Archiwum z 2002 roku

Thursday, December 26th, 2002

-Lesley, Adam, Sorrel

Betlejem. W ciszy rodzi sie Chrystus.

Na prozno czekam na pierwsza gwiazdke. Ta nie zaswieci. Na prozno czekam na zyczenia swiateczne. Ktos zapomnial slow.
Na prozno czekam na oplatek, na garsc Boga miedzy jedna a druga koleda.

Inny swiat. Doswiadczenie niepokoju. Gdzie sie podziales Chryste? Zapomniec tak latwo.

Betlejem. To juz tylko turystyczna atrakcja. A moze jednak nie?

Boze Narodzenie z Lorena. Pichcimy kilka polskich potraw w domu wegetarian. Nie jest latwo. Rozmawiamy. W tle wynaleziona przed chwila koleda. Jak tecza miedzy nami.

Gdzie sie podzialo Boze Narodzenie? Gdzie ten klimat? Gdzie Bog?- pyta Lorena.

Gdzie sie podzialo Boze Narodzenie? Odpowiedz Boga enigmatyczna.

Lamie sie z wami oplatkiem. Niech znowu zagosci wsrod was ten, ktory zbawil swiat.

Wednesday, December 18th, 2002

Galicia, situada en el extremo occidental del continente europeo y en el extremo noroccidental de la península ibérica , es una de las regiones más bellas y de paisajes más variados de Espa?a. Contrastan zonas de monta?a como Los Ancares y El Caurel con zonas llanas como Terra Chá, y con ricos y verdes valle como los de los ríos Sil, Ulla, etc. Estos ríos desembocan en las rías gallegas que se abren al Cantábrico y al Atlántico.

Przysnila mi sie Lorena. Miala ciemne, smoliste wlosy, czarne oczy, mily usmiech, ladna dziewczeca twarz. Tanczylismy Salse w Copacabana Restaurants w centrum Manchesteru. Wreczalismy wspolnie prezent Pili. Rozmawialismy o naszych fascynacjach i sympatiach. Jedlismy wspolnie posilki. Regenerowalismy sily przy kuflu piwa i lampce wina. Udezalismy zmiennym rytmem w membrane bebna. Usmiechalismy sie i przekomarzalismy wzajemnie. Opowiadalismy sobie o naszych bylych milosnych podbojach. Probowalismy zaglebic sie w przyszlosc, ale nie za bardzo nam to wychodzilo.

Lubie Cie- mowila. Lubie cie- odpowiadalo echo.

Miala narzeczonego gdzies w centrum Hiszpanskiej Galicji. Od czasu do czasu narzeczony dzwonil do niej i rozmawiali godzinami.

Jestes zazdrosna o swojego narzeczonego? Pytalem.
Absolutnie nie- odpowiadala.

Nosila sztruksowe spodnie. rzadko widzialem ja w sukienkach. Mimo wszystko wygladala kobieco. Miala 23 lata. Ukonczyla studia na uniwersytecie.

Przysnila mi sie Lorena.

Uszczypnij sie, uszczypnij!
Lecz sen nie chcial zniknac.

Sunday, December 8th, 2002

Probuje wyobrazic sobie siebie w innej konfiguracji. Wtoczyc sie w tlum muskularnych mezczyzn, nadetnych od nadmiaru wysilku i nadmiaru pychy. Probuje ustawic sie w rzedzie takich samych meskich dowcipow, kawalow z pieprzykiem i bez. Probuje zaprzyjaznic sie z mezczyzna do grobowej deski. Nie wychodzi. Taka moja natura. Niedolezna.

Zyje w swiecie kobiet. Moj meski swiat uzupelniany jest przez wielokrotnosc kobiecych podszeptow. Przez wielokrotnosc spotkan z kobietami, z kobietami rozmow, usmiechow do kobiet. Od zawsze wolalem kobiece towarzystwo. Nie wiem dlaczego, ba, nie chce wiedziec, bo mysle, ze odpowiedz nie jest mi potrzebna do szczescia.

Do szczescia potrzebne mi Niebo.

