17/03/11

Dziś piszę z samego środka przestrzeni sześć na sześć metrów, samotnie przemierzając każdy centymetr ściany, kontemplując rozrzedzone powietrze za oknem, szmery pod podłogą i gwar za drzwiami. W deszczu rozmazują mi się myśli, próbuję wyprostować treść podwójnym kubkiem kawy.

Znowu jestem u siebie. Odkrywam światy szyte na moją miarę; przestrzeń, gdzie każdy kawałek miejsca ma się do mnie jakby przypiął i przyłatał.

W telewizji widzę ludzką bezradność wobec żywiołu. Człowiek, poniekąd  najdoskonalsza istota we wszechświecie, bezradnie rozkłada ręce wobec siły natury. Szkoda, że nie wyciąga konsekwencji z przypadków, niepokornie próbując udowodnić swoją wyższość nad Najwyższym.

W miejscowym sklepie widzę ludzką bezradność wobec zmiany. Cukier znów podrożał o kilkanaście groszy, cena chleba też poszła w górę, tylko portfel przeciętnego robotnika chudnie z dnia na dzień, bez żadnej diety cud.  Zmiana jest na tyle silna, że aż niezmienna, państwo przyzwyczaiło nas do ciągłego zaciskania pasa, tłumacząc, że to nasz wkład w lepsze jutro, w pozycję naszego państwa w świecie. Wierzymy politykom, bo musimy w coś wierzyć. Płacimy za to jednak ogromną cenę. Bezradność ludzka wobec despotyzmu władzy.  Demokracja nie jest już tak etyczna jak dawniej, forma przerosła treść, człowiek stracił poczucie całości, wyciągnięto z niego średnią krajową, stał się zwykłą liczbą do ujęcia w bazach danych i statystykach.

Na przystanku autobusowym grupa dzieciaków próbuje zagłaskać kota na śmierć; miłość do grobowej deski.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*