Archiwum z 2009 roku

[przed północą--]

Thursday, December 31st, 2009

anorektyczna, oblana kawą z mlekiem, blada, spisana na amen, z dedykacją sprzed lat, emigrantka.
przeswit chojnowskiego. zadna tam szymborska czy herbert. zaden majstersztyk lub czempion. ani to nobel ani nike. niebieska, skromna, przepocona od słów. znaleziona przed pólnocą. ocalona od zapomnienia. książka na bakier z przepisami ruchu drogowego, widmo. duch północy. skrawek miejsca. tęsknota przestrzeni.

gromadzę zdania. na klęczkach. kraj lat dziecinnych. miejsce od kołyski.

“Zmierzch posypuje popiołem kwitnącą na wzgórzu jabłoń,
A ja biegnę nad jezioro niczym linia prosta,
Teraz nic mi nie trzeba.”

Zadna epoka, zaden wiek, zaden rok, zadna godzina nie rozmieni wieczności na drobne.

[opowieść wigilijna]

Thursday, December 24th, 2009

1. przed kolacją był czas na modlitwę. dom miał olbrzymią kolekcję świętych obrazków. na każdej ścianie co najmniej dwa jezusy lub co najmniej jedna matka boska. ścian było cztery. pokoi trzy. plus kuchnia i strych. razem ponad 20 obrazów nap pietnastu ścianach. domowników było czterech. babka nieboszczka, matka, córka i syn. ojciec by był, ale uciekł- przestraszył się modlitwy lub świętych obrazków lub domowników lub wszystkiego po trochę.

modlono się na klęczkach. każdy miał swój obraz. matka najczęściej wizerunek jezusa z sercem promieniującym energią wszechświata uwięziony w dębowej ramie. babka nieboszczka miała swoja prywatna ikonę uratowaną z wysiedlonego domu w Pozdziaczy w czterdziestym siódmym. dziwne, źe zawsze ilekroć babka nieboszczka modliła sie do tego obrazu ryczała jak dziecko. córce było zawsze wszystko jedno, który obraz jej przypadnie, synowi odwrotnie- zawsze chylił głowę przed matka boska z czestochowy, bo miała takie fajne świecące lampki wokól, co sprawiało że ślniła jak ze złota.

modlono się w ciszy. żeby nikt nikomu nie przeszkadzał. i żeby był święty spokój.

potem siadano do stołu. babka nieboszczka pod nieobecność ojca, który uciekł, dzieliła się prosforą. na stojąco składała domownikom życzenia. potem jedzono kutię, gołąbki, pierogi, barszcz, rybę, zupę grzybową. na stole nigdy nie było dwunastu potraw. było ich wiecej, bóg jeden wie ile ich bylo, nigdy nie zdążyłem policzyć.

i była choinka. i prezenty. i koledy. przed północą domownicy wędrowali do stajni. częstowali konie resztkami wigilijnych potraw. potem krowy i świnie, koty i psy. na końcu kury- żeby się dobrze niosły.

potem byl czas na sen. czasem próbowałem zasnąć pod choinką zamiast we własnym łóżko za co byłem ganiony przez babkę nieboszczke i uważany za niepoczytalnego przez siostrę. lubiłem wpatrywać się w bombki, bawić się igłami, podkradać czekoladowe cukierki z gałązek. czasem odwiedzał mnie pod choinką kot, tuliłem się do jego sierści, a on tak pięknie mruczał, jakby kolędował po swojemu.

za oknem zwykle szalała śnieżna wichura. w piecu trzaskało drzewo. zasypiałem znienacka, bez zapowiedzi, odurzony zapachem swierku i imbiru.

2. wigilijny poranek w bardejowie. w rynku grupa folklorystyczna z pod Koszyc śpiewa kolędy. po słowacku, po ukraińsku i po angielsku. pachnie świętami. robotnicy najemni kończa ubierac choinke przed urzędem miasta. potem pójdą na piwo lub coś mocniejszego. przy wigilijnym stole zabraknie wódki i wina- dopilnują tego konserwatywne żony i matki- trzeba to sobie jakoś zrekompensować. mróz niesamowity. prawdopodobnie minus dwadzieścia. albo i więcej. smarki zamarzaja w nosie. ale świeci słońce. i niech ktoś mi powie, że słońce grzeje.
księgarnie w bardejowie czynne dziś do pierwszej. na stefanikova znajduję tom antonycza po słowacku. śmiesznie mi się czyta “narodyvsja vin na sanjach” w obcym języku. to jakby czytać szekspira po polsku. grupa turystów z francji pyta mnie po niemiecku, chyba o drogę gdzieś, nic nie rozumiem. pokazuję na chybił trafił tam i tam, francuzi uśmiechają się w podziękowaniu nie spodziewając się, że za chwilę trafi ich szlag. i to jeszcze kiedy- w wigilię.
chciałem odwiedzić jakis bar, wszystkie zamknięte albo w menu maja tylko alkohol. pale papierosa. w momencie kiedy kończę przypalać pojawia sie jakis rumun. pyta czy mu nie przypalę, a potem, pac, po mojej kieszeni, ja mu na to żeby spierdalał. a on mnie jakąś klątwą, po rumuńsku. znów nic nie rozumiem.

