22/02/11

Owsianka z rodzynkami i miodem na śniadanie, solidna porcja, bo lubię się czasem rozpieścić.  Zamiast kawy mielonej- zbożowa Anatol, znaleziona przez przypadek na półce z kubkami.

Autostopem do Stuposian. Zatrzymuję samochód jednym wyciągnięciem ręki. Mam dzisiaj wyjątkowe szczęście do ludzi.

Po drodze kierowca opowiada z przejęciem historię mijanych miejscowości. Jest zachwycony starą, drewniana cerkwią w Smolniku, oczarowany tutejszą przyrodą. Wspomina czasy, kiedy polował na sarny i dziki. Też lubi sobie czasem połazić po okolicy.

W Stuposianach ostre, żmudne i wyczerpujące podejście pod Węgierską Górkę. Robi mi się naprawdę gorąco, pomimo ośmiu stopni poniżej zera na termometrze. Piękna panorama Bieszczadów w nagrodę za wysiłek. Po kilku kilometrowym marszu zabieram się dalej ze zmotoryzowanymi turystami z Krakowa, podążającymi do Mucznego. Śmieją się, że jestem chyba jakimś tajnym agentem, szukającym w górach skarbów, ale mi dobrze z oczu patrzy. Wspólnie próbujemy zlokalizować drogę do bacówki w nieistniejącej już wsi Dydiowa, trochę błądzimy szukając właściwej ścieżki, w końcu jednak nam się udaje.

Dalej idę już sam leśną drogą rozjeżdżoną przez ciężki sprzęt drwali i leśników. Koleinami pnę się na wzgórze, mijam świerkowe zagajniki, trzymam się ludzkich śladów na drodze- to dobry znak, że nie zabłądziłem. Po czterdziestu minutach dochodzę do pięknej polany, piękna samotnia z widokiem na grzbiety gór. Stąd już niedaleko do zagubionej w zakolu chatki Dydiówka, mojego schronienia na kilka zimowych wieczorów.

Najpierw dostrzegam ceglany komin z wystającą aluminiową rurą, potem część krytego papą dachu, w końcu odsłania się przede mną chatka w całej swojej okazałości. Przez lata służyła pasterzom i naukowcom za schronienie, potem stała się otwarta dla każdego turysty i bieszczadnika. Wewnątrz drewniana ława, kilka skrzyń na drewno, murowany szarą cegłą piec, półka na żywność, piętrowe drewniane prycze, będące w stanie pomieścić nawet ośmioosobową rodzinę.

Ktoś wybił szybę w oknie z widokiem na ukraińską stronę Bieszczadów, w skrzyniach przeznaczonych na drewno znajduję dziesiątki pustych butelek po piwie. Ostatni gość zapomniał chyba zostawić narąbanego drewna na podpałkę.

Zbieram chrust w okolicy, niewiele tu połamanych gałęzi, kradnę parę suchych gałęzi pobliskiemu świerkowi. Próbuję też narąbać drewna, ale siekiera jest na tyle tępa, że się opiera, ślizga po drewnianych pieńkach.

Krótki spacer po okolicy. Słońce jest dziś wyjątkowo gorące, to sprzyja wędrówkom.

Bacówka Dydiówka to jedyna żywe miejsce w nieistniejącej już wsi Dydiowa. Zostały też stare kamienne mostki, a w zakolu Sanu ruiny piwnicy po młynie oraz koło stalowe z mechanizmu transmisyjnego.  Kiedyś we wsi istniała cerkiew greckokatolicka, tartak,  w latach dwudziestych dwudziestego wieku działała ukraińska spółdzielnia Syła.  W 1950 roku po wsi zostały już tylko wspomnienia.

Wieczorem, po nieudanej próbie rozpalenia w piecu,  przyglądam się zalesionym szczytom Czerwonego Wierchu po ukraińskiej stronie. Zasypiam wtulony w śpiwory i kołdry znalezione w chatce. Jutro znowu spróbuję napalić w kominku.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*