I. pożegnanie z B.

Friday, August 30th, 2002

“Zamknęła wszystkie szczeliny rozgrzanej skóry. Od dziś będzie miała nową barwę, nowy smak. Skomplikowane struktury męskiego zapachu rozsypią się w pył, a dotyk umości się w nieznanym jej jeszcze miejscu. Włosom nocami podaruje inne tło, a oczy… Wyrzuci oczy”

Przeszłość rwie na strzępy teraźniejszość. Kiedyś znika pod naporem nowych światów, złudzeń, ludzi. Elastyczna powłoka Nieba. Niebo ciemnieje od chmur. Chmury w kształcie znaków zapytania.
Widocznie nie zmieściła się w moim ciasno upakowanym grafiku, być może tamtego dnia Niebo miało inny kolor. Widocznie nie było artyzmu w kolorze zachodzącego słońca i nadjeziornej ciszy…
I. odchodzi. Wgłąb siebie. Zwija się pod naporem pragnień, które rozsypały się w proch. I. wyrzuca oczy, nie potrzebuje już ich- wewnątrz widzi się sercem. I. kreśli ślamazarnie ołówkiem grubą linię pomiędzy Planetami.

B. czuje I. Bo jakże nie czuć kogoś, kto jest odbiciem światów. Dlatego B. tak rzadko spogląda w lustro.

I. chowa się między.
Historia kurczy się jak skórka od pomarańczy…

Pacynka

Friday, August 2nd, 2002

Opisz mnie, opisz!…- prosiła błagalnym tonem. Zachciało jej się miejsca w notatniku, zachciało jej się uwięzienia w jasno wytyczonych ścianach kartki. Zachciało jej się bohaterstwa na skalę jednoosobową. Zachciało jej się rozgłosu bez echa.

Bo lubi, jak się ktoś interesuje jej osobą. Bo lubi, jak ktoś myśli o niej jak o bohaterce. Bo lubi , jak się kto pochyla nad jej postacią zamkniętą w czterech ścianach kartki. Bo lubi, jak się o niej pamięta.

Nosiła sukienki w ciemnych kolorach. Czesała włosy w koński ogon. Stroniła od alkoholu i narkotyków. Miała swoją prywatną rybkę w akwarium. Dostała się na studia dzięki uprzejmości własnego mózgu. Skończyła szkołę z wyróżnieniem w dyplomie. Zagnieździła się w jakimś maleńkim miasteczku, w której była cisza i spokój. Nie potrafiła wymówić “r”, nie umiała grać w warcaby. Chciała zostać aktorką. Nie udało się. Ale nie porzuciła marzenia. Wcielała je w życie.

Piszę o niej opornie, bo mi wychodzą bokiem tysiące historii, które opowiadała mi chyba zbyt często. Piszę bo mi weszła na głowę. A głowa boli od ciężaru.

Więc masz swoje miejsce w dzienniku.

“Opisz mnie , opisz”- temu niedobremu dziecku ciągle mało…

Dzień w którym runął most

Friday, August 2nd, 2002

Powoli próbowałes się podmieść. Własną śliną chciałeś zatamować uchodzącą ze złamanego łokcia krew. Bolała Cię głowa. Czułeś ból pomiędzy dwiema półkulami. Przerażające odłamki myśli uwierały Ci w pamięć. Nie domyśliłeś się, że urwisko jest takie wysokie. Nie przewidziałeś bólu. Nie pomyślałeś, że to urwisko może być takie niskie. Za niskie, by umrzeć. Wstałeś. Krew łączyła się z grudkami ziemi. Widziałeś przesuwające się krajobrazy. Wspomnienia uchodziły z ciebie jak pot. Niebo miało kolor granatu. Granat miał barwę zmiętego nieba.

Widziałeś jak stał na brzegu urwiska. Jak leciał w dół. Jak zanurzal dłonie w wystające trawy. Jak spadł.Jak próbował się podnieść. Widziałeś jak próbuje zatrzymać śliną uchodzącą krew ze swojego łokcia. Jak krzywi się, jak uderza głową o ziemię. Ale ty wolałeś odwrócić głowę.
Dzień wcześniej na stacji Radom dostrzegłeś młodego człowieka, który próbuje wskoczyć do pociągu po sygnale odjazdu. Widziałeś jak nogi trafiają pod koła wagonu. Jak znikają. Słyszałeś jęk i krzyk znajomych tego człowieka i reszty pasażerów. Widziałes rozdygotaną kierownik pociągu, która histerycznie próbowała wytłumaczyć, że to nie jej wina. Uciekłes wtedy w kąt przedziału. Zamknąłeś oczy. “Jak dobrze, że to nie ja…”-myślałeś.

