th, 2009

“Obrazki z końca świata” to zbiór krótkich, czasem przypadkowych tekstów z podróży autora na przysłowiowy “Koniec świata”, w Beskid Niski i Bieszczady.

[14/07/09]

Tuesday, July 14th, 2009

kierowca pędzi pod dyktando kumpli. nieregularne odglosy CB radia odmierzają zawiłości drogi. ze sloncem za pan brat. z szumem lasu w uszach. ze smakiem porzeczek w ustach. z posciela gór w oczach. odpowietrzam wspomnienia. zyję tu i teraz. teraz i tu, w autobusie, z ludzmi co tez zyja, choc niektorzy tam i wtedy, poza, pomimo, już.

krakow od portfela. spartanska kawa na dworcu. obiad na stojąco. potykam sie o cienie kobiet i mezczyzn w centrum handlowym, kicham im w twarz resztkami wiatru. zaksztuszam się olowianym niebem.

zasypiam resztkami sił w samolocie pelnym angielskich nastolatkow, odglosow otwieranych puszek pepsi i czipsow, humoru prosto z Monthy Pajtona. budze sie juz w innym swiecie, w innym czasie i w innej przestrzeni.

na zachodzie bez zmian.

[13/07/09]*

Monday, July 13th, 2009

*[appendix do dzisiaj]
odlatuję. pozegnanie z gorami jest dla mnie wzruszeniem. los emigranta, zyciowego anarchisty, powsinogi, bywa czasem okrutny. pakowanie walizek, rozpakowywanie walizek, praca, brak pracy, smutno wesoło, raz na wozie raz pod wozem. nie jesteśmy dla siebie stworzeni pojedynczo, panie poeto, panie przemadrzaly, panie z tamtego swiata, zaprzeszlego. chwytam was gory, za szczyty, zabieram ze soba, w sercu, pod piersią, olbrzymie jak dom.
pozegnalna kolacja u szwejka. w ciszy. w trwaniu wzajemnym. wdycham ostatnie godziny tu i teraz, robię zapasy powietrza stad.

jestem nienasycony. nienasycenie wyłazi ze mnie w krzyku duszy, w tesknocie slowa, w morfologii wiersza. wybacz aldaron, bracie stad i stamtad, ze mijalismy sie w pół wzroku, czasem za mało czasu, by stanąć naprzeciw siebie i sie wzrokiem nie minąć. wybacz kasiu, samotność bywa jak choroba przykuwająca do łóżka, drętwieje. wybacz aniu, do zobaczenia w odrzykoniu na skałkach następnym razem, gdy bedzie jeszcze piekniej.
wybaczcie ci co nie tyle w słowach ile w myslach i w sercu ci co nieuchwytni w oczach ci co w cieniu drzewa ci co nieslyszalni was przepraszam najmocniej bo wy wszechobecni

‘ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą’

[13/07/09]

Monday, July 13th, 2009

duszno i parno po tej stronie świata. powietrze zawiesza się w bezwietrznej przestrzeni, na listkach mlodych drzewek i ulicznych lampach. źycie nadaje tempo biegowi zdarzen, a człowiek poci się w biegu, dusi się i przewraca o wystajace kłody.

lubię ten północno- wschodni kawałek sanockiego rynku. lubie przypatrywać się wędrującym tam i z powrotem przechodniom, wschłuchiwać w muzykę pobliskiej fontanny, wpatrywać w przestrzeń co przede mną i nade mną, odmierzać czas miejscowym hejnałem z pobliskiego kościółka, podsłuchiwać wyznań miłosnych, skarg, zażaleń, lęków i kłótni.

droga wiedzie mnie  krętą ścieżką, wsród lasów i pól, za rękę, z aniołem stróżem od niedorozwiniętych.

[12/07/09]

Sunday, July 12th, 2009

poranna msza u franciszkanów nie przyciąga tłumów. ławki naprzeciwko ołtarza świecą pustkami. za to na zewnątrz formuje się kilkumetrowa kolejka do wejścia. rzecz w tym, ze nikt nie wchodzi. nikt sie nie rusza. nikt nikogo nie przeprasza, ani nie pyta, dlaczego tak stoi, w kolejce. w progu świątyni zawisła jakaś niewidzialna przeszkoda, jekieś niewidoczna ściana, która nie pozwala zrobić kroku przed siebie, do boga. 
po mszy dorośli idą na piwo, dzieci na lody, ksiądz do zachrystii. ukrzyżowany chrystus zostaje sam.

moja bezbożna niedziela. moja bezskuteczna próba przedarcia się przez niewidoczną ścianę do zewnątrz. do środka. do stóp.
do miłości.

