20/03/11

Czasem śnię. Sen pozbawia mnie wszelkich ograniczeń, jest wolny od logiki, nieracjonalny, zawieszony w próżni, wielopoziomowy. Nie można z niego wyciągnąć wniosków, bo nie daje się oblec w jakieś konwenanse i symbolikę. Choć przypisywany podświadomości, wychodzi poza podświadomość, rządzi się własnymi prawami, dużo w nich anarchii, nieporozumień i znaków zapytania.
W śnie jestem kimś, kim nie mogę być w rzeczywistości, rodzi się we mnie nowy człowiek, inna przestrzeń zabiera mnie w podróż w międzyczasie. Rzadko pamiętam sny, cierpię na nieuleczalną sklerozę myśli, od czasu do czasu dostrzegam parę kropli potu na czole zaraz po przebudzeniu, albo sąsiad relacjonuje mi moją nocną próbę deklamacji wierszy, których nigdy nie napisałem i nie miałem o nich zielonego nawet, pojęcia.
Czasem, już na jawie, wydaje mi się, że śnię. Wtedy siebie nie poznaję, robię rzeczy, które kompletnie do mnie nie pasują, są poza mną- dziwię się, że stać mnie na coś takiego, szczypię się nawet w ramię, ale życie toczy się dalej, przez jakiś czas. Wiele razy zastanawiałem się, czy to, że istnieję, to tylko wyobrażenie, czy może realność, gdzie leżą granice spektaklu, w którym przyszło mi grać.
Urodziłem się ostatniego dnia zimy, ale otworzyłem oczy na wiosnę.
Jakiś bóg przypisał mi imię, nazwisko i przestrzeń, dał status materialny, otoczył aniołami i ludźmi. Może nawet podarował jakąś misję. Niestety, byłem tak nieporadny, że zgubiłem notatki z urodzin.
Rano odwiedziłem Skamieniałe Miasto, wstąpiłem do Piekła i do Górnej Warowni, spocząłem przy Piramidach, udałem się z wizytą do Czarownicy, wytargałem ją za nos, a ta w zamian wrzuciła mnie w błoto. Przy Grunwaldzie nabrałem wody ze źródła o uzdrawiającej mocy, potem Lisim Wąwozem wyruszyłem do Wodospadu. Po drodze spotkałem Borsuka i liczne Grzyby. Niespodziewanie natknąłem się na Orła i Aligatora. O mały włos nie zabarykadowałem się w Skałce z Krzyżem. Potem miałem wszystkiego dość, zacząłem obgryzać paznokcie i szukać jakiegoś punktu zaczepienia.
Śniło mi się, że spotkałem siebie trzydzieści cztery lata wcześniej. Nie mogłem uwierzyć, że to ja- ważyłem kilo sześćdziesiąt, mierzyłem czterdzieści siedem centymetrów i nie miałem zielonego pojęcia, co ja tutaj robię. Przestraszyłem się, szukałem ucieczki w krzyku, ale sen nie chciał odejść. Pozostało mi patrzeć w twarz samemu sobie, aż zrozumiałem, że to nie sen, a życie.
Ponoć lepiej późno, niż wcale.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*