Archiwum z 2001 roku

Cztery ojczyzny. Próba syntezy.

Sunday, August 12th, 2001

1. Moje pierwsze słowo- b a b a Pierwsze skojarzenie. Pierwsza myśl. I pierwsza ojczyzna, kształtowana w umyśle małego dziecka opowieściami o miejscu, prawie idyllicznym, położonym gdzieś na skraju Polski, prawym skraju, niczym wyrostek robaczkowy w ciele człowieka.

„Baba” urasta dziś do rangi symbolu. To ona konstruowała moje wyobrażenie o świecie- sterroryzowanym przez Polaków złoczyńców, wyobrażenie napiętnowane nienawiścią, poczuciem krzywdy, chęcią zemsty. W głębi świadomość wykorzenienia.

„Baba” zastępowała matkę, gdy ta ostatnia podróżowała od szpitala do szpitala, szukając ratunku dla swojego osłabionego chorobą organizmu.

„Baba” nauczyła mnie pierwszych słów- były melodyjne i proste, więc łatwe do przyswojenia. „Lach, mołoko, korova” budowały świat znaczeń, semantykę życia.

Moja ojczyzna dojrzewała w kołysce.

„Baba” często płakała. Dziwiłem się. Łzy spływały jej po policzkach, płynęły wzdłuż chropowatej powierzchni jej ciała. Czasem zatrzymywały się na stole. Lubiłem rozmazywać te łzy na przezroczystej ceracie. Często miałem rączki mokre od łez „baby”. Po chwili wysychały, stawały się częścią mnie (a może to ja stawałem się ich częścią?), przenikały skórę, docierały do krwi…

Czasem płynęła opowieść. Kuchnia wypełniona była od ściany do ściany jedną wielką opowieścią. I niejednokrotnie czułem, że duszę się, że nie ma dla mnie miejsca wśród tych opowieści. Byłem jednak zbyt mały, aby się od nich uwolnić.

Zatykały usta historie o wiosennej przeprawie przez San, z koszykiem pełnym świeżego sera i mleka, na targ do Przemyśla. Zamykały usta wspomnienia ze ślubu Kseni i młodszego od niej, bagatelka, lat dwanaście Sławka. Zamykał usta rozkaz opuszczenia rodzinnego domu w ciągu niespełna dwóch godzin. Zamykał oczy widok wszechobecnej równiny- dywan z zielonych traw i czerwonych maków.

Później odkryłem, że „baba” mówi o swojej ojczyźnie, swojej wiosce, swoim domu, z którego brutalnie została wygnana. Cząstkę tej ojczyzny, tej wioski, tego domu, chciała podarować małemu chłopcu, który szukał punktu odniesienia, jakiegoś brzegu i czyichś rąk wyciągniętych na tym brzegu.

Chłopiec się zagapił, nie dostrzegł rąk, utonął.

W wodzie kąpało się słońce.

Piotruś Cymbałko otworzył drzwi kapliczki. Chrystus frasobliwy spogląda na mnie z krzyża. Odwracam głowę. Piotruś Cymbałko wyjmuje dyplomy- rozkłada na stole, gładzi papier- zdobył je już jako wzorowy gospodarz.

Jako wzorowy Ukrainiec posłał dwie swoje córki do liceum ukraińskiego w Przemyślu.
Ela, starsza córka, będzie moim przewodnikiem po Pozdziaczy.

Miejscowość ma dwie tożsamości. Dwie nazwy. Drugą, Leszno, nadała władza komunistycznej Polski w roku 1983. Pierwszą nadała historia. Do dziś nie może jej odzyskać.

Zimą 1996 roku starsza córka Piotrusia Cymbałko oprowadza mnie po wsi. Grzęźniemy w śniegu po kolana. Szukamy babcinej chaty.

Na próżno.

Na jej miejscu stanął murowany, piętrowy dom górala z Sądecczyzny.

Nie płaczę.

Nie zachwycam się. Po prostu odchodzę. Tak jak odchodziłem z tysiąca miejsc, które stopy zdołały poczuć, jęcząc z bólu.

Napiszę później artykuł o góralu z Sądecczyzny, którego ciągnęło do równin.

„Baba” spojrzy na mnie wymownie, a ja się zawstydzę.

2. Lekcja patriotyzmu.

Wyśpiewałem ukraiński hymn na piątkę z plusem. Tajemnica tkwiła w odpowiednim zaakcentowaniu słowa „Ukraina”, tak, by brzmiało ono donośnie i z gracją. To była moja ostatnia ukraińska piątka z plusem. Szewczenkę recytowałem na czwórkę, Kotlarewskiego na trójkę, Tyczynę zapomniałem po pierwszej strofie i tak już zostało.

W audycji radiowej na pytanie: kim się czuję?- odpowiedziałem: Europejczykiem. I w tym momencie posypały się w moją stronę wnioski o degradację. Nigdy więcej nie wystąpiłem już w radiu.

W tornistrze nosiłem jeden zeszyt w linię- mieścił dwie czcionki, ukraińską i polską, ale o tym ani polonistka, ani ukrainistka nie dowiedziała się nigdy.

Gdy chciałem dołączyć do kolekcji dodatkowe, rosyjskie znaki- nie wyszło- zeszyt nie w porę zupełnie pękł na dwie połowy- posypały się na ziemię krymskie sonety, czereszni, zapovit, satyra na leniwych chłopów.

I Polacy i Ukraińcy nie lubili Rosjan.

