[o szczęściu i nie]

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i za siedmioma rzekami, żyła sobie dziewczynka. Tak z reguły zaczynają się wszystkie bajki, które pamiętamy z dzieciństwa. Nie zdajemy sobie sprawy, jak dobra jest nasza pamięć, bo w większości przypadków postrzegamy szczęście w kategoriach bajkowego raju. Podświadomie dążymy do szczęścia, które wyidealizowała dziecięca historia, szukamy punktu zaczepienia w baśniowej teorii prawdy.

Potem następuje zderzenie z rzeczywistością. Dotyka nas klęska za klęską, a my podświadomie czekamy na szczęśliwe zakończenie. Wierzymy tak bardzo w dziecięcą prawdę o szczęściu, że nie robimy nic. Czekając dochodzimy do wniosku, że w dzieciństwie nas oszukano, że nie ma żadnej dobrej wróżki, żadnego księcia z bajki, żadnej boskiej sprawiedliwości. Jesteśmy tak zniechęceni, że nie staramy się już o szczęście, a ono przechodzi obok. Pozostaje nam zazdrościć innym szczęścia; od tamtej chwili każdy własny sukces będzie odniesieniem do cudzego sukcesu, własne szczęście stanie się pogonią za cudzym szczęściem. I ani się obejrzymy, gdy zostanie z nas tylko garść cudzego popiołu.

Często boimy się szczęścia, bo nie spełnia ono naszych oczekiwań. Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy boimy się szczęścia, bo nie spełnia ono oczekiwań innych. Okazuje się, że wcale nie jesteśmy tacy elastyczni jak nam się wcześniej wydawało, lubimy sobie ponarzekać, bo przecież zawsze może być lepiej, doskonalej. Tracimy czas i energię na zbędne wybory, zbyt często osądzamy, zbyt mało w nas ochoty do podjęcia ryzyka.

Szczęście to forma względnej abstrakcji, kształtowanej przez postawę społeczną, media, modę, tradycję i autorytet. Jeszcze pięć lat temu na pytanie Co sprawia, że jesteś szczęśliwy? ponad trzy czwarte ankietowanych na pierwszym miejscu umieściła rodzinę, dziś tylko trzydzieści osiem procent pytanych miała takie samo zdanie. Jedna czwarta respondentów odpowiedziała, że szczęście dają im pieniądze, chociaż z pewnością byłoby ich więcej, gdyby nie przysłowie, które zabrania nam tak myśleć; kto wie, być może za kilka lat stać ich będzie na prawdę. Nawet tę niezbyt chlubną.

To, że pieniądze dają szczęście łatwo jest jednak udowodnić. Znowu odwiedzę kilka serwisów społecznościowych, zaglądając do setek albumów fotograficznych i wpisów na blogach. Jeden ze znajomych zamieścił zdjęcie swojego nowego samochodu, spodobało się to aż dziewięćdziesięciu osobom, ale najwięcej frajdy dało zapewnie właścicielowi. Nie byłoby jednak samochodu, gdyby nie było pieniędzy (chyba, że mamy do czynienia ze spadkiem, ale to najwyraźniej nie ten przypadek), pieniądze zaś przyniosły szczęście właścicielowi nowej Toyoty. Z drugiej strony nie byłoby pieniędzy, gdyby ów posiadacz nowego samochodu nie miał pracy. Rzecz w tym, że dla właściciela pojazdu, praca nie ma aż takiego znaczenia, nie znalazłem bowiem ani jednego słowa o tym, że znajomy kocha swój zawód, rozwija się, ma dobre stosunki z kolegami i szefostwem. Samochód to coś namacalnego, coś czym się można pochwalić. Szczęście ma większą wartość, gdy można się nim pochwalić przed innymi.

Na innym profilu, dla odmiany, ktoś zamieścił zdjęcie swego dziecka, spodobało się to trzydziestu dwu osobom, ale przyniosło też siedemnaście pozytywnych komentarzy. Oto maluch stał się obiektem westchnień, a matka zaczerpnęła z tego zadowolenie i radość. Z pewnością ma do tego prawo, jednak zadajmy sobie pytanie, czy matka cieszyłaby się równie mocno, gdyby zdjęcia nie zamieściła, albo trzydzieści dwie osoby krytycznie oceniłoby jej malucha? Czy ta ocena nie wpłynęłaby na postrzeganie własnej pociechy? I czy cieszyłaby się równie mocno, gdyby urodziła dziecko niepełnosprawne? Czy umieściłaby jego wizerunek w serwisie społecznościowym?

