‘Uncategorized’

13/07/10

Tuesday, July 13th, 2010

O szostej dziesięć z Braszowa do Bukaresztu. Niespelna sto trzydzieści kilometrow w ciagu 5 godzin. Piekne widoki za Braszowem, gory, wawozy i lasy. I rozlegle plantacje słoneczników niedaleko Bukaresztu.
W poludnie Gara de Nord, spotkanie drugie już w ciagu ostatnich kilku miesięcy. Tlumy turystow, ktorych niewiadomo po co wiatr przygnal do stolicy, przybłędów, naganiaczy, handlarzy i Cyganow. Drogie piwo i zarlo, tania reklama na kartonie w dloniach starszej kobiety- pokoje do wynajęcia za 20 Euro. Agnieszka chce zwiedzac Bukareszt. Wysiadamy na Placu Unii, olbrzymie rondo, otoczone sklepami, bankami, firmami, restauracjami i budkami z papierosami i gazetami. Niedaleko gmach parlamentu, troche dalej sadu, kilka secesyjnych kamienic i zielonych skwerow. Centrum miasta.Niewiele pozostalo z dawnego Bukaresztu.
A jeszcze w okresie miedzywojennym miasto to nazywano Malym Paryzem, Paryzem Wschodu. Duza czesc śródmieścia zostala jednak zniszczona działaniami wojennymi, trzesieniami ziemi, a potem polityka Nicolae Ceauşescu, z powodu ktorej zniknęło z powierzchni ziemi wiele wspaniałych perel architektury . Można jednak znaleźć schowane miedzy blokami mieszkalnymi ocalale pamiątki wielokulturowego Bukaresztu- Synagoge Krawcow, Cerkiew Stavropoleos czy rumuńskie Ateneum.
Metrem jedziemy na plac Bohaterow Rewolucji. Naprzeciwko cerkwii lapiemy autobus do granicy rumunsko- bułgarskiej Giurgiu- Russe. U staruszek z przedmiesc Bukaresztu zaopatrujemy się w swieze pomidory i ogorki.
Ostatnie chwile w Rumunii. Miejscowy chłopak pokazuje nam droge do granicy. Piechota przekraczamy most na Dunaju. Most Przyjazni.
Dlugi, liczący prawie trzy kilometry długości most otwarty zostal w 1954 roku, wybudowany wsparciu finansowym Zwiazku Radzieckiego. Most miał na celu odciążyć promowa przeprawe przez rzeke i jednac oba socjalistyczne wtedy narody. Dzis jest często obiektem narzekan, albowiem aby przez niego przejechac trzeba slono zapłacić. Piechota da się przejść, ale tylko w jedna strone- z Rumunii do Bulgarii. Z Bulgarii do Rumunii mostem można przeprawic się tylko samochodem.
Rybak na brzegu Dunaju zlapal wielka rybe. Pokazuje nam ja z nieukrywana duma. Ruse wita nas deszczem. Po kilkukilometrowej wędrówce padamy ze zmeczenia na dworcu kolejowym. Wnetrze przypomina jednak raczej palac niż stacje kolejowa. Cisza i spokoj. Zadnych bezdomnych- psow i ludzi. Co godzine policjanci patroluja rewir. Nie ma bezpieczniejszego miejsca na odpoczynek.

04/07/10

Sunday, July 4th, 2010

Niedzielny poranek. W drodze na ukrainsko- rumuńskie przejscie graniczne mijamy grupy ludzi ciągnących do miejscowych cerkwi. Mijamy tez handlarzy na rowerach i kilku turystow z Niemiec. Handlarze wioza papier toaletowy, wodke, chleb i twarog. To ma u sąsiadów wziecie.
Po drugiej stronie Cisy wita nas Sygiet Marmaroski. Wstepujemy na chwile do miejscowej cerkwii, calujemy ikony i modlimy się każdy do wlasnego Boga. Potem już prężnym krokiem kierujemy się w strone centrum.
Na placu zabaw duzo dzieci z tatusiami. Objadaja sie lodami lub bawia sie na zjezdzalni. Nieliczne grupki Cyganow rozmawiaja glosno po swojemu.