[11/07/09]

Saturday, July 11th, 2009

zajmuję metr kwadratowy sanockiego rynku. północno-wschodni kraniec z widokiem na góry słonne.
myślę o domu, ciele pachnącym źywicą i lasem, z oknem na poludnie i kominem w niebo. zalewam kawą poranną chrypkę, rozmazuję- jak za starych dobrych czasów- krople rosy na betonowej posadzce, gladze kilkudniowy zarost pod włos.
za mną okruchy drogi. rozsypane wsrod pól, wzgórz i dzikich sadów, dzwieki zaklete w drewnianej chalupie na koncu swiata, uczucia obmyte gorskim potokiem, emocje uderzone bryza beskidzkiego wiatru…

rownie dobrze mógłbym być tu i tam
teraz i przedtem
dziś i jutro

[10/07/09]

Friday, July 10th, 2009

maczam stopy w lipcowym sanie, woda lagodnie wdziera się między palce, slonce suszy mokrą skórę w mgnieniu wiatru.zanurzam się w nadbrzeznych trawach po czubki oczu, robaczki, komary, mrówki, żuczki łapią się na otwartą dłoń. Kradnę kaźdą sekundę dnia, tego pobytu nadbrzeżnego, z dala od ulicy, od wichury miasta.

nieopodal, za ścianą, czai się szara codzienność

[09/07/09]

Thursday, July 9th, 2009

ulewa zamyka drzwi na świat, bóg wyzyma pranie po grzesznikach. przegrywam partię warcabów z amerykańskim hipisem wlóczęgą- jakoś mu się odwdziecze, kilka godzin pozniej. jadalnia staje sie miejscem dlugiej opowiesci. od osobistych historii puchna szyby, mysli i glos. pozniej słońce na łeb na szyję.

szarlotka z bita smietana na pokrzepienie zoladka. spacer po sanockim rynku w te i we w te, wiersze rymkiewicza na przeczekanie, lody na potem.

potok krokow, glosow, ruchow, ksztaltow, zapachow, barw. rytmiczna, nieslyszalna wymiana oddechow. powietrze to jedno z niewielu rzeczy, bez prawa własności. jak niebo- dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba.

[08/07/09]

Wednesday, July 8th, 2009

budowniczy wstaja o szostej czterdziesci piec. witaja sie glosnym szeptem i poranna kawa. medrkuja nad kazdym centymetrem sciany, rozkladaja narzedzia niczym na hali targowej gotowi na kazda tranzakcje za marny grosz. o siodmej dziesiec ida w ruch wiertla, betoniarki i koparki. zadna poduszka nie jest w stanie wytrzymac takiej symfonii. codziennie o siodmej dziesiec zrywam sie z lozka na krzywe nogi, zaparzam poranna kawe, spryskuje twarz zimna woda, przegladam sie w lustrze i zapominam o sprawie. 

na rynku w dukli opalaja sie bezrobotni, smieja się z budowniczych, wypominajac im kazdy centymetr nierownej sciany. budowniczy jakby w odwecie krzycza ze u bezrobotnych nierowno pod sufitem.

często odwiedzam dworzec autobusowy w dukli choc nigdzie nie wyjezdzam. przygladam sie ludziom z dystansem podroznego, ktorego autobus nigdy nie odjedzie. starsze kobiety z olbrzymimi plociennymi torbami wyciagaja zbolale nogi pelne zylakow, zadrapan i siniakow daleko przed siebie, jakby sie chcialy ich pozbyc, chocby na chwile, chocby do czasu planowego odjazdu autobusu do rodzinnej wioski, chocby na moment- precz od siebie, od tego, co jeszcze bez zylakow, zadrapan i siniakow, daleko od smierci.

dzieciaki chlapia sie w kaluzach. jakby niechcacy wpadaja do wody, potem narzekaja na kazdego klapsa, ze za co. rodzice gestykulują śmiesznie rekami i ustami, rodzaj macierzynskiej i ojcowskiej traumy.  krzykiem reguluja kazdy ruch dziecka, a dziecko, jak to dziecko- na to wszystko skacze.

