01/03/11

„ Staję się stale mniejszy

w mieście które jak inflacja rośnie

we wszechświecie co się rozszerza i kurczy

wśród tych co mnie znaleźli

i widzą że mnie nie ma

nic ze mnie nie zostanie bo i to za dużo”[1]

Przeżyć to życie najpełniej, najpiękniej; trudny orzech do zgryzienia, dać z siebie wszystko niczego nie ujmując, spalić się w pył, na zawsze. Nie wystarczy wiedzieć jak żyć, trzeba również umieć umrzeć.

W górach, gdzie bliżej słońca, do nieba niedaleko. Rysuję palcem w chmurach, jak patykiem w śniegu. Gwiżdżę na wiatr, a ten jak dziki pies, wędrowny. Niedaleko, u studni, przedrzeźniam echo, w las płynie głos, głaszcząc liście drzew.

Kulawy na jedną nogę, zwykle na zewnątrz świata, wędruję rzucając się we mgłę. Kręte ścieżki też z czasem prowadzą do prostej drogi. Linie życia żłobią dłoń nie zawsze po krzywej.  Słowo milknie w biegu i wzmaga się w śnie.

Żyć tak, by na końcu czasu nie zostało już nic prócz otwartych ust, ani jednej zakrztuszonej w gardle ości, ani jednej wyjałowionej winy. We wszechświecie, co się rozszerza i kurczy, wśród tych co mnie znaleźli, grzech przepuścić przez palce, a dobroć przez oddech.

Widzę przez siebie na wskroś, w odbiciu. Szukam klucza do domu, gdzie otwarte drzwi, miłość stoi tak blisko a jednak daleko, mam za swoje, nieczytelny wiersz. Serce i dusza nie w parze bo obok.

Anioły się cieszą, bo mają mnie w garści.


[1] Twardowski Jan, Stale w: Wiersze największej nadziei, Studio Wydawnicze Unikat, Białystok 2003, s. 283

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*