Julia Cameron w swojej książce „Droga Artysty. Duchowa ścieżka do większej kreatywności” proponuje zabawę w budowanie własnego szczęścia. W tym celu każe czytelnikowi choć na chwilę wcielić się w postać dziecka. Do eksperymentu potrzebuję kolorowe gazety, arkusz papieru, klej, nożyczki i wszelkie dodatki, które znajdę na swoim biurku. Rzadko ulegam nieznajomym, jednak tym razem decyduję się wziąć udział w zabawie. Gromadzę potrzebne materiały i biorę się do roboty. Z kolorowych magazynów wycinam obrazki, których treść wyraźnie sprawia mi przyjemność; naklejam je później na kartkę papieru formatu A3, tworząc coś w rodzaju artystycznego kolażu. Po godzinie mam przed oczyma swoje szczęście, nie mogę uwierzyć, że potrafiłem je tak łatwo zdefiniować.

Ale konfrontacja z własnym szczęściem nie wystarczy, by być szczęśliwym. Trzeba jeszcze w nie uwierzyć. Przestać traktować je jako dalekie marzenie, przyjmować je raczej jakby było realną materią, która dojrzewa na naszych oczach. Wtedy każda klęska przestaje mieć znaczenie, jest tylko zadrą, którą łatwo się pozbyć. Wbrew pozorom wiara w szczęście wcale nie jest prosta. Żyjąc wśród nieszczęśników, trudno cieszyć się słońcem. Upór i praca z pewnością stają się tu pomocnym narzędziem.

Wróćmy jednak do wyników sondy na temat postrzegania szczęścia przez Polaków. Duży odsetek pytanych wskazał miłość jako źródło szczęścia; niestety i tu mamy do czynienia z pojęciem abstrakcyjnym, bo gdyby się bliżej przyjrzeć, tak naprawdę miłość definiujemy jako poczucie bezpieczeństwa, fizycznej i psychicznej bliskości oraz zrozumienia. Co więcej, poczucie bezpieczeństwa stanęło na szczycie pojęć użytych do zdefiniowania miłości. Czym jest więc owo poczucie bezpieczeństwa? Z jednej strony z pewnością zapewnieniem o bezgranicznej miłości, gwarancją lojalności i wierności, z drugiej potrzebą zapewnienia o bezpieczeństwie fizycznym i finansowym partnerów, gwarancją godnego życia rodziny. Tak, miłość jest dziś szczęściem wyjątkowym, wartością nadrzędną. W dobie mody na karierę, sukces, wolność, niezależność rzeczywiście musi się ona zacięcie bronić, w przeciwnym razie pozostanie jedynie w sferze marzeń. Jak pisze Zygmunt Bauman w jednym ze swoich szkiców, dożyliśmy czasów, gdy mamy coraz więcej nocnych koszmarów, znaków zapytania; nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy następnego dnia będziemy w związku z kimś, kogo znamy od lat, czy nie zostawi nam liściku na pożegnanie z podziękowaniem za wspólnie spędzony czas, bo właśnie znalazł sobie nowe szczęście? Co ciekawe, w żaden sposób nie możemy mu tego zabronić, byłoby to ingerencją w jego niezależność i wolność, w jego rozumienie szczęścia. Ta niepewność jest naszym koszmarem. Miłość staje się cierpieniem, a to nie napawa optymizmem.

Pozostają nam jeszcze małe, codzienne szczęścia, które wbrew pozorom nie zależą od naszych emocji, stanów i lęków, są wytworem chwili, chichotem losu. Mają niestałą strukturę, równie szybko przychodzą jak odchodzą; nie można im jednak niczego zarzucić. Małe szczęścia po trochę dodają nam siły, po trochę karmią nas optymizmem i nadzieją. Ale nie dają gwarancji. Nie zapewnią świetlanej przyszłości, bo dla nich przyszłość nie istnieje, nie załatwią nam emerytury, bo są wiecznie młode. Nie przyniosą zysku, bo są krótkoterminowe, nie będą lojalne i wierne, bo mają prawo do niestałości. Są słodkie jak chwila, ale nie dają nam pewności, że osłodzą nam lata. Warto więc zwracać uwagę na takie szczęście? Kruche i delikatne? Z niskiej półki, chwilowe?

Chyba nie ma recepty na szczęście. Są jednie drogi i ścieżki, aleje i ulice, które prowadzą do szczęścia. I tylko umiejętność czytania mapy wskaże nam właściwy kierunek ku życiu.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*