ci, co jada do krosna, ubrani odswietnie; do stolicy nie wypada inaczej, w dresie albo dzinsowych spodniach. do stolicy jedzie sie zalatwic WAZNE sprawy, zjesc obiad w porzadnej restauracji, zrobic zakupy w markowym sklepie. w dukli nie ma sie czego wstydzic- ani workow pod oczami, ani oderwanego guzika w marynarce, ani niepolakierowanych paznokci, ani dziry w rajstopie, ani zylakow na nodze, ani strupa na czole, ani ani. w dukli sie nie krepuj.

ci, co jada do polan, ubrani po uszy, mawiaja ze gdy w dukli nie pada, to w polanach leje, a gdy w polanach leje to w dukli pada. kobiety i mezczyzni w srednim i podeszlym wieku w kurtkach ortalionowych lub wysokich golfach, choc na zewnatrz dwadziescia stopni pare, wiaza kosy i siekiery, pily i  czesci od traktorow, proszki do prania i proszki na reumatyzm. Pod paznokciami grudki ziemi, dlonie w smarze lub widocznych odciskach, u tych, co jada do polan, linie zycia wyrazniej widoczne niz linie snu. 

kilku studentow z torbami podroznymi po ostatnie zaliczenia do rzeszowa, dziewczyny w dobrze skrojonych bluzkach i ogolonych nogach, z ulozonymi porzadnie wlosami, z delikatnymi dlonmi, bez linii zycia ani linii snu, z pomalowanymi oczami pod kolor ubrania, z poczuciem wyraznej wyzszosci zarowno nad tymi co do krosna i tymi co do polan. 

ni z stad ni z owad para gorolazow, z plecakami ponad glowami, i buciorami oblepionymi glina. z potem na czole i cuchnacymi koszulkami polo. z mapa na wznak, na katowice wroclaw lodz i olsztyn.

wieczorem wracam do pokoju na pietrze, piję kawę, wypełniam aplikację, słucham muzyki i zapominam o całym, bożym świecie.

[07/07/09]

Tuesday, July 7th, 2009

chwila w krosnie, na rynku wsrod kawiarnianych parasoli i kamienic. wdeptuje do pobliskiego baru, ktory oferuje prawdziwie tureckiego kebaba sa prawdziwe tez pieniadze. odchodze z wyrzutami sumienia, ze prawdziwych pieniedzy u  mnie jakby brak a i ochoty na kebaba tez. 

w bibliotece miejskiej wirtualne spotkanie ze światem. potem słony rachunek na szczęście.

za drobne uciułane z grubych banknotów kupuje bilet powrotny do dukli.

[28/03/09]

Saturday, March 28th, 2009

znow widze swiat we fragmentach. fragment artykulu z psychologii, fragment kanapki na kolacje, fragment z danilo kisa, fragment liscia- na ktorym zachowal sie fragment jesieni

deszcz powaznie zawrocil mi w glowie, zmoczyl mysli i przeziebil slowa,
czas ulotnil sie zanim spojrzalem na zegarek

czarna kawa na kolacje, przegryzam mullanem historie kosciola na ostro, szukam pretekstu do rachunku sumienia i religii, wierze w cuda.
mam prywatnego boga, od aniolow i swietych.

pod powierzchnia skory wyczuwam pustke duszy; za gorami za lasami hula wiatr.

[26/03/09]

Thursday, March 26th, 2009

linia nocy. naszkicowana w pośpiechu, na życzenie. chwila snu. letarg błogi.
cisza nie ta, ksztusząca się skrzypieniem drzwi, drżeniem okien, wyciem łóżek pod ciężarem snów.

r. szuka muzyki w szafie, cierpi na ból dźwięku.
d. w otwartych ustach przeżuwa powietrze, zamarł na wznak, w kształcie krzyża.
j. ogląda spóźnioną bajkę na dobranoc, dorosłość wtacza się po szynach jak ciężka lokomotywa.
a. wyje do księzyca, ratuje się biciem w piersi, że to nie on pan twardowski.
l. liczy na palcach godziny do rana.
b. liże dywan, rozkoszuje się kwadratem stóp i trójkątem dłoni.