Mala przekaska, odpoczynek, troche pamiatkowych fotografii i ruszamy w strone Maramuresz, niezwykle pieknej krainy, bogatej w zabytki architektoniczne i ciagle kultywujacej stare zwyczaje w zywej, egzotycznej formie.
Probujemy zlapac stopa na rogatkach miasta, bez rezultatu. Nikt nie chce siezatrzymac. Wiekszosc samochodow ma komplet pasazerow, ludzie wracaja do polozonych w odleglych wioskach domow rodzinami.
Po godzinie bezskutecznego machania reka, mila niesodzianka- wlasciciel jednego z domow z naprzeciwka zaprasza nas do siebie na poczestunek. Zdziwieni, zaskoczeni- nie odmawiamy jednak. Stol zastawiony jest wszelakiego rodzaju jadlem i napitkiem. Zastanawiamy sie czy nie trafilismy przypadkiem na jakies wesele lub podobnego typu urozystosc. Okazuje sie, ze nie- za to dowiadujemy sie, ze raz w roku w uroczystosc swietych Piotra i Pawla mieszkancy Maramuresz maja obowiazek zaprosic nieznajomych gosci do stolu, nakarmic ich i napoic. I my bylmi szczesliwcami. Zaspokoilismy glod rosolem i golabkami, pragnienie zas winem wlasnej roboty. I chocinalelismy ani jednego rumunskiego slowa, dogadywalismy sie dosonale.Mile zaskoczeni wielka goscinnoscia gospodarzy i obdarowani pzez nich swiezo upieczonymi paczkami wyruszylismy w dalsza droge.

Oto pierwsze oznaki Maramuresz- ozdobne, recznie zdobione bramy przy domostwach, charakterystyczne, drewniane koscioly ze strelistymi iezami, mezczyzni w specyficznych, malych kapelusikach na glowach, kobiety w koorowych chustach i szerokich spodnicach. Najbarej urzekly nas jednak dzieci w tradycyjnych strojach, ktorych rodzice ie odwrocili sie od tradycji i zyw ja kultywuja.

Oto drugie oznaki Maramuresz- drewniane chaty i ciagle uzywane zurawie przy studniach, konne furmanki i wszedzie obecna tadycyjna muzyka w magnetofnach i radiu.

Agnieszka nie ukrywa zachwytu. Pogoda sprzyja naszej wyprawie. Krajobrazy koja zmeczenie.

Jestesmy w sercu Swiata.
Maramuresz.