Ułożyłeś sobie jakoś życie. Znalazłeś znajomych, pracę. Wykreślałeś w notatniku godzinę po godzinie. Planowałeś każdą sekundę. I przez sekundę tylko myślałeś, że to wystarczy. Często zastanawiałeś się po co w ogóle się urodziłeś. Świat mógłby się przecież bez Ciebie obejść. Matka mówiła wtedy: “Trzeba żyć synu, trzeba żyć. Choćby dla mnie…”- a ty zanurzałes twarz w poduszkę i z trudem próbowałeś się pozbyć niechcianych łez…

Pomyślałeś: “Czemu on tam stoi i mi nie chce pomóc” Pamiętasz? Mial na sobie brązową koszulę na krótki rękaw, czarne sztruksy. Byl nieogolony. Z daleka widać było ubutki we fryzurze. Chciałeś roztrzaskać mu twarz, gdy się bezwiednie odwrócił i odszedł. Zachłysnąłes się wtedy krwią i upadłeś.

Mosty bywają różne. Drewniane i betonowe. Mosty wiszące, leżace itp. Mosty kolejowe i drogowe. Kładki, kładeczki… Mosty łączą. Jakieś dwa brzegi. Taki ich los ciermiężny. Ale mosty też rozsypują się. Wtedy zaczyna się tragedia…

Telefon

Sunday, June 30th, 2002

Znowu dzwoni. A niech to, czy oni nie dadzą mi nigdy spokoju?! Niezapłacone rachunki, sprawy wymagające szybkich reakcji…Może to znowu ten przykry Pan, który pragnie Cię obezwładnić słowem ostrym jak nóż…A może to Matka,Babcia umarła, a może siostra?…
Dzwoni telefon. Odebrać? Nie odebrać? Przeczekać? Dać sobie spokój? Ukryć się w róg poduszki, zamknąć uszy, próbować nie słyszeć? A może po prostu wyrzycić to cacko za okno, uwolnić się spod jarzma rzeczy, uwolnić się spod jego dźwięku?
Telefon dzwoni. Cóż powiedzieć? Jak się zachować? Jak dobrze wypaść? Jak zrobić wrażenie? A może dzwoni aby oznajmić jakąś katastrofę, słowa, które nigdy nie chciałbym usłyszeć?

Telefon milczy. Dlaczego? Znudziło mu się? No, niech ktoś w końcu zadzwoni, niech przerwie tę ciszę na wyrost!Milczy telefon. Czekasz z nadzieją w sercu na jego dźwięk. A on nie dzwoni. Zamarł w ciszy. Po głowie chodzą Ci jakieś czarne myśli, a może to już koniec? Tego, owego? Brak? Czujesz brak? A jakże!

Znowu nie dzwoni. W oknie słońce umyka, przemyka. Czekam. Czekasz.

“Jedna tylko filiżanka na stole. Róża niczyja, serce daleko, bo obok…”

Strach, lęk, fobia

Sunday, June 30th, 2002

Oto strach.
Babcia zawsze straszyła Cyganem, nauczycielka w szkole negatywną oceną, katechetka piekłem, burza piorunami, pająk wyglądem…
Oto lęk.
Lęk przed ludźmi, którzy mogą zrobić Ci w każdej chwili, lęk przd nieznaną przyszłością, lęk przed uczuciami, lęk przed nieakceptacją, lęk przed samotnością.
Oto fobia.
Strach, który paraliżuje, lęk, który uśmierca. Wszyscy ludzie pragną zrobić Ci krzywdę, cała przyszłość jest skierwana przeciwko Tobie, nikt nigdy nie będzie w stanie Cię zaakceptować takiego jakim jesteś, będziesz samotny do końca życia, ponieważ na nic innego nie zasługujesz…

