Archiwum z 2010 roku

22/07/10

Thursday, July 22nd, 2010

Budzimy sie wczesnym rankiem na zielonej polanie. Slonce dzisiaj zimne, ale jak to w gorach, moze sie to wkrotce zmienic, pogoda plata tu czesto figle- jak dzieci. Parowka na sniadanie, lyk mineralnej wody. Wizyta w bulgarskim sklepie, rozmowa lamana bulgarszczyzna z mila sklepikarka. Przepierka. Grupa cyganskich dzieci laknie rozmowy, wymieniamy sie usmiechami i pokracznie kleconymi zdaniami. Zdjecie na pozegnanie. I papatki. Z drabiniastego wozu slyszymy cyganskie dewlesa, kopyt koni oddala sie szybko.

Potem spotykamy dwoch motocyklistow- podroznikow, jezdza sobie po Balkanach, chodza po gorach, rozkoszuja sie czasem.

Ludzie sami podchodza, sa ciekawi skad jestesmy i co porabiamy- oferuja pomoc i rade.

Z Sredniogradu stopem jedziemy do Kazalniaka, kierowca jest wielbicielem muzyki operowej. Podwozi nas az pod sam dworzec. W malenkiej piekarni kupujemy mesenice na obiad. Wystarczy na co najmniej pol dnia, taka duza.

Potem w pojedynke zwiedzamy Kazalniak. Robimy zakupy na miejscowym targu. Dreptamy po centrum. Chlopak z CS bezplatnie oferuje nocleg. Podniebnie. Dzieciaki robia ze mna zdjecie. Zastanawiam sie czy to ja czy moja broda jest turystyczna atrakcja dla miejscowych?

Kolacja. Potem poczekalnia. To ostatni nasz dzien w Bulgarii. Jutro Turcja i nowy rozdzial naszej podrozy do Indii.

20/07/10

Tuesday, July 20th, 2010

Poranny spacer po Arbanasi. Waskie uliczki, sterczace, czerwone dachy tradycyjnych chalup, dzikie sady i opuszczone zagrody i mnostwo hoteli, hotelikow i zajazdow, restauracji i barow, kramow z pamiatkami i antykami. Gubimy sie wsrod kamiennych plotow, jak w labiryncie szukamy drogi wyjscia, spotykamy miejscowych chlopow i zagranicznych gosci. Ciepla herbata i swieze pieczywo na sniadanie. Droga do Tarnova lzejsza, bo w dol, z widokami na doline. Po drodze zrodlo, zimne orzezwienie w czterdziestostopniowym upale. Nieudany autostop, odrzucona propozycja taniego noclegu w hostelu z wygodami, od kilku tygodni niesiemy swoj dom na plecach, jak slimaki, moze dlatego nasza podroz troche sie opoznia- ale za to widzimy wiecej, czujemy mijane miejsca jakos dotkliwiej, blizej, czulej.

Ostatnie chwile w Velikim Tarnovie, kielbasa na obiad, do tego gotowana kukurydza, w miescie zaczyna sie wlasnie miedzynarodowy festiwal folkowy, duzo muzyki, przyjaznych wibracji, zycia. Darmowy internet, chwila wirtualna, redakcja notatek z podrozy, przygotowanie albumow na strone.

Poznym wieczorem spacer na dworzec kolejowy. Seria pomylek, burza i rzesisty deszcz. Ratuja nas z opresji dwie miejscowe dziewczyny, ktore bezinteresownie zabieraja nas samochodem na dworzec- na kilka minut przed odjazdem pociagu znajdujemy sie na peronie.

Jedziemy na chybil trafil, przed siebie, chcemy spedzic ostatnie dni w Bulgarii w miejscach przypadkowych, niezaplanowanych, prowincjonalnych. Bez rodowodu lub z rodowodem. Na przelaj.

19/07/10

Monday, July 19th, 2010

Do Veliko Tarnova dojeżdżamy o swicie. Mala stacyjka oddalona jest od miasteczka kilka kilometrow. Wokół cisza miarowa, gory oddychaja spokojnym, wlasnym rytmem. Nawet pociagi wiezdzaja na perony cichutko, aby nie zakłócić spokoju tego miejsca. Dobra kawa z dworcowego automatu, ostatnie kawalki wczorajszej pizzy na sniadanie, krotka lektura rozkładów jazdy i cennikow. Mgla powoli opada, niebo blekitnieje, rosa schnie pod wpływem wschodzącego słońca.

