24/02/11

Tydzień temu na cmentarzu komunalnym w Ustrzykach spoczęła trumna z prochami Johanna, słynnego bieszczadzkiego zakapiora, rzeźbiarza i zbieracza runa leśnego. W jego ostatniej drodze towarzyszyła mu rodzina i przyjaciele, dołączyli nawet ci, którzy uważali go dzikusa i dziwaka. Jeszcze w styczniu pisały o nim „Przegląd” i rzeszowskie „Nowiny”, dla podkarpackiego dziennika Johann udzielił też ostatniego wywiadu; choć nigdy nie był skłony do zwierzeń, przed śmiercią uchylił rąbka tajemnicy swojego życia.

Urodził się w Żywcu, choć młodość spędził w Szczecinie i w Pilicy, gdzie kształcił się na nauczyciela i kaletnika, ale nigdy ani kaletniczej ani nauczycielskiej pracy nie posmakował. Przyjechał w Bieszczady w 1960 roku, pracował przy wypale drewna, wspólnie z Henrykiem Wiktorinim pasali bydło na łąkach w okolicach Tworylnego. Zamieszkał w Bieszczadach na stałe w 1971 roku. Zbierał grzyby i jagody, szyszki i orzechy, potem zaczął rzeźbić świątki i chrystusy.  Mieszkał w drewnianej chatce bez  prądu i wody, przeżył tak czterdzieści lat, dotykając tego co w życiu najważniejsze, wolności. Zostawił Krysię- miłość swego życia, psa i kilka kotów. No i legendę, na wieczność.

Pierwszy zakapior [ z ros. zbój, łotr, łajdak, przyp.  Autora] pojawił się w Bieszczadach w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Bieszczady były wtedy wyludnione z powodu masowych wywózek Łemków i Bojków, a grupa nowych osadników nie była tak liczna. Państwo oferowało pracę każdemu przybłędzie przy sadzeniu młodniaków, wypasie owiec w PGRach czy wycince lasu. Wtedy pojawili się też pierwsi uciekinierzy z dużych miast, albo ci, którym nie poszczęściło się w życiu. Góry, choć dzikie i kapryśne, przyciągały wielu ciekawskich, niewielu potrafiło się w nich jednak odnaleźć. Ci co zostali nauczyli się żyć z nimi w symbiozie, stali  się ich częścią.

Wśród nich był Johann, ale także inni bieszczadzcy wariaci- Kazimierz Klich zwany Wielkim, Janusz Zubow, Piotr Adamski- Francuz,  Zdzichu Rados, Rysiek Słociński, Tadek Spis,  czy Krzysiek Szymala. Nie mówiąc już o chyba największej zakapiorskiej legendzie Bieszczadów Andrzeju Wasilewskiemu znanego bardziej jako Jędrek Połonina, kowbojowi dzikiego wschodu.

A Ci co od wielu lat słuchają Wolnej Grupy Bukowina z pewnością dodaliby do tej grupy jeszcze dwie postacie- Wojtka Bellona, lidera zespołu, który często odwiedzał bieszczadzkie strony oraz jego przyjaciela- Władysława Nadeptę- Majstra Biedę osławionego w piosence zakapiora; Bellon, wtedy jeszcze młody długowłosy chłopak z Buska Zdroju, typ hipisa i prowokatora, spotkał Majstra Biedę w schronisku u Lutka Pińczuka na Połoninie Wetlińskiej i od tej pory jak ojciec i syn spotykali się przy różnych okazjach.

Bieszczady przyciągały też innych artystów i twórców,  do nich zaliczyć można by było Edwarda Stachurę, którego słynna Siekierezada ma swoje korzenie pod Cisną, czy Mariana Hessa, który przez dwadzieścia lat mieszkał i tworzył w Dwerniku koło Zatwarnicy, twórcy wielu bieszczadzkich klechd i zbieracza legend.

Dziś powoli zakapiorski świat odchodzi w zapomnienie. Powstaje nowy rodzaj zakapiora w kapeluszu,  na koniu przemierzającego bieszczadzką przestrzeń. Często to przybysz z miasat, który ma kaprys doświadczenia czegoś nowego- ten,  co mają wystarczająco pieniędzy w kieszeni, by stać go było na szaleństwo. To właśnie tacy ludzie często są właścicielami karczm i bieszczadzkich zajazdów, dużych turystycznych ośrodków, często kradnąc legendę bieszczadnikom, którzy żyli skromnie, na przysłowiowej pajdzie chleba, blisko natury i w zgodzie z naturą, świadomie wyrzekając się fizycznego komfortu na rzecz psychicznego spokoju.

Rzecz w tym, że kończy się dziś pewna epoka. Czas dawnych zakapiorów można dziś łatwo spieniężyć. Dorobić się na legendzie jest prościej niż kiedykolwiek wcześniej.

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*