Walczysz.Jak lew. Przepracowujesz się, czyścisz pokój w obawie przed pająkami, samotnie spacerujesz po parku, najlepiej po zmierzchu, żeby nie napotkać przypadkiem na swojej drodze jakiegoś Człowieka,lub odwrotnie, poznajesz mnóstwo ludzi, z wieloma się wiążesz, aby nie dać się wszechogarniającej Cię samotności.
Tracisz energię, aby nóc szybko zasnąć, by nie męczyły Cię wieczorne koszmary, myśli natrętne, nieznośne, martwe…

Codziennie słońce wschodzi i zachodzi, codziennie trawa jest zielona a niebo niebieskie. Codziennie czuwają nad Tobą dobre Anioły…

Codziennie płaczesz. Dlaczego?

Diariusz trzydniowy

Saturday, June 29th, 2002

27.06
Oczy otwierają mi się szeroko, coraz szerzej, gdy widzę mężczyznę, który podniesionym głosem rozmawia ze słupem ogłoszeniowym. Zwykła rozmowa przeradza się w sprzeczkę, a sprzeczka przeradza się w niczego sobie kłótnię. Mężczyzna ma około czterdziestu lat, ubrany jest w garnitur marki nieznanej. Nikt by się nie spodziawał, że szajba mu odbiła.

Gruby, sprawiający wrażenie niechlujnego, mężczyzna w czapce z daszkiem i wielkimi dłońmi pije coca-colę. Przygląda mi się bacznie. W końcu nie wytrzymuje, z wyrzutem pyta, czy jestem obywatelem polskim. Uzyskawszy odpowiedź nie wierzy, potrząsa czupryną:
“bo jak jak nie jesteś obywatelem polskim, to musisz mieć wizę, a jak nie masz wizy, to musisz wracać do domku”. Zastanawiam sie, kiedy dojdzie do rękoczynów. Mam małe szanse, aby wygrać ten pojedynek. Na szcęście zacietrzewiony mężczyzna daje spokój, zdenerwowany opuszcza pomieszczenie, w którym miało miejsce zajście.

Mali chłopcy wymyślili sobie grę. Będą kamieniować Ukraińców. Kamieniowano mnie co najmniej pięć razy na ulicy Kościuszki w mieście G. Ale jak widac ciągle żyję.

28.06
Gdy stoisz na szczycie i obserwujesz dno- mrowisko przechodniów, samochodów i sklepikarek czujesz o wiele większą przyjemność, niż w przypadku, gdybyś obserwował szczyt z pozycji dna.To nie byłoby to samo niebo i ten sam błękit.

Ulica Wolska. Jedna z ulic stolicy. I taka myśl podniebna we mnie.

Przyjrzyjmy się temu zachwycającemu zjawisku bycia nad. Przytoczmy parę przykłaów słów o takim przedrostku: nadzwyczajny, nadrealny, nade mną, nadprzyrodzony, nadrzędny. Błogosławieństwo górnolotne. Zawsze marzyłeś, aby wzlecieć ponad przeciętność. Marzyłeś, by choć przez chwil kilka poczuc się panem własnego losu, własnej historii. Gdy dotykał Cię jakiś problem, zawsze chciałeś być nad tym wszystkim co Cię trapi, boli złości. Pragnąłeś być bogiem? Dla siebie? Dla innych? Pamiętasz swój pierwszy bunt, kiedy nie chciałeś już, aby matka schylała się nad twoim ciałem, myła je, nacierała plejkiem? Wstyd. Ale jednocześnie myśl- że ja przecież sam mogę to zrobić. Bez niczyjej pomocy. Wzlecieć ponad bezradność. Stawić jej czoła. Cała przyjemność być na szcycie i obserwować mrowie budowli, przechodniów, aut i sklepikarek.
tak trudno jest przyzwyczaić się do myśli, że gdzieś na dnie, wtym mrowiu jesteś i Ty, a ktoś podobny do mnie właśnie sobie zerka na dół i czuje błogość bycia nad.