Ukraina od zawsze gościła w moim domu. Ojciec woził na nim mleko do punktu skupu. Zwykły rower, na którym jeździłem „pod ramą”, zawiózł mnie na Ukrainę stepu, Ukrainę czarnoziemu, Ukrainę niepodległą.

Mam ją wyrytą w pamięci. Tkwi w niej nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Przez kilkanaście lat próbowano mi w Polsce uświadomić, że jestem Ukraińcem z krwi i kości, że mam czarne podniebienie, że potrafię zabijać równie dobrze, jak pić wódkę.

Na Ukrainie, w jednej sekundzie tylko, uświadomiono mi, że jestem Polakiem, parszywym Lachem, który tępił Ukraińców, nakładał podatki i wykorzystywał. Uświadomiono mi, że mam więcej pieniędzy, niż niejeden Ukrainiec, ze nie jestem swój, że z cudzego łoża.

Odrzucenie boli. Niektórzy próbują sobie jakoś radzić. Przesuwają granice, budują Ukrainę w sercu w skali mikro, wkomponowują w tożsamość kolejną maskę nieistnienia.

Mam wyszywaną koszulę. Wzór kijowski. Mam kolekcję kaset: The Ukrainians, Płacz Jeremiji, Mandry… Ogromną bibliotekę literatury , w której znalazło się miejsce dla Kostomarowa, Ukrainki, Pawłyczki, Antonycza, Andruchowycza… Mam kilkadziesiąt artykułów własnych, zadrukowanych cyrylicą i kilkanaście cyrylicą wierszy napisanych. Mam ikonkę z przemytu, kupioną na targu niedaleko Opery we Lwowie. Mam mapę na ścianie ze skrawkiem Europy, a na tym skrawku Kijów, Łuck, Równe, Żytomierz, rzekę Dniestr i Dniepr, Morze Czarne. Mam tryzub w klapie marynarki, którą noszę od większego święta, bo nie przystoi nosić jej od święta małego. Mam indeks, na pierwszej stronie adnotacja: filologia ukraińska. Mam Percivkę na czarną godzinę i czekoladę Svitocz na godzinę jasną.

Mam wrażenie, że gdy umrę, zapomną mi postawić krzyż. Zapomną jak się nazywam. Bo nazwisko- węgierskie.

Przed Sądem Ostatecznym będę się smażył w piekle i po Sądzie Ostatecznym.

Wypomną mi, że nie ożeniłem się z Ukrainką z warkoczem do pasa, czarnym jak smoła.

Wypomną chwile, kiedy zapominałem języka w gębie i zamiast skutecznie ukrainizować, skutecznie polonizowałem.

Wypomną wylany do doniczki ohydny barszcz ukraiński w warszawskim Barze Familijnym. Wypomną ruskie pierogi, z których wyszły kluski.

Wypomną wszystkie ucieczki-wycieczki, gdy mowa ojczysta była zagrożeniem na miarę negatywnej oceny.

Wypomną, że czytywałem Schulza, Babla, Stryjkowskiego zapominając o Draczu, Rylskim i Ołesiu.

Lekcja pokory.

Mesjanizm wylansowany. Tożsamość wyryta na czole. Gdzieś w Ukraińcu, Polaku, Niemcu, Słowaku, Argentyńczyku płacze Człowiek…Nie zapominaj o mnie- prosi.

Człowiek rozpływa się w krwi. Krew zalewa Ukraińca, Polaka, Niemca, Słowaka, Argentyńczyka…

W kałuży krwi taplają się świnie.

Lekcja prawdy.

Siedzę przy stole i myślę. Myślę, siedząc przy stole. Pochylam się nad kartką. Opieram wzrok na literze. Kawa stygnie. Obok notatki- wypiski ze Stachury- ech cudne manowce! Moskowiada Andruchovycza zalana mlekiem. Gwiazda za oknem, mrugająca jakaś, jakby jej coś wpadło do oka. Kiszki marsza grają- nie jadłem nic od południa. Rozbity kubek, tony papieru.

Rem tene, verba sequentur. Różaniec, który nie służy do modlitwy. Zegarek, który nie odmierza czasu.

Lekcja wychowawcza.

HIV to nie choroba. AIDS to choroba.

3. Kiedy byłem pijany, wymyśliłem niemalże na poczekaniu, hymn Ukraińców w Polsce.

Jeszcze Polska nie zginęła,

ale zginąć musi!

Ukrainiec Polakowi

zęby wybić musi!

Zdziwiłem się, gdy kilka lat później usłyszałem ten sam tekst z ust swojego znajomego. Przysięgał, że to on jest jego autorem.

Spotkanie z Polską. Wrześniowe. Rumiane. Pierwszy dzień w przedszkolu.

Na zewnątrz biało- czerwone flagi. Rocznica drugiej wojny światowej. „I pamiętajcie dzieci, ta wojna się nie powtórzy!”

Jaka wojna? Ojciec w polu, ziemię orze, a tu wojna ! Wyrywam się, uciekam, do ojca, na pole… Tato! Wojna! Wojna! Próbuje mnie zatrzymać jedna z nauczycielek- a ja ją w pysk! Próbuje mnie zatrzymać rumowy cukierek w jej rękach, a ja ją w pysk po raz drugi.

Kierownik szkoły śmieje się. „Już my z niego zrobimy porządnego Polaka!” Sam Białorusin. Ale ciii…

Uczę się prawidłowych odpowiedzi na pytania: Kto Ty jesteś? Jaki znak Twój? Gdzie twa ziemia?