linia światła. namalowana grubym pędzlem. z dokładnością co do każdego szczegółu. detaliczna sprzedaż ciała w błysku flesza. jawne prawdy o każdym z nas. krzywe palce, garbaty nos, łysa głowa, wydatne piersi, długie nogi, duże oczy. pod światło wszystko wygląda inaczej.

linia cienia. długa jak życie. zawsze obok, wzdłuż żywego ducha. cienie jak nieproszeni goście, w drodze za cmentarzem o krok do tyłu strachy na lachy. wyrzeźbione dobitnie, prawie realnie w każdy ślad. zwierciadło nienarodzonego brata bliźniaka. sens lęku o każdej porze. czarna smuga nocy. fatamorgana dnia.

tik tak. tak tik. z każdą chwilą bliżej słońca.

wędrowałem kiedyś nocą czerwonym szlakiem na Chreszczatą, w ręce miałem inną rękę łapczywie chwytającą drogę. z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi dłońmi mijałem dźwięki i urwiste słowa, szczekanie psów w okolicy, wyniuchanej z dali. trzask łamanych gałęzi pod stopami i próżnię ścieżki. wyobrażałem sobie świat, na podstawie zapachów, dotyku i słuchu. wyrażnie czułem wszystkie linie miejsc, ufałem ludziom jak dziecko.
budowałem mosty od do ponad przestrzenią nieba.
uczyłem się od boga wszechobecności. wytyczałem linie życia.

linia kolejowa. powykręcana na prawo i lewo. mocna jak stal.
nocny pociąg z krakowa do olsztyna połykał kilometry gwiazd. przytulony do własnego życia czytałem poezję pod księżyc. kroki konduktora odmierzały czas wyraźniej niż zegarki. bawiłem się nocą jak lunatyk, wykradając tajemnicę meteorów.
poniżej dudnił stukot kół i wrzask pary. po linii prostej i krzywej docierałem do celów.

w zeszycie w linie zapisywałem słowa na pamięć.

[25/03/09]

Wednesday, March 25th, 2009

.dom na skraju łąki, w dolinie, podniebie.
szykuje się wiosna, w magnoliach i sasankach, w wymierzonej pod rozmiar sukience traw. słońce mruga czasem okiem, aż żar. w porywach wiatru czai się deszcz. prasole na baczność gotowe do tańca, że hej.

a. ostrożnie przemierza przestrzeń wzdłuż prześcieradła, nietknięta, udaje, że śpi.

do słowa daleko, bo za górami, za lasami. niemowa odwraca język na drugą stronę ciszy.

coraz bliżej podróży wzdłuż świata. świętowanie z dnia na dzień, liturgia obmycia twarzy i stóp, modlitwa do kawałka drewna, krzyk do kamienia, spokój w kieszeni.

niewiele trzeba do szczęścia. w duszy melodia mew i gołębi.

pozbieram całą złość, pychę, smutek, żal, wrzucę w ogień i umyję ręcę. zrobię miejsce na nic. zmieszczę się jak ulał.

potajemnie wyciągam obrazki rozrzucone w dzieciństwie w ogródku, odkopuję zakopane listy trzydzieści dwa kroki od czereśni, karmię pamięć językiem smarkacza; bez ogródek czytam historię życia wpław.

czekam na niedoczekanie.

[20/03/09]

Friday, March 20th, 2009
kwiaty

Urodzinowe kwiaty marcowe agnieszkowo- dominikowe. Dziękuję!

czekoladowa noc, pod kołdrą historia własnych narodzin, płomienie świecy zdmuchnięte jednym ruchem ust, marzenie ukryte pod tajemnicą dymu. raz w roku w jednym rzędzie z Owidiuszem, Napoleonem Bonaparte, Skinnerem i hetmanem Mazepą.

historia początku. pierwszego oddechu, pierwszego ruchu ręką, pierwszego mrugnięcia, pierwszego słowa, pierwszego krzyku.
powrót cudu. święto ciszy.

dżungla słów, życzeń tradycyjnych, kartek wirtualnych, bo choć pamięć szwankuje, to powiadomienia z internetu załatają sklerozę, przygotują gotowce, jedyne co musisz, to kliknac. i poleci cała ta miłość w otwartą przestrzeń świata. zrobione. zasłużyłeś.

trzydzieści dwa lata temu na oddziale intensywnej terapii grupa pielęgniarek i lekarzy przywróciła ci życie. za oknem padał śnieg, przykrywając łyse główki przebiśniegów. w piecu syczało od mokrego drewna. babka malowała kolyskę na niebiesko.