Idziemy do centrum nieprzepisowo, wzdluz trasy zarezerwowanej dla samochodow i motocykli. Taksowkarze zatrzymuja sie, proponuja podwiezienie za pare lewa, inni oferuja nocleg za pare euro, jeszcze inni groza palcem, ze zakaz poruszania sie na wlasnych nogach tym pasem drogi.

Informacja turystyczna, choc powinna byc otwarta od kilkunastu minut, ciagle zamknieta. Kilku skautow francuzow wyraznie zdenerwowanych. Spoznialska pani od informacji wcale nie przeprasza, zapowiada nastepne, kilkuminutowe spoznienie i zamyka drzwi na klucz. W koncu, gdy juz jestesmy bw srodku, okazuje sie, ze nie ma nam nic do zaoferowania oprocz platnych map Bulgarii i widokowek z okolicy.

Ulica Gurko idziemy w strone historycznego Centrum. Sama ulica, reprezentujaca kilkanascie architektonicznych stylow, sama historyczna. Domy stare i nowe, brukowana ulica, to wznoszaca sie to opadajaca. Widoki na stare i nowe Tarnovo.

Miasto nalezy do najstarszych w Bulgarii a nawet w Europie. Historycy daja mu piec tysiecy lat. Lezy na trzech wzgorzach, z plynaca miedzy nimi rzeka Jatra. Dzis jest olbrzymim centrum turystycznym regionu. Ciagna tu turysci z calego niemal globu, liczni malarze zakladaja tu swoje pracownie.

Zreszta miasto slynie rowniez z obecnosci zywego rzemiosla- w malenkich sklepikach artysci kowale, ikonopisarze, garncarze i inni nie tylko sprzedaja tu swoje prace, ale tez wyrabiaja je na miejscu na oczach turystow, dziela sie doswiadczeniem i pozwalaja sprobowac samemu doswiadczyc sztuki.

Jestesmy zachwyceni pieknem Tarnova. Spacerujemy to tu to tam, robimy zdjecia, troche za szybko, troche w stylu niedzielnych turystow zatrzymujemy chwile w kadrze aparatu.

Potem mozolna wedrowka do Arbanasi. Pod gore. I potem raz jeszcze pod gore. Krawedzia ruchliwej drogi. Od czasu do czasu odpoczynek w cieniu i dalsza wedrowka- wydaje nam sie ze to wiecznoc, choc na tablicy informacyjnej do Arbanasi tylko 2.5 kilometra.

W koncu dociaramy na miejsce. Rozbijamy sie w centrum wioski. Przeczekujemy deszcz.

Wieczorem, przypadkowo, spedzamy czas w bulgarskiej zagrodzie. Uprzejmy kelner proponuje menu. Zadowalamy sie kuflem piwa i muzyka bulgarska z glosnika. Przy okazji zalapujewmy sie na zimne ognie i petardy, no i ladny, mily wieczor w bulgskiej wiosce.

Kladziemy sie spac poznym wieczorem.