03/07/10

Saturday, July 3rd, 2010

1. Noc w pociągu z Uzhorodu do Solotwyna. Plackarty za dwadzieścia hrywien kazda. Pod względem Ce biletow kolejowych Ukraina prowadzi chyba w grupie najtańszych panstw w Europie. I chyba w zadnym inym panstwie europejskim w pociagach nie serwuje się pasazerom wrzatku z zabytkowych samowarow za darmo, ani oferuje krochmalonej poscieli.
Ocia z Uzhorodu do Solotwyna mija na swojej trasie trzy panstwa- Slowacje, Wegry i Rumunie I choc nie rzejezdza przez żadne z nich, symbolicznie je laczy, umacnia te trzy wspólnoty.
Pociag z Uzhorodu do Solotwyna przemierza niecale 100 kilometrow w szesc godzin- mamy wiec czas na sen, na refleksje, na spojrzenie w przszlosci przyszłość, na dotkniecie tezniejszosci.
2. Potem świeży chleb z miejscowego targu, kontakt z miejscowmi, spacer nad jeziorem i lody. Sloneczne Solotwyno to goscinna ziemia. Na skraju Karpat, Ukrainy, Europy, Swiata. Placza się tu jezyki nie tylko przybyszom ale i tutejszym. Tyle jezykow ile ludzi.
Z pobliskiego wzgorza spoglądamy na jeziora. Daniej nikt ie myślał o zarabianiu na nich pieniędzy. Teraz za wejscie na plaze trzeba slono zapłacić. Ale ponoc wato- miejscowy właściciel pensjonatu zachwala walory wody- duzo wniej soli i jodu, porównując niewielkie bajorka do Morza… Czerwonego.
Prawie trzydzieści stopni Celsjusza. Szukamy cienia.
Po poludniu nieoczekiwana zmiana pogody. Burza i deszcz zastaja nas w drodze na ukrainsko- rumunska granice. Przemoknieci i wyziębieni prosimy o slonce. Prosimy i… otrzymujemy. Po godzinie nieudanej ucieczki przed deszczem slonce znow pojawia się na niebie. Rozbijamy się na wzgorzu i suszymy mokre ubrania. Przy okazji stajemy się atrakcja dla miejscowych ludzi, którzy z zainteresowaniem przyglądają się nam z daleka. Nasze biwakowisko wyglada jak oboz wędrownych Cyganow. Stajemy się atrakcja również dla miejscowych… koz, które odważnie zbliżają się do naszego namiotu i skubia suszace się rzeczy.
Noc zamiast w Rumunii, na Ukrainie. Dwa kilometry dalej, po drugiej stronie Cisy zasypia rumunski Syghet Marmatei.

02/07/10

Friday, July 2nd, 2010

1. Koszyce zwiedzamy na zmiane. Przygladamy sie miastu z dwoch perspektyw, spojrzen, roznorodnosci doswiadczen i upodoban. Stare i nowe miasto. Kunszt zabytkowych kamienic i przerazajaca prostota blokowisk. Laczy je niewątpliwie platanina torowisk i linii trolejbusowych, przez które co chwila przedziera wedrowka ludow ze starego do nowego swiata. Ze starego do nowego porzadku zycia.
Na koszyckim rynku sklepikarki zachwalaja miejscowe suwieniry, kelnerzy od progu zapraszaja na piw lub dwa.
Kawa i ciastko w lokalnej cukierni. Regeneracja zuzytej energii. Chwila nostalgii i wirtualnego kontaktu ze swiatem. Pote wedrowka na koszycki dworzec. Stad się wyjedz i tu się wraca. Prawdziwy poczatek i koniec swiata.
2. Starym, ledwie dyszacym ukraińskim autobusem, do Uzhorodu. Podroznych można w nim podzielic na dwie grupy- bardziej liczebna- przygranicznych handlarzy i przemytnikow, którzy jada do samej granicy bez biletu, znaja się nawzajem i SA za pan brat z kierowca. Jest i tez druga grupa, mniej liczebna, właściwie niestniejaca- turystow z biletem do celu, kupionym za uczciwa cene w uczciwym biurze turystycznym, za to milczaca, bo osamotniona w tym dobrze ze soba prosperującym tlumie pasażerów na gape.
A wiec podazamy ledwie dyszacym, kraińskim autobusem, do Uzhorodu. Wschluchujemy się w historie ludzi z innej strony Eurpy. Europy nieuprzywilejowanej, prowincjonalnej, a czasem nawet pogardzanej. I jakby na przekor czasom i dzielącym nas granicom- odnajdujemy się w historiach tych ludzi- niby obcych, wyalienowanych, a jednak Az do bolu w sercu- bliskich.
W ostatniej wiosce po slowackiej stronie grzecznie ustawiamy się w kolejce do sklepy spożywczego- pozbywamy sie zbędnego bilonu w eurowalucie. Troche kiełbasy na zoladek i lod na podniebienie.
Granica wylania się prawie natychmiast. Z jedne strony to dobrze, ze istnieje- wyznacza suwerenna, kulturowa i narodowa przestrzen, wskazuje na drebnosc, indywidualność panstwa. Z drugiej jednak strony- dzieli- kategoryzuje ludzi, przyczynia się do faworyzowana lub de faworyzowania narodow. O g r a n i c z a.
Dlatego trzeba umiec graniczyc. Trzeba umiec dobrze ganiczyc. Budowac dobrosasiedzwo i tolerancje. Nie ograniczając wolności.
Tu, na slowacko- ukrainskej granicy, daleko jeszcze do wzorowego graniczenia. Tu obywatel Unii Eropejskiej ma przywileje obywatela lepszej kategorii, służby celne nie obmacuja go i nie traktuja go tak przedmiotowo jak obywatela z ukraińskim paszportem. Pochodzenie jest jak rysa w zyciorsie, jak czarna plama- nie do oplamienia.
Tu, na slowacko- ukraińskiej granicy Ukrainiec placi za swoja prowincjonalność i kulejaca gospodarke swojej ojczyzny- wyszydzeniem, ponizenem i waluta- ciezko zarobiona, jakims cudem lub nadludzka praca.
3. Uzhorod to miasto, gdzie przez wieki przenikaly się style wielu kultur- wegierskiej, ukraińskiej, rumuńskiej, żydowskiej i niemieckiej. Pierwsze wrazenie sprawia jednak odmienne. Olbrzymie, betonowe dzielnice zalewaja miasto. I tylko dworze kolejowy i stara zydowska synagoga przypominaja historie kiedys prężnego osrodka kultury i gospodarki. Za to w rynku powstaja croaz liczniejsze puby i kluby w stylu zachodnioeuropejskim i amerykańskim. A na obrzezach miasta disnejowski zamek zachwyca miejscowe dzieciaki .