Nie jestem jednak pojętnym uczniem. Bez przerwy coś przekręcam, dopowiadam, zmyślam.
W szkole uczę się życia. Już nie jestem sam. Obok mnie dziwnie do mnie podobni ludzie.

Zbliżam się do nich, a oni… uciekają. Niektórzy rzucają wyzwiska, inni kamienie. Nic nie rozumiem. Za to rośnie pancerz. By mniej bolało.

Jestem najlepszym uczniem w szkole. Z polskiego piszę wypracowania na piątkę. Pożyczam notatki. Pomagam w ortografii słabszym kolegom.

Kamienie stają się cięższe, rozbijają pancerz. Ranią mnie. Moje ciało zbudowane z jednej wielkiej rany. Matka płacze. Taki już Twój los- mówi przełykając z trudem słowa- jesteś UKRAIŃCEM…

Ukrainiec od tej pory kojarzy mi się z jednym- wyalienowaniem, samotnością, bólem, brakiem akceptacji…

Drugie spotkanie z Polską.

Propozycja wyjazdu w góry. Bieszczady. Egzotyczna nazwa. Pakuję plecak i ruszam ku nowemu. Pociągiem. W przedziale obok długowłosy chłopak gra na gitarze przeboje Starego Dobrego Małżeństwa. W Radomiu siada obok mnie dziewczyna. Przedstawia się. Jest prawosławna. Ma może 15 lat. Jedzie do Morochowa na obóz organizowany przez Bractwo Młodzieży Prawosławnej. W Zagórzu, nieopodal dworca, grupa Ukraińców handluje majtkami. Rumun próbuje wyżebrać parę groszy, Cygan wywróżyć szczęśliwe życie. Niemiec chce nabyć plan Bieszczadów, ale nie za bardzo potrafi dogadać się ze sprzedawczynią w kiosku. Amerykanin miał wysiąść w Sanoku, ale się zagapił i wysiadł w Zagórzu. Teraz spóźni się na spotkanie z dyrektorem sanockiego AUTOSANU i nie podpisze umowy o wejściu w posiadanie jednej czwartej udziałów firmy.
W Komańczy spotykam Rumunkę, która ślicznie mówi po ukraińsku, w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Przemyślu, Ukraińca, którego ojciec jest Nigeryjczykiem.

Trzecie spotkanie z Polską.

Grodno. Stare Polki płaczą na mój widok.

Wilno. Stare Polki płaczą na mój widok.

Drohobycz. Stare Polki płaczą na mój widok.

W opłakanym stanie wracam do swojego skrawka przestrzeni.

Po polsku piszę wiersze, płacę polskimi pieniędzmi za chleb jak zwykle odgrzewany. Polskie Radio informuje: kraj jest w olbrzymim kryzysie. Minister Belka zapowiada zaciskanie pasa. Nie pierwszej świeżości.

Otrzymuję odroczenie z zasadniczej służby wojskowej.

Studiuję historię polskiej socjologii.

Przeglądam album z fotografiami „Polska”.

Dostaję po gębie, ponieważ kibicuję „Widzewowi Łódź”.

Alma Mater Polonia- chce zaśpiewać, ale flegma blokuje mi struny głosowe.

4. Gdy mówię o Górze Napoleona, Herkusie Monte, Eichhorn, gdy mówię o Heinrichu de Muro, Albercie Fischerze, Czesławie Dzirbie, gdy wspominam Teofila Szczerbę, Juliana Gbura, to wiem i kim mówię. I o czym mówię.

Ziemia mojego dzieciństwa narodziła wiele osób. Natangia ich wszystkich przygarnęła. Natangia przygarnęła i mnie, wyznaczając moje miejsce na Ziemi.

Góra Napoleona znajduje się przy drodze z Górowa Iławeckiego do Olsztyna, nazwana tak na pamiątkę pobytu Napoleona w Górowie w dnach 17-18 lutego 1807 roku, po wycofaniu Francuzów spod Pruskiej Iławki (obecnie Bagratianowsk).

Herkus Monte, Natangijczyk, wychowanek rycerza Hirzhalsa z Magdeburga, był przywódcą powstania zjednoczonych plemion pruskich przeciwko Wielkiemu Zakonowi Krzyżackiemu. Dowiedziałem się o tym walecznym, pruskim rycerzu, z ust. Jerzego Necio, historyka, fascynującego się Prusami.

Eichhorn, dziś Wiewiórki, mają prawie sześćset lat. Dwadzieścia lat niespełna, pozwalały mi korzystać ze swojej przychylności i gościnności. To tu biegałem nago po łące, tu przeżywałem przeżywałem pierwsze miłości, tu zrzuciłem kota z wysokości drugiego piętra, sprawdzając, czy przeżyje (przeżył). Tu o mały włos nie spaliłem stodoły od pierwszego papierosa, którego tu nie zdążyłem wypalić do końca. Eichhorn to cudowne miejsce. Szczególnie dla wspomnień.

Heinrich de Muro nadał prawa miastu Landsberg, które dziś nosi nazwę Górowo. I rzeczywiście jego najstarsza część leży na wzniesieniu, więc nazwa chyba trafna.

Abert Fisher był jego mieszkańcem. Kronikarzem dziejów lokalnej społeczności. Pierwsza monografia: „Historia miasta Landsberg w okresie 600 lat” to zasługa jego pióra. Wydana została w 1935 roku.

