‘Zamyślenia’

[03/01/10]

Sunday, January 3rd, 2010

trzy czwarte nocy trzymałem się za głowę, szukałem oparcia w kątach poduszki i prostokącie kołdry. oddychalem ciezko, na wszelki wypadek przez otwarte usta. szukalem ratunku w snie, ktory nie przychodził. piłem gorące mleko na przemian z goraca herbatka z melisy. wzialem goraca kapiel. połknąlem kilka sztuk paracetamolu. potem kilka zdrowasiek i poematów do pana boga. wyjrzalem przez okno, upewniajac się, ze nie ma pełni. nie było.

dopiero nad ranem, gdy zaczęlo wschodzić słońce, zasnąłem- w prostokącie kołdry i kątach poduszki. obudziłem się kilka godzin później, przerażony, że przespałem cały dzień i noc. dla pewnoności sprawdziłem datę w telewizji. cieszyłem się jak dziecko, że nie zgubiłem czasu.

potem umyłem twarz i wyszedłem na dwór. wyprostowałem kości i po kilku głębokich oddechach wrócilem do mieszkania. skończyłem taksim stasiuka, gdyby nie osobisty szacunek do autora za jego opowiesci galicyjskie, też bym z nim skończył. zrobiło mi się niedobrze. nie wiem czy z powodu lektury, czy początku jakiejs kolejnej choroby, które ostatnio chyba mnie pokochały.

sluchałem wysockiego. okudzawy i gintrowskiego. wypiłem szklankę wody mineralnej, potem nalewke z soku z grejfruta, cytryny, pomarańczy z rozmarynem, mate, guaraną i kardamonem.

nie zauważyłem kiedy zgasło światło.

[02/01/10]

Saturday, January 2nd, 2010

początek roku to czas plannerów. kalendarzy. agend. notatników. oraganizerów. misterna walka na smierc i zycie z adresami, balansami, datami do przepisania. bez plannera, organizera, agendy, kalendarza, notatnika nie ma co rozpoczynac nowego roku. stary znajomy powiedzial mi kiedys ze nieposiadanie ktoregoś z powyższych jest poważnym uchybieniem. to tak jak być lub nie być “trendy”.

co roku więc zaopatruję się w kalendarz, notatnik, organizer, planner lub agendę. nawet jeśli czasem zapomnę toz robic z powodu sklerozy czy innego zaćmienia umysłu jakiś przyjaciel ofiaruje mi go napewno w prezencie. czasem wiec zamiast jednego organizera, kalendarza, plannera, notatnika czy agendy posiadam dwa a nawet trzy, pięć lat temu zaś aż cztery z powyższych.

plannery, organizery, kalendarze czy notatniki mają róźne kształty, objętości, kolory okładek, rodzaje gadżetów.
do prowadzenia dziennika używam najczęsciej czarnego kalendarza, formatu A5, z jednym dniem na jednej stronie. do zapisywania czynności do zrobienia używam małego notatnika, kieszonkowego formatu, najczęsciej w kratkę. do planów osobistych duży kalendarz, formatu A4 z trzema dniami na jednej stronie. nie mówiąc już o notatnikach do prowadzenia spisu wydatków czy dat do zapamiętania.

oprócz pokaźnej liczby książek w mojej domowej bibliotece znaleźć też można pokaźną liczbę kalendarzy z lat poprzednich. szczególnie płodne wydaja się lata dziewięćdziesiate minionego stulecia, gdy prawie każda strona zapisana była drobną czcionką, a czasem nawet posiadała dodatkową, doklejaną notkę.
treść notek była różnorodna. stany samopoczucia, recenzje z wypraw do kina, streszczenia rozmów telefonicznych i podsłuchanych w autobusach i tramwajach, opisy tras pociagów, napotkanych osób, komentarze do emaili i listów, minutówki z wykładów, spis porażek i klęsk bieżącego dnia, czasem kursy walut innym razem kursy autobusów, manu z barów mlecznych, ceny z hipermarketów, adresy przyjaciół podróżnych, rocznice i stany konta czytaj stany debetu. przekleństwa, rysunki diabłów i czarownic (szczególnie tych z najbliższego otoczenia), odciski palców czekoladowych, plamy po rozlanej kawie ince, bo wtedy nie byłem jeszcze uzależniony od kawy naturalnej.

patrzę na ten swoisty zbiór z sentymentem. i żalem, że minęły już czasy, gdy moje życie wypełnione było po brzegi. po brzegi słów, wydarzeń, emocji i ludzi.

samotność wypełnia dziś kartki moich planerów, kalendarzy, organizerów i agend. pustka stron do zapisania od nowa.

zawsze jest jednak kolejna szansa. zwłaszcza na początku nowego roku.

[22/12/09]

Tuesday, December 22nd, 2009

Nie golę się od tygodnia. Codziennie obserwuję jak milimetr po milimetrze na mojej twarzy utrwala się czas. Rozmazuję codzienność na koniuszkach włosów. Lustro pęka ze śmiechu.