01/07/10

Thursday, July 1st, 2010

zachod slonca z widokiem na bardejowska starowke. magia kolorow, zapachow i dzwiekow. nasza obecnoscia zainteresowalo sie stado bykow z pobliskiego pola ale oprocz tego zywego ducha- tylko wiatr od czasu do czasu uderza o scianki namiotu.

rano sniadanie w cieniu brzoz. mozolna proba wydostania sie z miasta. cyganie sprzataja trawniki, usmiechaja sie do nas tajemniczo. cyganskie dzieci spaceruja w grupkach, ida sie kapac do miejscowej rzeki albo sie opalac. do zycia podchodza z przymrozeniem oka, bo zycie jest tylko jedno. ciesza sie z tego co maja i w przeciwienstwie do Slowakow- nie narzekaja, ze dziurawe kieszenie.

w samo poludnie pociagiem podobnym do drezyny jedziemy do presova. proba umycia sie konczy sie niepowodzeniem. w kranie brak wody. kilkudziesieciu podroznych w wagonie poci sie na widok slonca.

ladny rynek w presovie. jakis doroczny przeglad zespolow ludowych na miejscowej scenie. pyryzky z makiem na dworcu. spacer starowka, sesja fotograficzna miasta. odpoczynek pod lipa.

grupka dzieci cyganskich probuje okrasc miejscowego grajka. bezskutecznie. potem pociag do koszyc. ciemnosci miejskie. wygodne lozko i odswiezajacy prysznic.woda na pragnienie. kronikopisanie. dobranoc.

29/06/10

Tuesday, June 29th, 2010

Znowu w drodze. W przestrzeni krajobrazow, ludzi, dźwięków i mijającego czasu. Nowa podroz. Doswiadczana we dwojke. Wspolna i odrebna zarazem, bo wieloplaszczyznowa, naznaczona meskim realizmem i logika oraz kobieca intuicja i cieplem.