18/07/10

Sunday, July 18th, 2010

Budzimy się wczesnym rankiem. Fale morskie uderzaja glosno o brzeg, mewy to tez ranne ptaszki. Podobnie jak male grupki plażowiczów, którzy zdecydowali się zazyc kapieli w jeszcze czystej, ozezwiajacej wodzie. Goraco. Jest szosta rano, a na zewnatrz ponad trzydzieści stopni Celsjusza. Agnieszka mowi, ze to dobre przygotowanie przed dalsza podroza do Indii. Ma racje.
Na tafli wody zaczynaja pojawiac się jachty i pierwsze statki pasazerskie. Rybacy zwijaja sieci, najlepiej lowi się ryby bardzo wczesnie rano, jeszcze przed wschodem słońca.
Sniadanie. Agnieszka moczy stopy w morzu. Zwijamy nasze obozowisko, nasz pięciogwiazdkowy hotel wkladamy do plecaka i wyruszamy do centrum Nesebaru. Pierwsze cerkiewne dzwony rozbrzmiewaja o siódmej trzydzieści. Staruszki ciagna sznurem do świątyni, postękując od czasu do czasu pod ciezarem wlasnego krzyza.
Stare Miasto w Nesebarze zaczyna się budzic. Sklepikarki otwieraja swoje kramy. Wlasciciele restauracji i barow czekaja na klientow ze sniadaniem. Usmiechaja się do przechodniow, zapraszaja na kawe.
Pierwsze wycieczki zjawiaja się o dziewiatej rano. Rozwrzeszczane grupy nastolatkow nie słuchają przewodnikow i opiekunow, nie w glowie im historia tutejszych ruin i placow, wola kramy ze świecidełkami i lody z automatu. Samotny garncarz na prozno czeka na adeptow sztuki garncarskiej.
Ostatnie chwile w Nesebarze. Z widokiem na Morze Czarne, z tysiacletnia historia miejsca, w którym zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia.
Potem nieudana proba lapania stopa do Burgas. Ponad godzinny postoj na wylotowce. Nie mamy szczescia do kierowcow.
W koncu za cene biletu autobusowego jedziemy taksowka do Burgas. W niespełna pol godziny jesteśmy na miejscu. Olbrzymia pizza z kwasnym mlekiem na obiad.
Burgas to brzydkie nadmorskie miasto, które jest jednak waznym centrum komunikacyjnym regionu. Ma lotnisko, co kilkanaście minut odjeżdżają stad tez autobusy do nadmorskich kurortow, posiada polaczenia kolejowe z najważniejszymi miastami Bulgarii. Ma tez swoja plaze, Mac Donalds i Centrum Handlowe. W Burgas spedzamy Pol dnia, buszując po księgarniach i … Internecie. Na dworcu kolejowym mlodzi ludzie ucza się tradycyjnych bułgarskich tańców, graja na bebnach i smieja się do rozpuku.
Poznym wieczorem pospiesznym pociagiem udajemy się do Wielkiego Tarnowa- serca Bulgarii.

17/07/10

Saturday, July 17th, 2010

Ostatnie chwile nad Morzem Czarnym w Svjatym Konstantin i Elenie. Mocna kawa i woda swiecona z miejscowego klasztoru na wzmocnienie. Piechota w strone Warny, dopiero po około kilometrze, na stacji benzynowej udaje nam się złapać okazje do centrum miasta. Osiem kilometrow komfortowej jazdy samochodem i godzina zaoszczędzonego czasu. Nie licząc kosztow biletu komunikacji miejskiej, które sa w Bulgarii zdecydowanie za wysokie .
Sniadanie w centrum Varny. Kupujemy swieze ogorki na miejscowym targu, zaopatrujemy się w wode mineralna z lodowki. Ponad czterdzieści stopni na termometrze, a jeszcze daleko do poludnia.
Dworzec autobusowy w Warnie skad mamy polaczenie z Nesabarem oddalony jest od centrum miasta o około trzy kilometry, daleko, pot splywa z czola i nogi bola od marszu. Za dziesięć leva kupujemy bilet docelowy, troche rozgladamy się wokół i zajmujemy miejsce w autobusie.
Trasa z Warny do Nesebaru nie jest az tak urozmaicona jakbyśmy się spodziewali. Tylko w niektórych miejscach przebija się morze, nasz kontakt z Morzem Czarnym. Dopiero w Uzvorze pojawiaja się piekne widoki, a potem już na koncu naszej trasy, w Nesebarze.
Podroz autobusem do Nesebaru zajela nam około dwoch godzin. Niewiele. Troche zalujemy ze nie próbowaliśmy złapać stopa.
Drewniany wiatrak wita przybyszy do Starego Nesebaru. Miasteczko ma prawie trzy tysiace lat. Zamieszkiwali go Tracjanie i starozytni Grecy, pozniej Turcy, Bulgarzy i Rosjanie. Duzo tez bylo tu Macedonczykow i Albanczykow. Roznorodnosc widac wiec na kazdym kroku, bo choc mieszkancy sie zmienili, architektura pozostala do dzis.

Pogoda wspaniala. Miasteczko naprawde piekne. Stare kamieniczki, urocze zaulki, ruiny kościołów i innych starożytnych budowli, deptak pelen turystow z Rosji, Polski, Niemiec i Anglii. Tygiel jezykow, setki lokalnych i miedzynarodowych przysmakow w miejscowych barach, muzyka stad i stamtąd, kamienista plaza pelna muszelek- raj dla Agnieszki, błękitne morze. Zakochujemy się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Odpoczywamy w cieniu ruin, przypatrujemy się ludziom, przysłuchujemy się gwarowi miasta.
Wieczorem rozbijamy namiot nad brzegiem morza. Towarzyszy nam szum fal i wiatru. Zasypiamy w pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na Morze Czarne.