Czytaj też Urodziny [pięć lat temu]

[19/03/09]

Thursday, March 19th, 2009

słodko kończę dzień, zasługując na pajdę razowego chleba z masłem orzechowym. przegryzam zawzięcie każdą chwilę, oblizuję każdą sekundę kurczącego się czasu. takie moje ostatki przed jutrem.
w oknach gasną światła, łożka skrzypią od obolałych ciał, gdzieniegdzie wszyscy święci bawia się w chowanego, gdzieindziej ni żywego ducha.

w nocy topią się mury miasta. sny kłębią się jak mgła na ulicach, upiory maja ucztę jak nie pisał z antonycza.

kołysanka gintrowskiego pod językiem, na biurku niedokończony fragment uliczników, na podłodze rozrzucone szczątki ubrań.

w tajemnicy opuszczam ciało wieku.

[18/03/09]

Wednesday, March 18th, 2009

między dniami cisza marcowa. uczę się życia teraz, od samego początku. boli rutyna, niepewność i bezsilność, a w duszy gra wiosna.

czytając notatki aldarona, cierpię na odpływ, czekając na przypływ. brak mi ludzi- wokół i we mnie, świadomości oddechu w ciszy. śnią mi się ręce, od brzegu do brzegu. jestem rzeką, która wyschła. wody mi trzeba. i wiatru.

przestrzeń zmieniła kolor i zapach, przedwiośnie. dni wybielały od nadmiaru słońca.

wszystko będzie dobrze.

[zapiski z nocnego dyżuru]

Monday, March 16th, 2009

plączą się od ściany do ściany, przeklinają życie- jednemu ukradli skarpetki, innemu strzykawkę. niektórzy siedzą zgarbieni w pojedynkę, inni w grupie próbują opanować krzyk. niektórzy dojadają mamałygę z ryżu i warzyw, inni chowają twarz w prostokącie koca.

r. znalazł telewizor na kingsdown, w. nic dziś nie znalazł, nawet kawałka chleba. n. ma dreszcze, krople spływają mu po policzkach prosto na język giętki spragniony wody.

pietnascie łóżek wzdłuż jak ściana płaczu. niedoczekanie- mówi g.- bezdomność jak szlag trafił.

l. przutula się do r., co znalazł telewizor na kingsdown. bohater. n. głaszcze sobie twarz.

za chwilę zgasną światła, noc zapomni wszystko.

a jutro, jutro- na ulicę.

[15/03/09]

Sunday, March 15th, 2009

nasłonecznienie wysokie. lekkie stężenie myśli.
w telewizji recesja, wojna i koniec świata- w radiu czerwony tulipan- zawikłany uwikłany- tylko jak się z tego wyrwać- pustka boli.

pod stopami skrzypi wiosenna trawa, miękkie lądowanie palców, łaskotanie pięt. doświadczanie życia na bosaka.

a.k. rozpaczliwie szuka drogi, droga pnie się ku górom, góry jak najbardziej święte. coraz mniej ludzi w centrach handlowych, coraz mniej wyprzedaży, coraz więcej żywych bezdomnych na ulicach, wyrośli jak grzyby po deszczu, pełni toreb ze szmatami, kartonami, butelkami i bóg wie jeszcze czego, uśmiechają się chytrze do słońca. wiosna już choć jeszcze nie wiadomo co.

czas się zbierać, przewietrzyć się, napowietrzyć, ogarnąć kawałek swojej własnej tęsknoty, zapakować do plecaka i ruszyć.

w samym centru miasta s. recytuje fragmenty pisma świętego. gestykuluje energicznie każde wypowiedziane słowo. tupie w miejsce wykrzykników. wieczorem s. schowa świętą księgę w torbie, poszuka oazy u Św. Juliana, spotka tam ladaczników, alkoholików, kryminalistów i narkomanów. zaśnie w zamian za chleb z masłem i gorącą herbatę. daj mu boże sen.