Pozegnanie na stacji Kluczbork

1. Pociag z Wroclawia do Przemysla. Przez Slask, potem Malopolske i czesc Podkarpacia. Agnieszka spi, gdy niespiesznie lokomotywa sunie wzdłuż Gliwic, Rudy Slaskiej, Katowic i Jaworzna. Slask można przespac. Wlasciwie to można tez calkowicie o nim zapomniec. Odrapane rudawe kamienice, popisane sprayem kolejowe wiadukty i ploty, baczne kominy z dymiaca lawa ciepla. Slask można tez mimowolnie przeoczyc na mapie, w przewodnikach turystycznych, folderach dla zagranicznych inwestorow. Slask to rezerwat górniczy, gdzie szyb po szybie, po malenku zaczyna się walic, skad mlodzi ludzie uciekaja do stolicy albo Raichu i tylko od czasu do czasu, w katowickim spodku, zostawiaja pieniadze zarobione na plantacjach truskawek i ogórków- taki ich wkład w rozwoj ojczystej ziemi , haimatu, podworka.
Wielokrotnie mijalem Slask w swych wedrowkach po Polsce, wysiadając jedynie na stacji w Katowicach by kupic tanie paczki lub rozpuszczalna kawe. Ani razu nie przeszlo i przez mysl- zajrzec glebiej- może za furtki tych rudawych, odrapanych kamienic, może za betonowe ploty upackane koslawymi graffiti. Pociagi maja to do siebie, ze nie stoja dlugo na peronach i jeśli ktos nie zdazy wysiąść w pore, pojedzie dalej, na inna stacje, w inna przestrzen.

Podroz czas zaczac...

2. Za Rzeszowem Agnieszce udaje sie złapać stopa prawie do samej Dukli. Przy okazji kierowca jest fascynatem tutejszych ziem, a do tego niezłym przewodnikiem turystycznym. Wiezie do matki telewizor kolorowy, bo wlasnie kilka dni temu zdecydowal się wyrzucic go za drzwi swojego mieszkania.
W Miejscu Piastowym postoj bibliotece wiejskiej, uzupelnienie plynow- upal straszny- ponad 30 stopni. Miejsce Piastowe to miejsce szczegolne- nie gdzie indziej jak nie tutaj gmina sprawila swoim mieszkancom prezent- bezplatny internet bezprzewodowy- stad i my korzystamy z tego konfortu- surfujac bez przeszkod na przystanku autobusowym.

Poza tym jestesmy na rozdrozu- w Miejscu Piastowym krzyzuja sie drogowe szlaki na Przemysl, Sanok, Krosno, Rzeszow i Barwinek. Rownie blisko stad na Slowacje jak i na Ukraine. Do Rumunii i na Wegry blizej stad niz nad Morze Baltyckie.

Tak, miejsce Piastowe to szczegolne miejsce.

Nocleg na zboczu Cergowej

3. Stopa do Dukli lapiemy niemal natychmiast. Zatrzymuje nam sie starsze malzenstwo. On- koniarz z zamilowania, ona z zamilowania turystka. Zazdroszcza nam podrozy i gdyby nie wiek chetnie by sie z nami wybrali w nieznane. Czas mija szybko, az szkoda ze musimy sie pozegnac…

Rynek w Dukli. Taki sam od lat. Kolacja w miejscowym barze, piwo na ochlode, zdjecie na pamiatke. Miejscowy manel okazuje sie nie taki miejscowy- bo z Bukowiny Tatrzanskiej i czort wie skad sie tu znalazl. Jedno jest pewne- nie lubi miejscowych, bo nie daja na wino.

Meczacy spacer na zbocza Cergowej, zachod slonca w oczach. Sen prawie natychmiast.