Drugim kronikarzem, a przynajmniej kontynuatorem pracy Fischera, był Czesław Dzirba, nauczyciel historii w Liceum Ogólnokształcącym w Górowie Iławeckim.

Z Teofilem Szczerbą kojarzy mi się wszystko co ukraińskie. Teofil był osobą, która po przesiedleniu Ukraińców na ziemie zachodnie i północne Polski, organizowała ukraińskie życie kulturalne i społeczne. Pomagał mu w tym modlitwą i pracą na rzecz Kościoła Greckokatolickiego Julian Gbur, obecnie biskup Stryja na Ukrainie.

Moda na małe ojczyzny rozpoczęła się w latach dziewięćdziesiątych.
W moim sercu ta mała ojczyzna, o ziemi niezbyt urodzajnej, o wysokim bezrobociu, o małej perspektywie na przyszłość, bo wszyscy uciekają do miast wielkich, albo za granicę, zawsze pozostanie krainą, która odcisnęła olbrzymie piętno na moją historię.
„Wszędzie dobrze lecz w domu najlepiej.”

Tylko gdzie znajduje się ten dom? Gdzie go szukać?

Cztery ojczyzny i jedna niewiadoma.

5. Kawiarnia „Pod Aniołem” w Toruniu. Rozmawiam z Ulrike o jej Niemczech. Mówi z ochotą. Mają tam sporo marketów, klubów młodzieżowych. Można poszaleć. Pieniędzy też zarabia się tam dużo, więc jest za co.

Pytam o drugą wojnę światową. Ulrike się czerwieni. Chce uciec od tematu. W końcu prawie cedzi przez zęby, że młodzi Niemcy wcale nie są winni tej strasznej wojny.

Pytam o przesiedlenia Niemców z byłych Prus Wschodnich.

Pytam, czy chciałaby zamieszkać w Polsce. Odpowiada, że tak, na wakacje z ochotą mogłaby przyjechać, ale żyć to ona może tylko w swoim kraju. Tam, gdzie się urodziła. Tam, gdzie ma zapewnioną przyszłość. Pracę. Perspektywy. Szczęście.

Pytam Ulrike, czy jest coś, co ją ostatnio wzruszyło.

„To, że Polacy są dla niej tak bardzo mili i przyjaźnie nastawieni”.

Mówię o swojej ojczyźnie. A właściwie o kilku o kilku ojczyznach, które we mnie głęboko zagnieździły się. Mówię o Polsce, Ukrainie, Ziemi Przemyskiej, Natangii. Patrzy na mnie badawczo. Pewnie myśli, że jestem nienormalny.

Lecz ona po chwili zwraca się do mnie z gratulacjami.
„Z Ciebie prawdziwy Europejczyk!”

Przypomina mi się audycja radiowa, w której brałem udział. Wiem, że nie bałbym się powtórzyć po raz drugi tego, co wtedy powiedziałem.

Rośnie we mnie Europa. Europa Ojczyzn.

Sarepta. Zadania na dziś.

Tuesday, March 27th, 2001

Wyobraz sobie pystynie- rozlegla piaszczysta przestrzen,lejacy sie zar z nieba, czlowiek buchajacy zmeczeniem na srodku wyrzezbionej stopami sciezki, laknacy powietrza, wody i cienia. Wyobraz sobie pustynie. Ujrzyj siebie wsrod ziaren piachu, doswiadcz laknienia powietrza, wody i cienia. Przemierzasz pustynie sladami nieznanego podroznika. W koncu dostrzegasz oaze, myslisz, ze to fatamorgana. Nie mozesz uwierzyc w cud- zielen w srodku pustyni, woda i cien. Pijesz wiec lapczywie, odzyskujesz sily, jestes w stanie isc dalej- az do nastepnej oazy. Az do nastepnego cudu.

Czlowiekiem, ktory doswiadczyl Pustyni, byl z pewnoscia biblijny prorok Eliasz. Bog poslal go do krola Achaba,by skarcil go za oddawanie czci bozkowi slonca oraz zagrozil dluga susza, jesli krol sie nie nawroci. Achab jednak nie tylko nie posluchal Eliasza, ale rozgniewal sie i kazal zabic biblijnego proroka. Eliasz zmuszony byl do ucieczki. Przez rok mieszkal na pustyni, zywiac sie resztkami, ktore przynosily mu ptaki oraz pijac wode ze zrodelka. Niestety zrodelko wyschlo, Bog zas kazal Eliaszowi skierowac sie do Sarepty Sydonskiej.

Sarepta Sydonska polozona byla miedzy Sydonem a Tyrem, okolo dwoch kilometrow od wybrzeza Morza Srodziemnego, na terenie dzisiejszej Libii.Teren ten nalezal do Fenicjan, ktorzy nie byli chrzescijanami i czesto wystepowali przeciwko chrzescijanom. Decyzja Eliasza, by udac sie do tego miejsca byla wiec ryzykowna. Prorok zaufal jednak Panu. W bramie do miasta spotkal uboga wdowe, ktora poprosil o jedzenie. Ta jednak nie miala nic, procz odrobiny maki i oleju. Eliasz zapewnil ja, ze to wystarczy nie tylko na jeden posilek,lecz caly okres suszy. U tej samej wdowy w Sarepcie Sydonskiej prorok wskrzesil jej zmarlego syna, co calkowicie przekonalo wdowe, ze jest on wyslannikiem Boga.Jakis czas pozniej sam krol Achab przekonal sie, ze istnieje jeden Bog i nie ma nikogo i Niczego ponad nim. Sarepta stala sie wiec symbolem nie tyle poganskiej niecheci do chrzescijanstwa,ile symbolem nawrocenia, nie tyle miejscem potepienia, ile miejscem nasycenia. Dzis Sarepte bardziej kojarzymy z Bogiem niz z bozkiem Slonca. Albowiem wszystko stworzyl Bog i Bog jest Panem Wszystkiego.

