Archiwum z 2012 roku

06/01/12

Friday, January 6th, 2012

wigilia na wiarę. od ryby po grecku i niemego karpia, od kutii i grochu z kapustą. od historii dłubanej latami w starożytnych księgach, od czasu, gdy naiwne dziecko ma więcej radości niż sceptyczny dorosły. od ducha wspólnej kolędy w powietrzu i zapachu przypraw.

nie uczestniczę w sporze o istnienie Boga; nie kłócę się o prawdę. wiara jest punktem odniesienia; kierunkiem w drodze do szczęścia. nie szukam jedynej twarzy Boga, raczej patrzę w oczy każdej z nich. jeśli wigilia jest jedynie tradycją, chrześcijaństwo umarło tysiące lat temu.

wigilia na wiarę w człowieka. w dobro ludzkiej natury, w czas przebaczenia i duchowej odnowy. wigilia na wiarę w pomocną dłoń, gdy się upadło- by powstać.

wigilia to chwila prawdy. przed samym sobą żadne kłamstwo nie ma prawa się ukryć. wigilia na wiarę w nadzieję, że wciąż trwa cud przemiany;

bóg bez człowieka, byłby nikim- samym sobą w swojej samotności bytu. człowiek bez boga jest jak strącona łódź, bez wiatru w żaglach; zostawiony bez opieki na pohybel losu.

wigilia na wiarę modlitwy. wiarę od słowa do słowa; od nowa.

01/01/12

Sunday, January 1st, 2012

Boje sie Nowego Roku; to co zmienne i niepewne napawa mnie lekiem. Coraz czesciej lapie sie na tym, ze zyje w czasie przeszlym. Unikam planow na przyszlosc, narzekam na terazniejszosc. Przeszlosc to jedyne miejsce, w ktorym czuje sie bezpiecznie; znam kazdy zakamarek minionego czasu, kazda przebyta sciezke i droge, kazda bezpowrotna chwile.

Nudzi mnie szara codziennosc, ale nie potrafie postawic kroku naprzod. Lek zamyka mi usta, obezwladnia, zniewala. Ryzyko, ktore jeszcze kilka lat temu pobudzalo mnie do dzialania, dzis jest zbyt wielkie nawet zeby o nim myslec. Nie mam wiec planow na przyszlosc, moze jedynie skrywane nadzieje, ze tu i teraz da sie spokojnie ogarnac.

Smutny tekst noworoczny. Kazdy poczatek nowego roku zamiast byc poczatkiem nowego zycia, jest dzis koncem starego- a do smierci zawsze blizej niz dalej.

Mimo wszystko probuje obudzic w sobie optymiste. Zamykam oczy, gleboko zaciskam powieki, probujac wydobyc z siebie kolory teczy. Barwy rodza sie powoli, ospale ukladaja sie w koncu w jakis obraz nie do wiary.

Dom u podnoza gor. Ogrod pelen kwiatow, drzew i krzewow, warzywna rabatka, przestrzen pachnaca ziolami. Dom otwarty na gosci, kominek pelen ognia, koza na pastwisku. Kolo garncarskie w kacie, wiklina na strychu. Dzwiek gitary i rozmowy przy domowym winie do czwartej nad ranem. Wspolnota ludzi bliskich i dalekich, dzielmy sie soba jak chlebem, dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba. Chichot dzieci stad i stamtad, buszujacy w zbozu. Dotyk zycia; tak niewiele trzeba do szczescia.

Naiwnie zanurzam sie w obraz; staje sie obrazem. Dotyk barwy; tak niewiele trzeba by pomalowac sobie swiat na kolorowo. Wystarczy tylko zamknac oczy, mocno zacisnac powieki i cierpliwie dac sie uwiesc chwili.

Etnochata. Projekt terenowy.