Dlugi spacer wzdłuż własnej osi. Zbieram resztki topniejącego śniegu. Reanimuję porę roku. Jutro obudzę się rano i znów będzie jesień.

Odzyskuję wiatr w płucach. Przez kilka tygodni dyszałem resztkami sił. Wolność jest jednak piękna.

Obserwuję tłum ludzi sunących do lokalnego supermarketu. Spiesza się, wymachują smiesznie rękami, krzyczą, rozmazują się- w tle. Bezdomny zyczy mi wesolych swiat za niewielka oplata.

Góry pukają do drzwi. Codziennie budzę sie z myślą, źe to właśnie teraz, właśnie tu i stad w gory czas zacząć kolejną wędrówkę. taka podniebną i błękitną- jak kiedyś.

Wracam do pisania w cierpieniach obolałych słów. Osiemnaście lat temu szło mi tak lekko jak nigdy.

Wczoraj skończyłem lekturę notatek M.K. Zakatarzyłem się od podobieństwa myśli. Swiaty równoległe.

Trzecia kawa na dobry wieczór, gorący prysznic. Dziewczyna na moście Tomczaka, liryczne dobranoc.

[06/12/09]

Sunday, December 6th, 2009

[zasiedziałem się, zapomniałem się, zadomowiłem się, zamknąłem się, zaszyłem się, zatwierdziłem się]

gdy dom zaczyna być twierdzą, należy go zburzyć. wydostać sie na zewnatrz. uwolnić ręce i nogi, przyspieszyc oddech, wyostrzyc pole widzenia. zwymiotowac stechlizne pokoi, zmyć powierzchnę scian.

spacer pod nogami. mijanie i trwanie. trwanie i mijanie. ucieczka w czas, czasowo niedostepna przestrzen. udomawianie drogi stąd dotąd. stamtąd.

o wpół do szóstej nocna zmiana bluesa. reakcja zwrotna na dzienne brzmienie ciszy. poszukuję w sobie pozostałości treści, okruchów myśli, śladów dotyku, emocji barw. niewiadomoco, niewiadomokiedy, niewiadomojak, niewiadomogdzie, niewiadomoczy, niewiadomopoco. zmartwychwastanie zimy i ostatki jesiennej melancholii. proba reaktywacji wiersza; karma myśli do oswojenia.

ruch. pomalutku. w stronę słońca.

[11/10/09]

Sunday, October 11th, 2009

[pazdziernikowy striptiz. gra w rozbieranego. darmowe show za oknem. kontemplacja zachodzacego slonca. znikanie. opadanie. zasypianie. naga prawda. jesienna melancholia. zadumanie od mysli do mysli. powolne autobusy. droga kawa. slodka pociecha.]

ucieczka. skok w boczną drogę. marsz w stronę słońca. pomału. pod nogami dywan wielolistny. ponad głową fala wiatru. j. postanawia zniknac. na jakis czas. gór mi mało i trzeba mi więcej. palcem po mapie wędruję na sam szczyt tarnicy. r. rozpala w piecu w chacie na otrycie. matka mowi ze szczypie juz zimą.

uczę się nowych słów, znaczeń; rozbieram życie na części pierwsze i ostatnie. pochylam się, dotykam ziemi koniuszkami palców, z prostych mysli buduję dom na szczęście. na dobre jutro.

piszesz, ze nie rozumiesz. plączesz sie w metaforach i bełkocie. szukasz dwu i trój znacznosci zdań.
masz mnie juz dość.

mamy sobie tyle do powiedzenia.
tyle co nic.

[06/10/09]

Tuesday, October 6th, 2009

Jesień. Czas wzmożonej grawitacji. Lekcja plastyki. Lustra kałuż pod nogami. Zbieranina lisci, kasztanow, zoledzi, pajeczyn, kolorow, ciszy. Terapia wzrokowa.

Jestem. Czas wymienić buty, zmienic skore na zime. Rozpalić ogień w piecu, nakarmić oczy, rozgrzac dusze do czerwonosci.

Zycie zaczyna się tu i teraz. Znowu. Dzień po dniu. Od nowa. Codziennie. Zyje się. Pomalutku. Z przerwami na ciszę. Bez kalendarza.

Padam do przodu.

Uczę się szczęścia od początku.