[03/01/10]

Sunday, January 3rd, 2010

trzy czwarte nocy trzymałem się za głowę, szukałem oparcia w kątach poduszki i prostokącie kołdry. oddychalem ciezko, na wszelki wypadek przez otwarte usta. szukalem ratunku w snie, ktory nie przychodził. piłem gorące mleko na przemian z goraca herbatka z melisy. wzialem goraca kapiel. połknąlem kilka sztuk paracetamolu. potem kilka zdrowasiek i poematów do pana boga. wyjrzalem przez okno, upewniajac się, ze nie ma pełni. nie było.

dopiero nad ranem, gdy zaczęlo wschodzić słońce, zasnąłem- w prostokącie kołdry i kątach poduszki. obudziłem się kilka godzin później, przerażony, że przespałem cały dzień i noc. dla pewnoności sprawdziłem datę w telewizji. cieszyłem się jak dziecko, że nie zgubiłem czasu.

potem umyłem twarz i wyszedłem na dwór. wyprostowałem kości i po kilku głębokich oddechach wrócilem do mieszkania. skończyłem taksim stasiuka, gdyby nie osobisty szacunek do autora za jego opowiesci galicyjskie, też bym z nim skończył. zrobiło mi się niedobrze. nie wiem czy z powodu lektury, czy początku jakiejs kolejnej choroby, które ostatnio chyba mnie pokochały.

sluchałem wysockiego. okudzawy i gintrowskiego. wypiłem szklankę wody mineralnej, potem nalewke z soku z grejfruta, cytryny, pomarańczy z rozmarynem, mate, guaraną i kardamonem.

nie zauważyłem kiedy zgasło światło.

[przed północą--]

Thursday, December 31st, 2009

anorektyczna, oblana kawą z mlekiem, blada, spisana na amen, z dedykacją sprzed lat, emigrantka.
przeswit chojnowskiego. zadna tam szymborska czy herbert. zaden majstersztyk lub czempion. ani to nobel ani nike. niebieska, skromna, przepocona od słów. znaleziona przed pólnocą. ocalona od zapomnienia. książka na bakier z przepisami ruchu drogowego, widmo. duch północy. skrawek miejsca. tęsknota przestrzeni.

gromadzę zdania. na klęczkach. kraj lat dziecinnych. miejsce od kołyski.

“Zmierzch posypuje popiołem kwitnącą na wzgórzu jabłoń,
A ja biegnę nad jezioro niczym linia prosta,
Teraz nic mi nie trzeba.”

Zadna epoka, zaden wiek, zaden rok, zadna godzina nie rozmieni wieczności na drobne.

[opowieść wigilijna]

Thursday, December 24th, 2009

1. przed kolacją był czas na modlitwę. dom miał olbrzymią kolekcję świętych obrazków. na każdej ścianie co najmniej dwa jezusy lub co najmniej jedna matka boska. ścian było cztery. pokoi trzy. plus kuchnia i strych. razem ponad 20 obrazów nap pietnastu ścianach. domowników było czterech. babka nieboszczka, matka, córka i syn. ojciec by był, ale uciekł- przestraszył się modlitwy lub świętych obrazków lub domowników lub wszystkiego po trochę.

modlono się na klęczkach. każdy miał swój obraz. matka najczęściej wizerunek jezusa z sercem promieniującym energią wszechświata uwięziony w dębowej ramie. babka nieboszczka miała swoja prywatna ikonę uratowaną z wysiedlonego domu w Pozdziaczy w czterdziestym siódmym. dziwne, źe zawsze ilekroć babka nieboszczka modliła sie do tego obrazu ryczała jak dziecko. córce było zawsze wszystko jedno, który obraz jej przypadnie, synowi odwrotnie- zawsze chylił głowę przed matka boska z czestochowy, bo miała takie fajne świecące lampki wokól, co sprawiało że ślniła jak ze złota.

modlono się w ciszy. żeby nikt nikomu nie przeszkadzał. i żeby był święty spokój.

potem siadano do stołu. babka nieboszczka pod nieobecność ojca, który uciekł, dzieliła się prosforą. na stojąco składała domownikom życzenia. potem jedzono kutię, gołąbki, pierogi, barszcz, rybę, zupę grzybową. na stole nigdy nie było dwunastu potraw. było ich wiecej, bóg jeden wie ile ich bylo, nigdy nie zdążyłem policzyć.