o siedemnastej mam autobus do granicy. kupuję hotdoga na dworcu autobusowym i zaopatruję się w kilka słowackich piw. dobre tu maja piwo- sycące i gorzkie. na granicy ciemno i nieprzyjemnie. pogranicznik sprawdza mi paszport i życzy wesołych świąt. na przystanku autobusowym rozkład trafił szlag. stoję już godzinę i marznę. jakiś polak dobrodziej próbuje mi wytłumaczyć, źe autobusu do gorlic nie ma i nie będzie. ponoć jeden zdechł próbując podjechać pod przełecz małastowską, wiec zlikwidowano resztę połączeń.
jest wigilia. jest gwiazda. i nie ma autobusu. nic nie ma. żywego ducha. zaczynam rozumieć klątwę rumuna. jestem przekonany, że maczał w tym palce.

idę. w końcu do przełęczy tylko dziesięć kilometrów. Sniegu niewiele, może dziesięć centymetrów. za to mróz duży. ciekawe, kiedy mi piwo zamarźnie w plecaku. i odpadną palce u nóg. idę. znam te ziemie jak własna kieszeń. wybierałem sie tu na wagary we wczesnym okresie studiów, gdy jeszcze byłem alkoholikiem i życie mi było nie straszne. idę. dlaczego do cholery nikt nie jedzie w kierunku gorlic? idę.

trzy godziny szedłem. do przełęczy. wypiłem dwa piwa bo mi sie po drodze zrobiło ciężko. cieszyłem się jak dziecko, gdy zobaczyłem znak szlaku do schroniska na magurze. moje zbawienie.

okazało się że szlak zniknął pod śniegiem. znam te ziemie jak własną kieszeń,wybierałem sie tu przecież na wagary we wczesnym okresie studiów. latem.

szedłem na tradycyjnego czuja. pod górę. po może trzystu metrach zniknął księżyc. potem widziałem już tylko pnie drzew jak przez sen.

do schroniska dotarłem już w boże narodzenie. dobrze po północy. wyziębiony, zmęczony i głodny. właściciel dobrodziej patrzył na mnie z politowaniem, gdy łapczywie, wielkimi hełstami piłem herbatę. bóg sie rodzi. moc truchleje.

3. jak sie tu znalazł i dlaczego? stał oparty o mury kościoła św. Michała i patrzył przed siebie. milczał. szukał odpowiedzi lecz gubił sie w pytaniach. kim był? czego szukał w tym miejscu, w tym mieście w tym kraju? dlaczego porzucił tamto miejsce, tamto miasto i tamten kraj? Mało mu bylo przestrzeni? Mało powietrza? Mało wrażeń?
miasto ze wzgórza wyglądało imponująco. na pólnocnym zachodzie wiszący most decydował o jego sławie. każdy mógł wiechać na ten most, ba, nawet zrobic sobie zdjęcie za jedyne piecdziesiat pensow. piechur nie musial placic. piechur miał sławny most za darmo. pod mostem rzeka avon spokojnie plynęla przed siebie. tylko nieliczne promy probowaly plynac pod jej prąd.
stal oparty o mury kościoła św. Michała i milczał. z dystansu wpatrywał sie w sieć ulic i alei, zaułków i placów, ogrodów i parków.

czego pragnął? w trzydziestą drugą wigilię życia- gdzie dotarł? usta zakleił ciszą.

[22/12/09]

Tuesday, December 22nd, 2009

Nie golę się od tygodnia. Codziennie obserwuję jak milimetr po milimetrze na mojej twarzy utrwala się czas. Rozmazuję codzienność na koniuszkach włosów. Lustro pęka ze śmiechu.

Dlugi spacer wzdłuż własnej osi. Zbieram resztki topniejącego śniegu. Reanimuję porę roku. Jutro obudzę się rano i znów będzie jesień.

Odzyskuję wiatr w płucach. Przez kilka tygodni dyszałem resztkami sił. Wolność jest jednak piękna.