Od przeszlo 10 lat w Komanczy organizowane sa spotkania mlodych grekokatolikow z calej Polski. Co roku do niewielkiej miejscowosci nad Barbarka przyjezdza ponad 100 osob. Mlodzi ludzie posiadaja odmienne nadzieje i cele- jedni pragna milo spedzic czas nic nie robiac, inni rzeczywiscie pragna doswiadczyc Cudu przemiany, podobnego do cudu w biblijnej Sarepcie Sydonskiej. W sierpniu 2003 roku, moca rozporzadzenia Ministra Spraw Wewnetrznych i Administracji z dnia 18 lipca 2003roku, zostala nadana osobowosc prawna Bractwu Mlodziezy Greckokatolickiej ‘Sarepta’. Jego prezes ks. Jan Pipka ma nadzieje na przyplyw ludzi do Stowarzyszenia, w Nowicy rozpoczely sie zas prace nad przygotowaniem Osrodka Rekolekcyjnego ‘Sarepta’, bedaccego w stanie pomiescic ponad 100 osob. (patrz tygodnik ‘Nasze Slowo’)
Jednak o wiele wazniejsza sprawa jest zastanowienie sie nad przyszloscia nie tylko tego typu inicjatywy, ale i przyszloscia corocznych spotkan gimnazjalistow i licealistow z calej Polski. Problem, ktory pojawil sie juz kilka lat temu, to postepujacy brak identyfikacji ‘Sarepty’ jako spotkania stricte r e l i g i j n e g o , coraz czesciej zas pada okreslenie, ze Sarepta to oboz rekreacyjny, turystyczny czy sportowy. W zwiazku z dosc tania oferta Spotkania rodzice wysylaja swoje pociechy na Sarepte dla Swietego spokoju i spokoju wlasnych portfeli. sami mlodzi ludzie w formularzach ewaluacyjnych w ramach punktu ‘minusy’ Sarepty wpisuja ‘obowiazek codziennego uczestniczenia w liturgii czy katechezach’. Zwazywszy, ze od wielu lat katechez na Sarepcie jest coraz mniej to bardzo niepokojace spostrzezenie. Istnieje wiec pilna potrzeba odpowiedzenia na kilka podstawowych pytan: w jakim kierunku ma zmierzac Sarepta, jakie sa jej glowne cele, co ma dawac mlodym ludziom, na ile jest spotkaniem towarzyskim, na ile religijnym, jakie sa zadania spotkania i do kogo ma byc ono skierowane?

Aby odpowiedziec sobie na postawione wyzej pytania musimy zastanowic sie wczesniej nad kondycja kosciola greckokatolckiego w Polsce, a szczegolnie czesci zwiazanej z mlodzieza. Wydawac by sie moglo, ze oferta religijna jest bogata- w szkolach organizowane sa rekolekcje, czesto duszpasterze prowadza spotkania biblijne, a takze wspolnotowe, parafie organizuja wyjazdy, a takze spotkania weekendowe, dwa razy w roku w klasztorze Siostr Sluzebnic w Przemyslu organizowane sa rekolekcje dla mlodziezy. Jesli jednak przyjrzymy sie problemowi bardziej doglednie, dojdziemy do przykrych wnioskow- mlodziez nie rozumie wschodniej liturgii, czesto deklaruje sie jako niewierzaca, traci potrzebe pielegnowania zycia duchowego na rzecz materializmu i przyjemnosci. Mlodziez chodzi na religie ‘bo musi’, ‘bo inni chodza’, ‘bo nie wypada’, ‘bo rodzice wysylaja’, podobnie rzecz ma sie z uczestniczeniem w Eucharystii czy innych sakramentach.

‘Sarepta’ jest czescia Kosciola Greckokatolickiego i jako jego czesc powinna spelniac trzy podstawowe zadania: edukacyjne, terapeutyczne oraz kerygmatyczne.