[29/09/09]

Tuesday, September 29th, 2009

[początek czwartego zabicia psa; fragmenty zycia rozrzucone w czasie, lekcja prawdy, rachunek sumienia. chwile, ułamki sekund, mysli strumieniem pod prad.]
duszno. łapię wiatr w dlonie, piję lapczywie. gorycz. osiemnascie stopni celsjusza, cisnienie niskie, zachmurzenie czesciowe, wilgotnosc ponad normę.

szczescie według Ziglara i Kopmeyera- staram sie uwierzyc w proste recepty nie robiac uwag zwrotnych. po drodze usmiechaja sie do mnie nieznajome twarze, za funta znalezionego na ulicy kupuje troche swiezej salaty, chleb, szesc paczkow, winogrona i pol kilograma pomidorow.

na kartce papieru szkicuje plany na przyszlosc- okreslam czasoprzestrzenie, kreuje czaso-w(y)niki, tworze bohaterów. mieszkam w jurcie z dala od miasta, zywie sie warzywami z wlasnego ogrodka, slonce i wiatr dostarcza mi energii, deszcz wody do prania i mycia, cisza- spokoju. zycie- szczescia.

dziewietnasta trzydziesci. ksiezyc mruga do mnie slepym okiem, obseruje swoja twarz w okiennej szybie, przygladam sie ruchom warg, zmarszczkom na czole, zagladam gleboko w zarost, sprawdzam twardosc nosa, laskocze sie za uchem.

[niemanie, nie ma mnie, nie!]

powoli, miarowo, zapadam w sen.

[23/09/09]

Wednesday, September 23rd, 2009

Tam i z powrotem. Głód wypowiedzi i brak słów. Na skrawku koszuli zawiazuję codzienność w mocny supeł. Czasem nie do rozsuplania.
Nigdy przedtem pisanie nie bolało tak mocno, nie pociło się tak mokro, nie krzyczało tak cicho. Nigdy przedtem rzeczywistość nie dawała tak w łeb.
Senność, marzenia we mgle; spisuję stan majątku na luznej, poszarpanej kartce. Jestem wart tyle ile niewart. Próbuję zbudować schody do Nieba pustymi rękami.

od brzegu do brzegu
serce pod prąd

[cwiczę pamiec na pamięc, rysuję przyszlosc rozowa kredka- tak trzeba- mówi matka, systematycznie wracam na ziemie przed zmrokiem, wyludzam czas z braku czasu, obserwuje prognoze pogody, chodze po liniach krzywych i prostych, zataczam kręgi, cierpie na brak tlenu we krwi, powietrza w zylach, blasku w oczach, slonca]

nie pisz juz wiecej.
ani mniej.

[23/08/09]

Monday, August 24th, 2009

Od czasu do czasu odmladzam notatki z przeszlosci, wygladzam pozginane rabki zdarzen, poleruje milczace litery i symbole, rozkoszuje sie widokiem zdan zdjetych z terzniejszosci.
szukam siebie w drobinach slow, w kalamburach pamieci.

chociaz zyje tu i teraz zyje wtedy i tam na zmiane. mysli utopione w krwiobiegu historii, wyzieraja o porach dziennych i nocnych, zycie gra w puzzle, kawalki pozolklego papieru pasuja do dzis i do wczoraj. jak ulal.

w swietle nocnej lampki przezuwam godziny na sucho i mokro, chrapiac miedzy jednym a drugim zdaniem, stawiam przecinek szturhancem, podtrzymujac glowe golymi rekami, uzewnetrzniam wnetrze, wewnetrznie na zewnatrz.

gra slow. [ktos powiedzial]

gloski dzialaja wykrztusznie.

[czas. to co nie trzyma sie mnie do kupy, co obezwladnia. godziny, minuty sekundy, albo lata stulecia milenia, nie nadazam. wlocze sie za tym jak pies z kulawa noga, slimacze, sojkuje.
codziennie probuje zlapac c z a s za rogi, wytarmoszyc za uszy, dac w nos.
ile lat jeszcze musi uplynac by dac sie pogrzebac za bledny rachunek daty?]

[30/07/09]

Thursday, July 30th, 2009

powoli zacierają się granice czasu. zlizuję noc w poludnie. zaczynam dzien o polnocy. kawa zablizni zmęczenie.
podsluchuję dzwiekow dzwonu kondraka jana z lubelskiej federacji bardow, wiatr muska mi pozostalosci wczorajszych mysli. lekko, na palcach, tancze jak mi zagraja. skrzypce.

a. wpleciona w zylki codziennosci, obecna w krwiobiegu czasu, rozlana w ciszy. choc tak niewiele mowi, choc tak czesto milczy w notatkach, obecna ponad przestrzenia zycia. miedzy wierszami, szalona do bólu, wszechobecna.
poza granicami slow, w komorze serca.

uchylam rąbka tesknoty, mlaskam językiem snu.

[15/07/09]

Wednesday, July 15th, 2009

przygladam sie sobie z naganna skromnoscia. lustro wygladza zgiecia na eleganckiej koszuli, nie dostrzega porannych zmarszczek na czole, spiochow w kacikach oczu, ukrytego leku w sercu. w spoconych rekach trzymam niewyrazna mape przyszlosci. nadzieja, gluptaska, ma mnie w garsci.

rzucam sie w morze pytan, w dyktando mysli, prosto w oczy. z aniolem strozem za reke, pokonuje goliata rzutem slowa.

w sloncu, pod blekitnym niebem buduje nowa ere.