Obserwuję tłum ludzi sunących do lokalnego supermarketu. Spiesza się, wymachują smiesznie rękami, krzyczą, rozmazują się- w tle. Bezdomny zyczy mi wesolych swiat za niewielka oplata.

Góry pukają do drzwi. Codziennie budzę sie z myślą, źe to właśnie teraz, właśnie tu i stad w gory czas zacząć kolejną wędrówkę. taka podniebną i błękitną- jak kiedyś.

Wracam do pisania w cierpieniach obolałych słów. Osiemnaście lat temu szło mi tak lekko jak nigdy.

Wczoraj skończyłem lekturę notatek M.K. Zakatarzyłem się od podobieństwa myśli. Swiaty równoległe.

Trzecia kawa na dobry wieczór, gorący prysznic. Dziewczyna na moście Tomczaka, liryczne dobranoc.

Zanim zasnę

Sunday, December 13th, 2009

zanim zasnę ułożę myśli w zgrabny stos, uwiecznię czas miniony w teraźniejszej formie, rozpalę płomień w snach, pozbieram okruchy dnia, zaufam gwiazdom. szeptem rozniecę noc.

odwiedzę światy zaprzeszłe i zaprzyszłe. przylgnę do nich jak dziecko. schowam się w ramionach słów i znaczeń zanurzę w szczelinach dłoni.

zamienię miłość w życie.

[06/12/09]

Sunday, December 6th, 2009

[zasiedziałem się, zapomniałem się, zadomowiłem się, zamknąłem się, zaszyłem się, zatwierdziłem się]

gdy dom zaczyna być twierdzą, należy go zburzyć. wydostać sie na zewnatrz. uwolnić ręce i nogi, przyspieszyc oddech, wyostrzyc pole widzenia. zwymiotowac stechlizne pokoi, zmyć powierzchnę scian.

spacer pod nogami. mijanie i trwanie. trwanie i mijanie. ucieczka w czas, czasowo niedostepna przestrzen. udomawianie drogi stąd dotąd. stamtąd.

o wpół do szóstej nocna zmiana bluesa. reakcja zwrotna na dzienne brzmienie ciszy. poszukuję w sobie pozostałości treści, okruchów myśli, śladów dotyku, emocji barw. niewiadomoco, niewiadomokiedy, niewiadomojak, niewiadomogdzie, niewiadomoczy, niewiadomopoco. zmartwychwastanie zimy i ostatki jesiennej melancholii. proba reaktywacji wiersza; karma myśli do oswojenia.

ruch. pomalutku. w stronę słońca.

[11/10/09]

Sunday, October 11th, 2009

[pazdziernikowy striptiz. gra w rozbieranego. darmowe show za oknem. kontemplacja zachodzacego slonca. znikanie. opadanie. zasypianie. naga prawda. jesienna melancholia. zadumanie od mysli do mysli. powolne autobusy. droga kawa. slodka pociecha.]

ucieczka. skok w boczną drogę. marsz w stronę słońca. pomału. pod nogami dywan wielolistny. ponad głową fala wiatru. j. postanawia zniknac. na jakis czas. gór mi mało i trzeba mi więcej. palcem po mapie wędruję na sam szczyt tarnicy. r. rozpala w piecu w chacie na otrycie. matka mowi ze szczypie juz zimą.

uczę się nowych słów, znaczeń; rozbieram życie na części pierwsze i ostatnie. pochylam się, dotykam ziemi koniuszkami palców, z prostych mysli buduję dom na szczęście. na dobre jutro.

piszesz, ze nie rozumiesz. plączesz sie w metaforach i bełkocie. szukasz dwu i trój znacznosci zdań.
masz mnie juz dość.

mamy sobie tyle do powiedzenia.
tyle co nic.

[06/10/09]

Tuesday, October 6th, 2009

Jesień. Czas wzmożonej grawitacji. Lekcja plastyki. Lustra kałuż pod nogami. Zbieranina lisci, kasztanow, zoledzi, pajeczyn, kolorow, ciszy. Terapia wzrokowa.

Jestem. Czas wymienić buty, zmienic skore na zime. Rozpalić ogień w piecu, nakarmić oczy, rozgrzac dusze do czerwonosci.

Zycie zaczyna się tu i teraz. Znowu. Dzień po dniu. Od nowa. Codziennie. Zyje się. Pomalutku. Z przerwami na ciszę. Bez kalendarza.

Padam do przodu.

Uczę się szczęścia od początku.

