15/02/11

O szóstej rano Agnieszka wraca do siebie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie o dwudziestej będzie w domu. Weźmie prysznic, obejrzy swój ulubiony serial w telewizji, zaśnie w ciepłej, świeżej pościeli w swoim pokoiku na piętrze. W drodze powrotnej do koliby czuję wyraźnie, że skurczyła się przestrzeń wokół mnie; pustka przyjmuje różne kształty.

Rozpalam ogień w kominku, gotuję wodę na kawę. Próbuję się zdrzemnąć, ale nie potrafię zamknąć powiek. Kroję chleb w cienkie kromki, smaruję dżemem, wyglądając przez zamarzniętą szybę próbuję pokonać brak.

O jedenastej wspólnie z leśnikami z Polany jadę do Czarnej, do Lutowisk docieram godzinę później ze stomatologiem z Ustrzyk. Czytam Twardowskiego w lokalnej bibliotece, piję dużo wody z Muszyny. O szesnastej mam już nowy dom. Na walizkach nigdy nie miałem adresu.

Spijam całe ciepło z prysznica. Na obiadokolację pajda chleba z paprykarzem i grzybowa zupa.

O siedemnastej w Lutowiskach jest już ciemno o tej porze roku.

Tłumaczę dwóch Francuzów z angielskiego na polski. Przejechali kupionym za osiemset złotych Fiatem 126p całą Polskę i właśnie tu i teraz silnik odmówił posłuszeństwa. Częstują mnie jajkiem na twardo i całą serią historyjek z trasy. Potem bawią się pilotem od telewizora, nie mogąc się zdecydować, który kanał oglądać.

Pani Luiza, matematyczka ze Stańkowej, nie zna angielskiego, więc zamyka się na klucz w pokoju.

Z nastawionej na herbatę wody w rondlu została tylko para.

Tęsknię do siebie, spalam się.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*