Zadania edukacyjne

Po pierwsze mlodzi ludzie powinni uzyskac podstawowa wiedze na temat obrzadku wschodniego, symboliki oraz znaczenia liturgii, miejsca kosciola greckokatolickiego w swiecie chrzescijanskim. Po drugie nalezy zwrocic uwage na rzetelne przedstawienie historii na pograniczu polsko-ukrainskim, etnografii regionu,itd. W procesie edukacyjnym bardzo istotny jest charakter zajec. W pracy z gimnazjalistami i licealistami najlepsza wydaje sie forma warsztatu- dziennikarskiego( zbieranie informacji o regionie, spotkania z ciekawymi ludzmi,zaprezentowane pozniej w postaci dziennika, biuletynu, audycji radiowej czy plakatu, muzycznego ( co znacznie ulatwiloby spotkania przy ogniskach, poniewaz czesto mlodzi ludzie nie znaja tekstow piosenek), itd. O Biblii rowniez mozna mowic ciekawie i z charyzma- pomocna praca grupowa nad poszczegolnymi fragmentami z Nowego i Starego Testamentu w formie np. przedstawienia lub pantonimy. O obrzadku grecko-katolickim mozna mowic ciekawie poslugujac sie przy okazji sprzetem audiowizualnym lub rzutnikiem (informacja obrazkowa jest czesto bardziej wchlanialna niz sluchanie nudnych wykladow na temat historii Kosciola). Zadania edukacyjne nie powinny sie jednak skupiac tylko i wylacznie na religii. Na Sarepte przyjezdzaja ludzie z roznym zasobem umiejetnosci- sarepta moglaby pelnic funkcje warsztatu rzemiosla- np. przygotowywanie bukietow z kwiatow, malowanie na szkle ( mozna przy okazji przedstawic sceny biblijne), mozna tez zakupic jeden warsztat tkacki, gdzie mlodzi ludzie mogliby wykonac podstawowe rzeczy- portfele, torby z wloczki, szaliki, narzuty itd. Codzienna praca w kuchni moglaby stanowic doskonala szkole gotowania ( mlodziez moglaby byc odpowiedzialna za przygotowanie deseru…).
Nie mniej wazna wydaje sie tez e d u k a c j a s e k s u a l n a. Uczestniczy Sarepty to przewaznie osoby w wieku od 16 do 19 lat, a wiec ludzie (zgodnie z danymi statystycznymi), ktorzy rozpoczynaja wspolzycie seksualne, przechodza czesto trudny okres dojrzewania (burza hormonow), itd. Kosciol nie moze uciekac od seksu, jego zadaniem jest ustosunkowac sie do tej tematyki i przedstawic ja w mozliwie jasny i klarowny sposob. Wazne sa tez spotkania na temat milosci (Sarepta jest miejscem, gdzie tworzy sie wiele par) oraz przyjazni (Sarepta jest tez miejscem, gdzie zdobywa sie przyjaciol).

Aby te postulaty i zadania zrealizowac potrzebni sa ludzie, ktorzy mogliby z cala odpowiedzialnoscia, z sercem i kompetencja podjac sie realizacji tych pomyslow. Udzial specjalistow jest wiec czesto nieodzowny, trzeba bowiem pamietac, ze Kadra Sarepty to glownie seminarzysci oraz duszpasterze, ktorzy nie posiadaja odpowiednich kwalifikacji do prowadzenia spotkan (np. przez wiele lat wychowawcami na Sarepcie byly osoby bez odpowiednich kursow (np. wychowawcy kolonijnego czy pierwszej pomocy). Taka sytuacja w przyszlosci jest nie do zaakcepto
wania. Edukowanie mlodych ludzi to bardzo powazna odpowiedzialnosc, z ktorej trzeba sobie zdawac sprawe.Nie mozna dopuscic do sytuacji, gdy osoby niewyedukowane probuja edukowac innych.

Zadania terapeutyczne

Zadania terapeutyczne stanowia bardzo powazny element spotkan, lecz czesto usuwane sa na dalszy plan lub po prostu pozostaja niezauwazone,poniewaz trudno o ludzi, ktorzy mogliby sie podjac tej ciezkiej pracy. I rzeczywiscie moze to stanowic problem. Czesto rozwiazaniem jest obecnosc psychologa podczas c a l e g o spotkania (jednorazowe spotkanie z psychologiem nie spelnia niestety juz swojej funkcji). Wazna jest tez wrazliwosc na potrzeby innych, umiejetnosc sluchania i analizowania, umiejetnosc uzywania swoich wlasnych doswiadczen w celu pomocy innym z podobnymi problemami. Mlodzi ludzie przyjezdzajacy co roku na Sarepte pochodza z roznych srodowisk, czesto patologicznych, sa zakompleksieni, niesmiali, nie wierza we wlasne sily, czasem izoluja sie od innych, probuja uciec sie do stosowania uzywek w celu walki z problemem itd. Z drugiej strony na Sarepte przyjezdzaja tez osoby z rodzin zamoznych,ludzie Ci posiadaja chorobliwe poczucie wyzszosci, sa rozpieszczeni, czuja sie pempkiem swiata, traktuja innych z pogarda itd. W takiej sytuacji potrzebny jest balans, umiejetne pogodzenie skrajnosci, potrzebna wiec osoba, lub grupa osob, ktore moglyby sie podjac mediacji i negocjacji, ludzie, ktorzy mogliby podjac sie proby wsparcia w sytuacjach kryzysowych.
Czasem spowiedz i rozmowa z duszpasterzem pelni taka funkcje, o ile mlody czlowiek zdecyduje sie pojsc do spowiedzi i porozmawiac. Czesto mlodzi ludzie nie widza jednak problemu, nie zdaja sobie sprawy z niebezpieczenstw i to jest krytyczna sytuacja.
Czesto podczas spotkan mlodziezowych funkcje terapeutyczna pelnia osoby niepelnosprawne, uposledzone umyslowo, itd. Moze to brzmi niewiarygodnie, ale spotkanie w ktorym uczestnicza osoby zdrowe i w pelni sprawne oraz osoby chore i niepelnosprawne, przynosi bardziej pozytywne rezultaty. Zdrowi mlodzi ludzie ucza sie bowiem odpowiedzialnosci za swoich chorych rowiesnikow, poprzez pomoc potrzebujacym uczas ie milosierdzia i dawania. Niepelnosprawni zas czuja, ze sa potrzebni, czuja sie czescia zycia wspolnotowego,itd. Terapia grupowa podobnie jak indywidualna ma swoje plusy i minusy, ale wazne jest abysmy potrafili uzywac ich tylko w pozytywnym aspekcie.

