11/02/11

Nocą, niepostrzeżenie, przyszła zima. Nanosiła trochę świeżego śniegu, wyziębiła izbę w chałupie, ukryła szczegóły życia pod białym puchem. Zawiązała nam szaliki pod szyją, nałożyła czapki na głowy, rękawiczki na dłonie.

Poranna wyprawa po wodę ze strumienia, rozpalenie w kominku, gadka przy kawie, chleb ze szprotem w sosie pomidorowym, artykuł z Wyborczej o tych, którym się w życiu udało.

Agnieszka sprawia wrażenie jakby była częścią tego miejsca od zawsze, choć sama zarzeka się, że jej szczyt marzeń to zupełnie inna przestrzeń. Przyjemnie zobaczyć ją w akcji- jak walczy z pniem energicznie wymachując siekierą, jak dmucha na ogień, który, uparty, jak na złość nie chce się rozpalić, jak miesza w kociołku kaszę mannę na wodzie, jak się uśmiecha w lustrze.

Przedpołudniowa wyprawa na wieś, kończy nam się chleb i woda do picia. Po drodze mijamy amatorską galerię sztuki. Trochę aluminium, wikliny, olejnych płócien; flaga Tybetu zdradza zamiłowania artysty. W prowizorycznej szopie debatujemy nad wyższością sztuki prymitywnej nad sztuką popularną. Na pożegnanie machamy ręką do metalowego potwora przy drodze, zachęcającego[?] do odwiedzenia wystawy.

Kilkaset metrów dalej po przeciwnej stronie, za mostem na rzece Czarna, zaliczamy kolejną galerię, państwa Żmijewskich,  tym razem nie w szopie, lecz starej pobojkowskiej chyży, kuszeni zachęcającym pejzażem Bieszczad.

Na końcu wsi odwiedzamy popadający w ruinę bar; przypomina on raczej sanatorium niż punkt gastronomiczny. Przez otwarte drzwi zaglądamy do środka. Wnętrze, choć w pierwszym momencie straszy wilgocią i odrapanym tynkiem, ma w sobie duszę, która na szczęście jeszcze nie umarła. W budynku natykamy się na ślady po melinie, górne pokoje wyglądają jak pobojowisko, wszędzie butelki po wódce i winie, słoiki, sterty starych gazet, ubrań, żelazne obicia łóżek, pęknięte muszle klozetowe w łazienkach, kozę na drewno; ktoś próbował rozpalić pod piecem, ale musiał przedwcześnie skończyć. Wiatr buszuje między stertami śmieci- przez pęknięte szyby piękny widok na góry i na kilka starych, zaniedbanych sosen, broniących dostępu do busynku, jak do twierdzy. W sklepie w Polanie kilka staruszek wyjaśnia, że miejsce to już od co najmniej roku świeci pustkami. Właściciel z Wrocławia uciekł z Polany, bo mu się biznes nie kleił, a pieniądze przeciekały przez palce. Dodają, że obiekt kilkakrotnie wystawiany był na sprzedaż lub przetarg, ale nikt nie był w stanie zapłacić czterystu tysięcy złotych za budynek stojący w miejscu, gdzie wrony zawracają a Bóg odwraca głowę.

W wiejskiej bibliotece stoją dwa regały z książkami, głównie lektury szkolne, ale jak zapewnia bibliotekarka są i romansidła; zapytana o dzieła Nietzschego tylko się uśmiecha- ludzie wolą czytać książki lekkie i przyjemne, bo na ciężkie mają alergię- rzeczywistość nie rozpieszcza.

Ojcowie Selezjanie otwierają kościół. Za chwilę rozpocznie się bezludna msza.

W drodze do domu towarzyszy nam pies, zostawi nas dopiero przy wiszącym moście, zawyje żałośnie, spuści głowę i wróci tam skąd przyszedł.

Potem znowu będziemy ogrzewać ręce przy kominku.

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*