27/03/11

Klęczę na jednym kolanie, tyle dziś zostało przestrzeni w zimnym, wypełnionym po brzegi kościele. Obserwuję kilkoro dzieci w bocznej nawie, toczą się tam ciekawe zaloty, chłopczyk stuka palcem dziewczynkę po głowie, ona ciągnie go za rękaw, a potem chodzi za nim krok w krok, jak cień. Ksiądz w konfesjonale przez pół godziny czeka na jakąś spowiedź, w międzyczasie czytając wykłady z teologii pastoralnej.

Po wczorajszej wizycie zimy, znowu wróciła wiosna. Gubię się w obliczeniach ile to już razy w tym roku wiosna toczyła walkę z zimą, wnioskuję więc, że niemało, bo jakże inaczej. Jest w powietrzu jakaś świeżość, która czyści każdą myśl z kurzu, dodaje życiowej energii i rozluźnia. Prostuję kości, ćwiczę pamięć.

Przy supermarkecie jestem świadkiem nieoczekiwanego zdarzenia, ekspedientki wyrzucają do śmietnika ponad dziesięć bochenków chleba, trochę mandarynek, pomidorów, ogórków i całą masę sałaty. Próbuję się pozbierać, wytłumaczyć, że tak trzeba, ale jakoś nie potrafię wmówić sobie kłamstwa. Przechodzę jednak obojętnie i udaję, że nic się nie stało.

W pokoju numer trzy mieszka pani, która pachnie starością. Zaznacza swoje miejsce zawiesiną przeterminowanego powietrza; jest kobietą co najmniej dziwną- ukrywa się w swoim pokoju przez większość dnia, mało mówi, nie szuka zaczepki, nawet posiłki jada w sypialni, a do kuchni zagląda tylko wtedy, gdy potrzebuje wrzątku. Nie mam pojęcia kim jest, skąd przyszła i dokąd zmierza. Czasem jednak mam ochotę zapytać.

Słońce trzyma się dzielnie; w nagrodę za męstwo otrzymało dodatkową godzinę na szczęście.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*