[29/09/09]

Tuesday, September 29th, 2009

[początek czwartego zabicia psa; fragmenty zycia rozrzucone w czasie, lekcja prawdy, rachunek sumienia. chwile, ułamki sekund, mysli strumieniem pod prad.]
duszno. łapię wiatr w dlonie, piję lapczywie. gorycz. osiemnascie stopni celsjusza, cisnienie niskie, zachmurzenie czesciowe, wilgotnosc ponad normę.

szczescie według Ziglara i Kopmeyera- staram sie uwierzyc w proste recepty nie robiac uwag zwrotnych. po drodze usmiechaja sie do mnie nieznajome twarze, za funta znalezionego na ulicy kupuje troche swiezej salaty, chleb, szesc paczkow, winogrona i pol kilograma pomidorow.

na kartce papieru szkicuje plany na przyszlosc- okreslam czasoprzestrzenie, kreuje czaso-w(y)niki, tworze bohaterów. mieszkam w jurcie z dala od miasta, zywie sie warzywami z wlasnego ogrodka, slonce i wiatr dostarcza mi energii, deszcz wody do prania i mycia, cisza- spokoju. zycie- szczescia.

dziewietnasta trzydziesci. ksiezyc mruga do mnie slepym okiem, obseruje swoja twarz w okiennej szybie, przygladam sie ruchom warg, zmarszczkom na czole, zagladam gleboko w zarost, sprawdzam twardosc nosa, laskocze sie za uchem.

[niemanie, nie ma mnie, nie!]

powoli, miarowo, zapadam w sen.

[23/09/09]

Wednesday, September 23rd, 2009

Tam i z powrotem. Głód wypowiedzi i brak słów. Na skrawku koszuli zawiazuję codzienność w mocny supeł. Czasem nie do rozsuplania.
Nigdy przedtem pisanie nie bolało tak mocno, nie pociło się tak mokro, nie krzyczało tak cicho. Nigdy przedtem rzeczywistość nie dawała tak w łeb.
Senność, marzenia we mgle; spisuję stan majątku na luznej, poszarpanej kartce. Jestem wart tyle ile niewart. Próbuję zbudować schody do Nieba pustymi rękami.

od brzegu do brzegu
serce pod prąd

[cwiczę pamiec na pamięc, rysuję przyszlosc rozowa kredka- tak trzeba- mówi matka, systematycznie wracam na ziemie przed zmrokiem, wyludzam czas z braku czasu, obserwuje prognoze pogody, chodze po liniach krzywych i prostych, zataczam kręgi, cierpie na brak tlenu we krwi, powietrza w zylach, blasku w oczach, slonca]

nie pisz juz wiecej.
ani mniej.

[23/08/09]

Monday, August 24th, 2009

Od czasu do czasu odmladzam notatki z przeszlosci, wygladzam pozginane rabki zdarzen, poleruje milczace litery i symbole, rozkoszuje sie widokiem zdan zdjetych z terzniejszosci.
szukam siebie w drobinach slow, w kalamburach pamieci.

chociaz zyje tu i teraz zyje wtedy i tam na zmiane. mysli utopione w krwiobiegu historii, wyzieraja o porach dziennych i nocnych, zycie gra w puzzle, kawalki pozolklego papieru pasuja do dzis i do wczoraj. jak ulal.

w swietle nocnej lampki przezuwam godziny na sucho i mokro, chrapiac miedzy jednym a drugim zdaniem, stawiam przecinek szturhancem, podtrzymujac glowe golymi rekami, uzewnetrzniam wnetrze, wewnetrznie na zewnatrz.

gra slow. [ktos powiedzial]

gloski dzialaja wykrztusznie.

[czas. to co nie trzyma sie mnie do kupy, co obezwladnia. godziny, minuty sekundy, albo lata stulecia milenia, nie nadazam. wlocze sie za tym jak pies z kulawa noga, slimacze, sojkuje.
codziennie probuje zlapac c z a s za rogi, wytarmoszyc za uszy, dac w nos.
ile lat jeszcze musi uplynac by dac sie pogrzebac za bledny rachunek daty?]

[30/07/09]

Thursday, July 30th, 2009

powoli zacierają się granice czasu. zlizuję noc w poludnie. zaczynam dzien o polnocy. kawa zablizni zmęczenie.
podsluchuję dzwiekow dzwonu kondraka jana z lubelskiej federacji bardow, wiatr muska mi pozostalosci wczorajszych mysli. lekko, na palcach, tancze jak mi zagraja. skrzypce.

a. wpleciona w zylki codziennosci, obecna w krwiobiegu czasu, rozlana w ciszy. choc tak niewiele mowi, choc tak czesto milczy w notatkach, obecna ponad przestrzenia zycia. miedzy wierszami, szalona do bólu, wszechobecna.
poza granicami slow, w komorze serca.

uchylam rąbka tesknoty, mlaskam językiem snu.