29.06
Wreszcie mogę zdjąć czarne okulary, które wbijają mi się w głowę- efekt złego dopasowania na chińskim bazarku, bądź efekt powiększenia się mózgu w wyniku problemów, które wyłaża mi już uszami. Takie bunczuczne.I takie śmieszne.

Appendix
W kampusie uniwersyteckim spotkanie z Wojtkiem J. Dwóch folkomaniaków po roku od ostatniego spotkania wymienia się trapezem życia. Silny uścisk dłoni na do widzenia ratuje sytuacje. Grunt to nie zajść za daleko we wspomnieniach.

Zdarzyło się w Lutzersommer

Friday, June 28th, 2002

Nie przeszkadza Ci to, że mam spocone dłonie? To przecież nie jest przyjemne… Wiesz, to nie będzie takie proste… Poukładałam sobie wszystko, było dobrze, a teraz znowu muszę sobie z tym wszystkim dawać radę… Ja nie potrafię dawać kosza… Ty mnie nie słuchasz… Jak Ty to sobie wyobrażasz? Nie wiem. Musimy się zdynsansować od tego wszystkiego. Tydzień wystarczy? Poradzisz sobie?

K. wplątała się w tę historię pocichu, niespodziewanie. Delikatnie wkradała się w codzienność. Wspólne śniadania, obiady, kolacje, wycieczki rowerowe, spacery, huśtawki. Wspólna zapewne historia, wspólne doświadczenie. Wspólna wiara i wspólne marzenia. K. potrzebowała bliskości, akceptacji, rozmowy. Chmury gradowe też wspólne. Wspólna ucieczka od przeznaczenia. Niewykluczone, że wspólna ucieczka w przeznaczenie.
Miłość przejawia się na wiele sposobów. Czasem zlewa się z uśmiechem, czasem mieszka między niewypowiedzianymi słowami.
K. uwielbia dżem truskawkowy. Uwielbia opowiadać bajki. Uwielbia filmy.
Tato. Na dźwięk tego słowa K. ucieka w przeszłość. Tato to dla niej świętość. Tato nie żyje. Ale jest Pamięć. Wiecznie żywa.
K. nie może się uwolnić od historii… I chociaż często próbuje o niej nie pamiętać, historia powraca z coraz większą siłą rażenia. K. boi się mężczyzn. Mężczyźni przesiąknięci są jej nieznośną historią. K. boi się.

A może to jeszcze nie nasz czas?

Poeta

Thursday, June 27th, 2002

Dziś poeta Ł. czyta swoje wiersze. Pokasłuje trochę, przeprasza, czyta i dalej pokasłuje. Oddycha ciężko- sprawia wrażenie gruźlika. Broda dodaje mu animuszu. Tajemnicy i wrażliwości. Okulary dodają mu inteligencji.
Jego wiersze to w większości wynik obcowania z ludźmi, przedmiotami, a nawet myślami. Każdy wiersz prawie ma adnotację- “dla”. A więc dla Joli W. w pociągu do Białegostoku, dla Oresta Ś., dobrze zapowiadającego się naukowca, dla innego poety- Dmytra P., za jego wkład w rozwijanie świadomości narodowej na Ukrainie. Znajdują się tam też wiersze dla sympatycznej Doroty S., która napisała pracę magisterską o poecie Ł., dla Julii M.- bo sympatyczna, itd., itd.

Poeta Ł. uczył nas kiedyś recytacji poezji Łesi Ukrainki. Nie było zdania, które uznałby za dobrze wyartykułowane. Na pocieszenie częstował cukierkami i orzechami. Poeta Ł. ubiera się jak chce. Raz nakłada szerokie jeansowe spodnie a do tego marynarkę, innym razem spodnie sztruksowe, a bez marynarki. Buty znoszone, bo przecież poeci to biedny lud, a słowo ciągle jest mniej cenione niż np. dobre auto, czy jakieś przestronne mieszkanie.

Poeta Ł. lubi Podlasie. Bo i stamtąd pochodzi. I się nie wstydzi, że z ziemi biednej, rolniczej. Bo to jego Ojczyzna, tak samo ważna jak Ukraina, czy Polska.

Poeta Ł. łapie się za brodę. Będzie myśleć. Oj, nie radzę mu teraz przeszkadzać!