i była choinka. i prezenty. i koledy. przed północą domownicy wędrowali do stajni. częstowali konie resztkami wigilijnych potraw. potem krowy i świnie, koty i psy. na końcu kury- żeby się dobrze niosły.

potem byl czas na sen. czasem próbowałem zasnąć pod choinką zamiast we własnym łóżko za co byłem ganiony przez babkę nieboszczke i uważany za niepoczytalnego przez siostrę. lubiłem wpatrywać się w bombki, bawić się igłami, podkradać czekoladowe cukierki z gałązek. czasem odwiedzał mnie pod choinką kot, tuliłem się do jego sierści, a on tak pięknie mruczał, jakby kolędował po swojemu.

za oknem zwykle szalała śnieżna wichura. w piecu trzaskało drzewo. zasypiałem znienacka, bez zapowiedzi, odurzony zapachem swierku i imbiru.

2. wigilijny poranek w bardejowie. w rynku grupa folklorystyczna z pod Koszyc śpiewa kolędy. po słowacku, po ukraińsku i po angielsku. pachnie świętami. robotnicy najemni kończa ubierac choinke przed urzędem miasta. potem pójdą na piwo lub coś mocniejszego. przy wigilijnym stole zabraknie wódki i wina- dopilnują tego konserwatywne żony i matki- trzeba to sobie jakoś zrekompensować. mróz niesamowity. prawdopodobnie minus dwadzieścia. albo i więcej. smarki zamarzaja w nosie. ale świeci słońce. i niech ktoś mi powie, że słońce grzeje.
księgarnie w bardejowie czynne dziś do pierwszej. na stefanikova znajduję tom antonycza po słowacku. śmiesznie mi się czyta “narodyvsja vin na sanjach” w obcym języku. to jakby czytać szekspira po polsku. grupa turystów z francji pyta mnie po niemiecku, chyba o drogę gdzieś, nic nie rozumiem. pokazuję na chybił trafił tam i tam, francuzi uśmiechają się w podziękowaniu nie spodziewając się, że za chwilę trafi ich szlag. i to jeszcze kiedy- w wigilię.
chciałem odwiedzić jakis bar, wszystkie zamknięte albo w menu maja tylko alkohol. pale papierosa. w momencie kiedy kończę przypalać pojawia sie jakis rumun. pyta czy mu nie przypalę, a potem, pac, po mojej kieszeni, ja mu na to żeby spierdalał. a on mnie jakąś klątwą, po rumuńsku. znów nic nie rozumiem.

o siedemnastej mam autobus do granicy. kupuję hotdoga na dworcu autobusowym i zaopatruję się w kilka słowackich piw. dobre tu maja piwo- sycące i gorzkie. na granicy ciemno i nieprzyjemnie. pogranicznik sprawdza mi paszport i życzy wesołych świąt. na przystanku autobusowym rozkład trafił szlag. stoję już godzinę i marznę. jakiś polak dobrodziej próbuje mi wytłumaczyć, źe autobusu do gorlic nie ma i nie będzie. ponoć jeden zdechł próbując podjechać pod przełecz małastowską, wiec zlikwidowano resztę połączeń.
jest wigilia. jest gwiazda. i nie ma autobusu. nic nie ma. żywego ducha. zaczynam rozumieć klątwę rumuna. jestem przekonany, że maczał w tym palce.

idę. w końcu do przełęczy tylko dziesięć kilometrów. Sniegu niewiele, może dziesięć centymetrów. za to mróz duży. ciekawe, kiedy mi piwo zamarźnie w plecaku. i odpadną palce u nóg. idę. znam te ziemie jak własna kieszeń. wybierałem sie tu na wagary we wczesnym okresie studiów, gdy jeszcze byłem alkoholikiem i życie mi było nie straszne. idę. dlaczego do cholery nikt nie jedzie w kierunku gorlic? idę.