Zadania kerygmatyczne

Wg Slownika Biblijnego kerygmat w Starym Testamencie jest gloszeniem Krolestwa Bozego i Jego zbawczych skutkow: pokoju i zbawienia, sprawiedliwosci i prawdy, mocy i odpuszczenia.Kerygmat Nowego testamentu rozpoczyna zas Jan Chrzciciel, gloszac chrzest pokuty na odpuszczenie grzechow. W krakowskim Znaku miala miejsce dyskusja na temat kerygmatu w Kosciele i jego roli w nawroceniu, zbawieniu i odrodzeniu. Swiadectwo jest forma kerygmatu o tyle o ile zawiera ono przeslanie o milosci i zbawiennej mocy Boga. Sarepta potrzebuje osob, ktore swoim zyciem moglyby glosic Dobra Nowine, a takich niestety brakuje. Czesto ksiadz podczas kazania popisuje sie wiedza teoretyczna, dlugie przemowienie na temat problemow teologicznych nie jednego przyprawilo o ziewanie w lawce koscielnej. Niewielu jest duszpasterzy, ktorzy mowia o osobistym doswiadczeniu Chrystusa i Jego Milosci. Czestym zas bledem mlodych ksiezy jest kalkowanie referatow jesczez czasow studenckich, aby popisac sie alokwencja i wiedza. Zadania kerygmatyczne moga z pewnoscia realizowac rowniez osoby swieckie i przede wszystkim swieckie, albowiem sila Slowa jest wtedy stokroc silniejsza. Mlodziez widzac rowiesnika, osobe spoza obrebu klerykalnego czesto ciesza sie wiekszym zaufaniem niz kler, ktoremu maja wiele do zarzucenia. To przykre, ze czesto z powodu duszpasterzy mlodziez odwraca sie od Kosciola i Boga.
Zadania kerygmatyczne powinny byc lacznikiem pomiedzy edukacja a terapia, poniewaz sam Bog w Trojcy Przenajswietszej jest najlepszym Nauczycielem i Lekarzem.

Kadra

W chwili obecnej Kadre Sarepty stanowia glownie klerycy Seminarium Duchownego w Lublinie. Czesto wyjazd na Sarepte jest rodzajem zeslania, jedyna mozliwoscia uzyskania zaliczenia praktyk w dzienniczku studenckim, zwanym indeksem. To przykre i smutne zarazem. Prowadzacy, ktorzy musza pracowac z setka mlodych ludzi powinni byc odpowoiednio wyselekcjonowani i jesli sa problemy natury osobowej mozna rowniez skierowac sie na Ukraine, czy skorzystac z pomocy specjalistow rzymskokaltolickich lub prawoslawnych. Po pierwsze przeciwdziala to nagromadzeniu niekompetentnych osob, ktore nie potrafia odnalezc sie we wspolnocie, nie maja sprecyzowanych planow itd. Po drugie zaproszenie do wspolprowadzenia spotkania osob z innych Kosciolow sprzyja ekumenii, a jednoczesnie jednoczy Kosciol.
Bardzo waznym pomyslem jest uczestnictwo w specjalnych rekolekcjach przeznaczonych dla prowadzacych Sarepte, potrzebne sa tez wczesniejesze spotkania w celu przedyskutowania tematow, podzielenia sie uwagami, podzialu obowiazkow itd. Osoby, ktore nie sa odpowiednio przygotowane do prowadzenia Sarepty poprowadza ja z mizernym skutkiem i przyniosa wiecej szkody niz pozytku. Bardzo wazna sprawa jest tez umiejetnosc wspolpracy. Grupa prowadzacych zlozona z indywidualistow negatywnie wplynie na cale spotkanie. Prowadzacy powinni sie znac oraz miec wspolnie wyznaczone cele. Po drugie powinni chciec realizowac te cele nie w pojedynke, a razem, nie po swojemu, a w interesie wszystkich.

O przyszlosci Sarepty nie zadecyduje ilosc budynkow czy ilosc osob uczestniczacych w spotkaniu,a fachowosc i kompetencja. Bez tego nie ma mowy o jakimkolwiek sukcesie

Między kultem a sztuką

Tuesday, March 27th, 2001

Przychodzą, patrzą, rozdziawiają gęby, kiwają głowami z aprobata, odwracają wzrok z obrzydzenia, zachwycają się lub przeklinają. Cerkiew greckokatolicka w Białym Borze (woj. zachodniopomorskie) dla jednych jest dziełem sztuki najwyższego lotu, dla innych profanacja.

Jerzy Nowosielski, autor projektu, myśli jednak w innych kategoriach- kult zawsze wywoływał sporo emocji, ale ostatnimi czasy dostrzega się zanik kultu, a Nowosielski jest po to, by naprawić ten błąd. Obok cerkwii powstaje wiec druga budowla, tym razem dom rekolekcyjny pod kierownictwem słynnego krakowskiego ikonografia i malarza.