14/07/10

Wednesday, July 14th, 2010

Za jedenaście leva jedziemy pociagiem do Warny. Niezgodnie z planem, ale zgodnie z ruchem wskazowek zegara i porywem serca. Nie możemy doczekac się kapieli w cieplym morzu, widoku piaszczystych plaz, zlotych bułgarskich piaskow. Potrzebujemy troche odpoczynku od ciągłego przemieszczania się, porannego wstawania, braku wody na szlaku.
Za jedenaście leva jedziemy pociagiem do Warny. Widoki skape, od czasu do czasu pojawiaja się słonecznikowe plantacje, od czasu do czasu oczy zachwycaja się tradycyjnymi bułgarskimi wioskami. Bulgarzy lgna do rozmow, sa ciekawi, co my za jedni, dokad jedziemy i po co. Wyraznie lubia Polakow, choc do Polski im raczej daleko… Wykorzystujemy podroz pociagiem na zregenerowanie sil i probujemy sobie choćby troche zrekompensowac brak snu.
Warna ma bogata historie, choc współcześnie nie należy do miast najpiękniejszych. Owszem,sa tu pozostałości budowli rzymskich, fundamenty wczesnosredniowiecznych bazylik i resztki fortyfikacji bizantyjskich- na pierwszy rzut oka miejsce przypomina jednak centrum handlowe lub targ, nie ma tu wyraznie odzielonego starego miasta, ma za to kramy z tandetnymi pamiątkami z Bulgarii, drogimi akcesoriami do opalania i plywania w morzu i przekaskami.
Kupujemy banice w budce z pieczywem. To taka tradycyjna bulgarska przekaska z twarogiem w ciescie francuskim zmazonym na goracym oleju. Ceny w bułgarskich miastach sa znacznie wyższe niż w Polsce, upodabniaja się do europejskich z ‘prawdziwego zdezenia’. Spacerujemy po centrum, studiujemy ceny i drogowskazy.
Szukamy szczególnie jednego- tego, które wskaze nam droge na plaze, do morza.
Plaze bułgarskie sa z zasady bezpłatne, choc w gospodarce rynkowej pojawia się coraz wiecej firm i osob prywatnych dzierżawiących wybrzeże Morza Czarnego . Widok kasjera sciagajacego haracz na plazy nikogo już dzis nie dziwi.
Udaje nam się znaleźć miejsce na płatnej plazy bezpłatnie. Czterdziesci stopni Celsjusza w cieniu. Temperatura wody 24 stopnie. Beztroski relaks nad morzem. I tak do wieczora. Aby kupic cos do jedzenia nie trzeba nawet wychodzic do miasta. Handlarz przyniesie ci co tylko zechcesz- od gotowanej kukurydzy do olejku do opalania. Cyganskie dzieci zaczepiaja plażowiczów. Woda przezroczysta. Blekitna. Szum(n)a.

