02/03/11

Uparłem się dziś na Harasymowicza. Przyśnił mi się nieoczekiwanie na stokach Halicza, gdy karmił wilki; tylko się uśmiechnął, przywitał machnięciem ręki. W milczeniu patrzył w dal, jakby mu było czegoś żal. W górach miał wszystko co kochał, zawsze kiedy tam wracał, brały go klony za wnuka…

Dużo go było nie tylko w Bieszczadach, ale i w Beskidzie Niskim i Sądeckim. Chodził swoimi drogami,  często pogardzany przez krytyków, odsuwany na dalszy plan za swoje niemodne wiersze.  Tworzył wyjątkowo dużo, każda chwila była dla niego ważna; poezja wkrada się między człowieka a boga w nieoczekiwanych momentach. Zostawił ponad czterdzieści tomów wierszy i cząstkę siebie między Tarnicą a Haliczem, z popiołu powstał i w popiół się obrócił, do dziś będąc cząstką bieszczadzkiego raju.

W lokalnych delikatesach trwa walka o cukier, klienci mówią, że będzie gorzko, jak cena sięgnie siedmiu złotych za kilogram. W momencie, kiedy władza na górze, determinuje ekonomiczną politykę, ci co na najniższym szczeblu życia popadają w coraz większy marazm, jest im już wszystko jedno, czy zostaną pogrzebani żywcem czy nie, dla świętego spokoju dadzą się pochować bez protestu.

Wiosna jeszcze ospała, niewyraźna. Zima to tu to tam ciągle trwa w najlepsze. W Chmielu spalił się drewniany budynek, w rzeszowskim szpitalu zmarła kolejna ofiara ptasiej grypy, optymiści oddają broń, bo nie mają już siły na jutro.

Po południu, dla odmiany słucham słowackiego radia. Dźwięk mowy naszego południowego sąsiada dodaje otuchy; coś podpowiada z głębi duszy, że nie jest jeszcze tak źle.

Wiosenne przesilenie.  W Indiach dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*