trzy godziny szedłem. do przełęczy. wypiłem dwa piwa bo mi sie po drodze zrobiło ciężko. cieszyłem się jak dziecko, gdy zobaczyłem znak szlaku do schroniska na magurze. moje zbawienie.

okazało się że szlak zniknął pod śniegiem. znam te ziemie jak własną kieszeń,wybierałem sie tu przecież na wagary we wczesnym okresie studiów. latem.

szedłem na tradycyjnego czuja. pod górę. po może trzystu metrach zniknął księżyc. potem widziałem już tylko pnie drzew jak przez sen.

do schroniska dotarłem już w boże narodzenie. dobrze po północy. wyziębiony, zmęczony i głodny. właściciel dobrodziej patrzył na mnie z politowaniem, gdy łapczywie, wielkimi hełstami piłem herbatę. bóg sie rodzi. moc truchleje.

3. jak sie tu znalazł i dlaczego? stał oparty o mury kościoła św. Michała i patrzył przed siebie. milczał. szukał odpowiedzi lecz gubił sie w pytaniach. kim był? czego szukał w tym miejscu, w tym mieście w tym kraju? dlaczego porzucił tamto miejsce, tamto miasto i tamten kraj? Mało mu bylo przestrzeni? Mało powietrza? Mało wrażeń?
miasto ze wzgórza wyglądało imponująco. na pólnocnym zachodzie wiszący most decydował o jego sławie. każdy mógł wiechać na ten most, ba, nawet zrobic sobie zdjęcie za jedyne piecdziesiat pensow. piechur nie musial placic. piechur miał sławny most za darmo. pod mostem rzeka avon spokojnie plynęla przed siebie. tylko nieliczne promy probowaly plynac pod jej prąd.
stal oparty o mury kościoła św. Michała i milczał. z dystansu wpatrywał sie w sieć ulic i alei, zaułków i placów, ogrodów i parków.

czego pragnął? w trzydziestą drugą wigilię życia- gdzie dotarł? usta zakleił ciszą.

Zanim zasnę

Sunday, December 13th, 2009

zanim zasnę ułożę myśli w zgrabny stos, uwiecznię czas miniony w teraźniejszej formie, rozpalę płomień w snach, pozbieram okruchy dnia, zaufam gwiazdom. szeptem rozniecę noc.

odwiedzę światy zaprzeszłe i zaprzyszłe. przylgnę do nich jak dziecko. schowam się w ramionach słów i znaczeń zanurzę w szczelinach dłoni.

zamienię miłość w życie.

[11/10/09]

Sunday, October 11th, 2009

[pazdziernikowy striptiz. gra w rozbieranego. darmowe show za oknem. kontemplacja zachodzacego slonca. znikanie. opadanie. zasypianie. naga prawda. jesienna melancholia. zadumanie od mysli do mysli. powolne autobusy. droga kawa. slodka pociecha.]

ucieczka. skok w boczną drogę. marsz w stronę słońca. pomału. pod nogami dywan wielolistny. ponad głową fala wiatru. j. postanawia zniknac. na jakis czas. gór mi mało i trzeba mi więcej. palcem po mapie wędruję na sam szczyt tarnicy. r. rozpala w piecu w chacie na otrycie. matka mowi ze szczypie juz zimą.

uczę się nowych słów, znaczeń; rozbieram życie na części pierwsze i ostatnie. pochylam się, dotykam ziemi koniuszkami palców, z prostych mysli buduję dom na szczęście. na dobre jutro.

piszesz, ze nie rozumiesz. plączesz sie w metaforach i bełkocie. szukasz dwu i trój znacznosci zdań.
masz mnie juz dość.

mamy sobie tyle do powiedzenia.
tyle co nic.