13/07/10

Tuesday, July 13th, 2010

O szostej dziesięć z Braszowa do Bukaresztu. Niespelna sto trzydzieści kilometrow w ciagu 5 godzin. Piekne widoki za Braszowem, gory, wawozy i lasy. I rozlegle plantacje słoneczników niedaleko Bukaresztu.
W poludnie Gara de Nord, spotkanie drugie już w ciagu ostatnich kilku miesięcy. Tlumy turystow, ktorych niewiadomo po co wiatr przygnal do stolicy, przybłędów, naganiaczy, handlarzy i Cyganow. Drogie piwo i zarlo, tania reklama na kartonie w dloniach starszej kobiety- pokoje do wynajęcia za 20 Euro. Agnieszka chce zwiedzac Bukareszt. Wysiadamy na Placu Unii, olbrzymie rondo, otoczone sklepami, bankami, firmami, restauracjami i budkami z papierosami i gazetami. Niedaleko gmach parlamentu, troche dalej sadu, kilka secesyjnych kamienic i zielonych skwerow. Centrum miasta.Niewiele pozostalo z dawnego Bukaresztu.
A jeszcze w okresie miedzywojennym miasto to nazywano Malym Paryzem, Paryzem Wschodu. Duza czesc śródmieścia zostala jednak zniszczona działaniami wojennymi, trzesieniami ziemi, a potem polityka Nicolae Ceauşescu, z powodu ktorej zniknęło z powierzchni ziemi wiele wspaniałych perel architektury . Można jednak znaleźć schowane miedzy blokami mieszkalnymi ocalale pamiątki wielokulturowego Bukaresztu- Synagoge Krawcow, Cerkiew Stavropoleos czy rumuńskie Ateneum.
Metrem jedziemy na plac Bohaterow Rewolucji. Naprzeciwko cerkwii lapiemy autobus do granicy rumunsko- bułgarskiej Giurgiu- Russe. U staruszek z przedmiesc Bukaresztu zaopatrujemy się w swieze pomidory i ogorki.
Ostatnie chwile w Rumunii. Miejscowy chłopak pokazuje nam droge do granicy. Piechota przekraczamy most na Dunaju. Most Przyjazni.
Dlugi, liczący prawie trzy kilometry długości most otwarty zostal w 1954 roku, wybudowany wsparciu finansowym Zwiazku Radzieckiego. Most miał na celu odciążyć promowa przeprawe przez rzeke i jednac oba socjalistyczne wtedy narody. Dzis jest często obiektem narzekan, albowiem aby przez niego przejechac trzeba slono zapłacić. Piechota da się przejść, ale tylko w jedna strone- z Rumunii do Bulgarii. Z Bulgarii do Rumunii mostem można przeprawic się tylko samochodem.
Rybak na brzegu Dunaju zlapal wielka rybe. Pokazuje nam ja z nieukrywana duma. Ruse wita nas deszczem. Po kilkukilometrowej wędrówce padamy ze zmeczenia na dworcu kolejowym. Wnetrze przypomina jednak raczej palac niż stacje kolejowa. Cisza i spokoj. Zadnych bezdomnych- psow i ludzi. Co godzine policjanci patroluja rewir. Nie ma bezpieczniejszego miejsca na odpoczynek.

09/07/10

Friday, July 9th, 2010

Pyszna kawa w restauracji w Borsie. Do tego darmowy internet. Okolo poludnia wyruszamy w dalsza droge. Minibusem mkniemy w strone Gury Humului. Przepiekna trasa. Najpierw pod gore, do Przeleczy Prislup, potem w dol, mijajac po drodze bukowinskie wioski. Krajobrazy nesamowite, trudne do opisania. Mnostwo serpentyn. Kilka postoi podczas jazdy. Pogoda zmienna, ale to tylko dodaje uroku trasie- raz widzimy gory w szarej powloce pary, innym razem lsniace kopuly cerkwii w dolinach.
Mloda pasazerka nie wytrzymuje szybkiej jazdy autobusem, niezaplanowany postoj, chwila na rozciagniecie kosci. Kierowca minbusa zartownis. Mila atmosfera dodaje podrozy dobrej energii.

Gura Humora to miejscowosc w poludniowej Bukowinie. Jednoczesnie brama do okolicznych wiosek z pieknymi malowanymi swiatyniami w stylu moldawskim. Miejscowosc typowo turystyczna, z zielonym centrum i bezprzewodowym internetem w calym miescie. Po niewielkich zakupach idziemy w strone klasztoru Voronet. Po drodze zabiera nas miejscowy kierowca, ktory choc mieszka kilka kilometrow od klasztoru nigdy tam nie byl. Chce pokazac dzieciom spadszczyzne ojcow. Troche opowiada o sobie i swojej pracy. Lubi Rumunie, chc widzi w niej jeszcze sporo do zrobienia,naprawienia, odbudowania.

Klasztor w Voronet rzeczywiscie piekny. Zarowno z zewnatrz- setki ikon zdobia jego mury, jak i wewnatrz. Ikony i nastroj nie pozwalajaczlowiekowi szybko odejsc. Sprzyjawia zadumie i modlitwie. Wsrod swietych i blogoslawionych.

Nocleg w lesie. Nad rzeka.

