21/03/11

Podszedł do mnie starzec i kazał sobie zrobić zdjęcie. Ustawiał się do kamery jak model, zmieniał pozycje, kilkakrotnie poprawiał fryzurę. Mocne zmarszczki na czole wyraźnie kreśliły długość życia, żyły na dłoniach zdradzały wieloletni trud. Tylko oczy ciągle się śmiały, w ich blasku zatrzymała się cała młodość wieku.
Potem zaprosił mnie na kielicha, nakarmił orzeszkami, minuta po minucie zdradzał historię swojego życia; opowiadał z takim zapałem, że aż nie chciało mi się wierzyć. Był kowalem, rolnikiem, a od czasu do czasu nawet mechanikiem. Niby normalność, a biła po uszach, niby zwyczajność a zarażała magią.
Miał dwóch synów, jednego stracił kilka lat temu; zmarł na złośliwego raka krtani, drugi opuścił go parę miesięcy temu, wyjechał do Niemiec za chlebem i słuch po nim zaginął.
Z żoną rozwiódł się dawno temu, nie potrafił udźwignąć miłości, była dla niego za krucha, za delikatna, za wielka. Uciekł w alkohol, by zapomnieć, że jest kretynem, potem już nie umiał wrócić.
Od czasu do czasu zbiera aluminium i makulaturę, na wiosnę plecie wiklinowe kosze, zimą ogrzewa się w barach i u sąsiadów. Za nic.
Lubi nieznajomych, bo może im opowiadać swoje historie w nieskończoność, tutejsi odwracają się od niego plecami, znają każdą opowieść na pamięć, uśmiechają się tylko, jakby mieli coś na sumieniu, jakąś nieznaną prawdę niedostępną dla obcych.
Upił mnie dwoma kieliszkami spirytusu domowej roboty i uśpił na resztę dnia, przeoczyłem popołudnie i wieczór, ale odkryłem poranek; słoneczny, ciepły i radosny.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*