[dręczy mnie pragnienie wody z górskiego strumyka, krąg przyjacielskich rąk, przychylność nieba]

[14/03/09]

Saturday, March 14th, 2009

[wymarzyła mi się nirvana-  otrzepałem sie z kurzu lat, uzbroiłem w niepewność dni;
rozrzuciłem chłód poranków i zmierzchów w oceanie słów, poleciałem z wiatrem;
przylgnąłem do ziemi jak trawa, w trawie zanurzyłem oczy, rosą przemyłem sen;

narąbałem drzewa, zbudowałem szałas, rozpaliłem ogień
spaliłem się

w popiół]

[8/03/09]

Sunday, March 8th, 2009

[wstęp do psychologii płci]

bawię się okruszkami imion od a do zet. lubieżnie przeglądam światy zaprzeszłe. dodaję kolejne litery do spisu treści.  dzień kobiety we mnie. o połowę za dużo albo dwie. dwunastego września roku pańskiego i.s. wplątuje szereg Kamili, Lidek, Oli, Ani, Goś i Eliz w resztki moich włosów.  do dziś trudno je z nich wyplątać. zadredziały.

zachmurzenie duże, ciśnienie wysokie, opady możliwe, wilgotność lepka. 

a. szuka kwiatów pod poduszką myśli. nie rozumie.

jutro też będzie dzień.

[7/03/09]

Sunday, March 8th, 2009

pisze się miniony dzień po pólnocy. kawa wódka wyznanie w kącie na pięcie. kroków kroczna melodia wśród jezior, bagien i traw. 

przegryzam dzień kawałkiem jabłka ewy. słońce uwięzione w porywach zimowego wiatru. majaczy mi się czas, a wszyscy święci zachwyceni modlitwą dzielą się na pół.

jeszcze wszystko przede mną.

[6/03/09]

Friday, March 6th, 2009

zimno. węwnątrz, na zewnątrz, tak. przywołuję aniołów i wszystkich świętych.

e. ma gębę po uszy, mlaska językiem na wszystkie strony świata. jej ostry, męski głos, skrzypi od słów. mroźny potok zalewa wszystkim usta.

j. płacze oczami, przegryza nieufność kawałkiem tostu. na zewnątrz słońce huśta się na drzewach.

a. pyta czy ufam ludziom, a ja pytam czy ona ufa ptakom. zawieszeni na drobiazgach dobijamy do brzegu świata.

modlę się do mojego boga. przez ramię.

[5/03/09]

Thursday, March 5th, 2009

a więc słowo sie rzekło. realne. słyszalne. czytalne. po latach upierzonych wędrówek w myśleniu, czas na wędrówki w zamyśleniu. na ile bóg pozwoli, głód nada sens, a wiara siłę.
stworzyć nowy początek. nowy porządek świata. nową energię, co wypełni po brzegi światłem, zmobilizuje do ruchu, doda skrzydeł do lotu na własny rachunek sumienia. jak kiedyś, pod kasztanowcem, między światem w. i t. , gdy umysł otworzył sie szeroko i stworzył opowieść.
pierwsza zapisana kartka w pamiętniku. pierwszy poważny kataklizm, gdy całe lata życia żmudnie zapisywane w notatniku utopiły się w wiśle, pierwsza rada na przyszłość- nie siadaj za blisko brzegu.
a potem kolejne odrodzenie. każdego dnia nowe zmartwychwstanie.
wraz z t. skończyła się jakaś epoka. wędrówka zamieniła się w harówkę, radość w wyuczoną akceptację. zmęczenie pozbawiło myśli barw, wyostrzyło widzenie czarno na białym. papier stał się zbyt kruchy, by kreślić na nim jakieś litery, jakieś znaki, symbole, szlaki. wolność przywiązała się do miejsca, opustoszał radosny dom w górach. góry stały się zbyt dalekie na wyciągnięcie ręki.

a potem, jak na spowiedzi, postanowienie poprawy. kilka zdrowasiek na szczęście w nieszczęściu. walka o każdy kawałek słowa. kolejna porażka i kolejna spowiedź. zgodnie z przykazaniem pewnego księdza z miasta g. spowiadać trzeba się regularnie, szczerze, pacierz odmawiać codziennie, w pokorze.
a siły jak na lekarstwo.

siedem lat na emigracji. siedem tłustych i chudych lat. siedem lat zadomowienia i oddomowienia. mało dużo kto to wie.

wystarczy jeden pewny krok, by zacząć chodzić.