08/07/10

Thursday, July 8th, 2010

Dzis urodziny Agnieszki. Miniaturowa laurka i szyszka w prezencie- efekt nocnego czuwania na stacji Vasou de Jus. Spokojna noc, pelna snow i mysli. Potem sniadanie, kawa na wzmocnienie. W kawiarni dosiada sie do nas miejscowa kobieta. Rozmowa o niczym, a jednak pozostawia mile wrazenie. Po kilkunasu minutach czekania udaje nam sie zlapac stopa w strone Moisei, znanej glownie z masakry w ktorej zginelo kilkudziesieciu Rumunow i Zydow z rak wegierskich. Podwozi nas mily kierowca, na codzien zajmujacy sie sprzedaza starych samochodow sprowadzanych z Niemiec i Belgii. Jedzie do rodziny w Bystryci.

Na stacji benzynowej w Moisei taksowka jedziemy do Borsy. Uzdrowiskowe masteczko nie robi na nas dobrego wrazenia. Brzydka architektura, brudna rzeka, smrod i halas, zamiast przyciagac, odstraszaja. Uciekamy na wzgorza, gdzie rozbijamy namiot. Stamtad widoki cudowne- i na Pietrosul- najwyzszy szczyt w regionie i na najblizsza okolice. Podziwiamy gory i doliny, jemy kolacje, planujemy dalsza podroz. Pogoda roznorodna. Podobnie jak mysli.

Borsa krzyczy donosnym glosem. Cisza przychodzi o zmierzchu.

07/07/10

Wednesday, July 7th, 2010

Od rana pada rzesisty deszcz. To troche opoznia nasza podroz. W zwiazku z tym zamiast odwiedzic Wesoly Cmentarz w marmaroskiej Sapancie, decydujemy sie wyruszyc dalej na wschod, w strone Bukowiny.

Po poludniu pociagiem do Vasou de Jus. W pociagu mieszanka Ukraincow (bo trasa wiedzie wzdluz ukrainskiej grancy), Rumunow i… Polakow, ktorych dzwieczna mowa roznosi sie na pol wagonu. Polacy to glownie turysci- studenci, chcacy zaliczyc szczyty Karpat Orientalnych. Same wagony- rodem z Polski okresu PRL- rozchodzace sie siedzenia, niedomykajace sie okna, zarzewiale drzwi.

Pociag ma piekna trase- wzdluz Cisy. Gdzieniegdzie widac jeszcze slady lokalnych podtopien czy powodzi, jaka przeszla przez okolice kilka tygodni temu. Jedziemy wzdluz granic gor i panstw. W wysokich gorach burza, para unosi sie na wysokosc kilkudziesieciu metrow. Konduktor spokojnie sprawdza bilety i co ciekawe, zamiast tradycyjnej, kraglej dziurki, wycina na bilecie dziurki w ksztalcie… krzyzyka. To jedna z osobliwosci kolei rumunskich.

Po kilku godzinach jazdy docieramy d celu. Vasou de Jus to mala stacyjka na trasie Baia Mare- Borsa- Suczawa i jedna z niewielu w polnocnej Rumunii owarta cala dobe. Niewielki ruch, przyjazni ludzie wokol, zaciszna poczekalnia to wspaniale warunki, zeby sie tu przespac. Jeszcze tylko krotkawzedrowka po miejscowosci, wieczorna toaleta i juz mozemy zaczac snic o dalszej podrozy.

06/07/10

Tuesday, July 6th, 2010

Wedrowka grzbietem gor. Powolna. Od pajdy chleba do wody mineralnej. Zanurzamy się w przestrzen. Zielone serce swiata. Z gory wszystko wyglada normalniej.
Trzydziesci kilometrow marmaroskich szlakow za nami. Vadu Izei, Budesti, Calinesti, Harnicesti- te malo mowiace dla niezorientowanych nazwy miejsc, dla nas maja suwerenna wartosc, wypelniona przezyciami, obrazami i slowam.

Kolejni ludzie zapraszaja nas do siebie, czestuja wodka, chca pogadac. Kbieta zabiera nas na stopa, potem starszy mezczyzna sam proponuje podwiezienie. Szczescie znowu sie do nas usmiecha. I choc od czasu do czasu siapi zimny, gorski deszcz, nam nie jest wcale do placzu.

Potem powrot do cywilizacji, wirtualne sotkanie z bliskimi. Zakupy. Spacer po Sygiecie Marmaroskim tym razem spokojniejszy, bo bez leku przed nieznanym.

Rozbijamy sie za miastem, chwile przed ulewa. I znowu mamy szczescie. Zasypiamy w takt marmaroskiej muzyki. Sasiad zza plotu wyraznie jest stad.
My tez.