Biały Bór to niewielka miejscowość w byłym województwie koszalińskim, licząca zaledwie trzy tysiące mieszkańców. Lokowana na prawie chełmińskim, założona przez Krzyżaków w drugiej połowie czternastego wieku, nigdy nie pełniła zbyt poważnych funkcji. Dziś jednak o Białym Borze można wiele usłyszeć- jest tu jedna z większych na Pomorzu Zachodnim stadnina koni, prężne centrum kultury ukraińskiej z Zespołem Szkol Ogólnokształcących im. Tarasa Szewczenki, a także siedziba kilku parafii, w tym greckokatolickiej, prowadzonej przez ks. Piotra Barana. Na obrzeżach miasta zaś stoi mała, ale rzucająca się w oczy Cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, należąca do grekokatolików. Autorem projektu Cerkwii, planów architektonicznych (wraz z Bogdanem Kotarba) a także wykończenia budynku jest Jerzy Nowosielski, artysta krakowski z bogatym dorobkiem ikonograficznym.

Jerzy Nowosielski, urodzony w 1923 roku, w rodzinie o wschodnich tradycjach zarówno kulturowych jak i religijnych dziś zaliczany jest do Grupy Krakowskiej obejmującej takich twórców jak Jonasz Stern, Tadeusz Kantor czy Kazimierz Mikulski. Profesor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, jest autorem szeregu ikon i ikonostasów np. w Bielsku Podlaskim, Gorowie Ilaweckim, Krakowie, Warszawie Jelonkach czy Wesołej pod Warszawa. Jednak jego największym jak do tej pory dziełem jest właśnie cerkiew w Białym Borze.

W wypowiedzi udzielonej dla tygodnika ‘Wprost’ (z 11 października 1998 roku) Nowosielski zapewnił, ze poprzez projekt i budowę świątyni ‘chciał wyciągnąć okolicznych mieszkańców ze źle pojętych regionalizmów oraz przyłączyć ich do europejskiej tradycji kulturowej. Mieszkańcy Białego Boru to zarówno repatrianci zza wschodniej granicy, niewielka społeczność niemiecka, a także proporcjonalnie duża mniejszość ukraińska, która pojawiła się na tych ziemiach w 1947 roku w ramach przesiedleńczej akcji ”Wisła’. Nowosielski niestety nie zdefiniował co rozumie pod pojęciem źle pojętych regionalizmów, ba, zamiast połączyć- podzielił i to samych Ukraińców, wśród których pojawiły się dwie grupy- tradycjonalistów i liberałów. Tradycjonaliści zarzucają do tej pory Nowosielskiemu (i proboszczowi parafii), ze wybudował dziwadło, ze za nic w świecie świątynia nie przypomina wschodniej cerkwii- nie ma ani bań, ani ikonostasu ze złoceniami, więcej, wnętrze sprawia wrażenie basenu kąpielowego, a sam budynek ma wiele niedociągnięć architektonicznych- mniej więcej co miesiąc budowla wymaga remontu, ponieważ główny architekt dokonał złych pomiarów- tynki zaczynają odpadać a cerkiew sprawiać wrażenie Krzywej Wiezy. Liberalowie oklaskują Nowosielskiego (i proboszcza) za oryginalność, szalenie kontemplacyjny charakter wnętrza, grę świateł i mistykę cotygodniowych Wieczerni, podczas których glos duszpasterza doskonale komponuje się z głosem wiernych. Tradycjonaliści w akcie rozpaczy mówią zgodnie, ze poprzedni obiekt- kaplica cmentarna w Białym Borze, która służyła jako cerkiew greckokatolicka, bardziej nadawał się na sprawowanie liturgii. Liberałowie w akcie radości pozwolili Nowosielskiemu na kolejny eksperyment- tym razem budowę domu rekolekcyjnego dla młodzieży greckokatolickiej z diecezji wrocławsko-gdańskiej, powstającego tuz obok świątyni.

W 2003 roku Stanisław Kubiak zrealizował szczególny obraz- opowieść o Nowosielskim ‘Liturgia’. Film brał udział w Krakowskim Festiwalu Filmowym i żebrał sporo pozytywnych opinii. Krotki, bo zaledwie półgodzinny dokument, realizowany był właśnie w białoborskiej Cerkwii, wśród ikon i rozczepienia światła, które tworzyło klimat tajemnicy, mistyki i zadumy. Złoto, czerwień, błękit, brąz oraz oranż aplikują w nas złudzenie misterium. Ale i poczucie leku. Jedna z ukraińskich turystek odwiedzających cerkwie najpierw oniemiała z wrażenia dotyczącego wnętrza świątyni, a potem przestraszyła się poruszonej wiatrem kurtyny, pełniącej funkcje Carskich Wrót.

Jerzy Nowosielski zapewnia, ze wszystkie jego dzieła powinny być naznaczone mistyka i kultem, powinny mięć w sobie głębokie religijne lub moralne przesłanie. I takie SA jak twierdzi sam autor. Niektórzy ironizują- czy artysta, który topi smutki w alkoholu może mięć pojecie o świętości?

Co tydzień do Cerkwi w Białym Borze przychodzi ponad setka wiernych, oraz odwiedzają ja tysiące turystów. Raz w roku, we wrześniu, na organizowany przez parafie odpust, przyjeżdża tysiące Ukraińców grekokatolikow z całej Polski i podziwia cud stworzony ręka ludzka, lub kicz jak mówią niektórzy, stworzony ręka szaleńca.

Dzięki kontrowersjom Biały Bór ciągle się rozwija i wcale nie narzeka na brak zainteresowania. A Nowosielski już myśli o kolejnych projektach.