02/04/11

Jeśli nie mamy prawdziwych przyjaciół, próbujemy sobie ich stworzyć. Otaczamy się coraz większą ilością ludzi i wmawiamy sobie, że już nie jesteśmy samotni. Dopiero, gdy uświadomimy sobie, jak mało nas łączy, przeżywamy rodzaj pourazowej traumy; prawda w oczy kole mocniej niż róża- zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy od siebie daleko. Dziś, jak nigdy dotąd, potrzebujemy przewartościowania naszych relacji, w przeciwnym razie któregoś dnia obudzimy się na pustyni, gdzie jedyną formą życia będzie fatamorgana.

Czytam Podróż Kreczmera, moją uwagę przyciąga też tekst Posiadanie i bycie Ericha Fromma, z ostatniego numeru „Leśna Polana”. Dużo wspólnych poglądów, ale i doświadczeń. Niezliczone przykłady de ja vie; dowody na to, że życie toczy się w zamkniętym obwodzie i choć nurt naszej historii zmienia się i przekształca, koryto przez które płynie pozostaje to samo.

Od czasu do czasu dopada mnie potrzeba kłótni. Poprawność polityczna każe mi użyć tu słowa spór, które wydaje się łagodniejsze w brzmieniu i w treści. Język zarezerwował jednak to znacznie dla filozofów i polityków, nie ma więc mowy by chłop z chłopem wszczynał spór, to określenie jakby na wyrost, nie pasujące do wiejskiego krajobrazu. Spory jednak ograniczają się do argumentów, kłótnie niejednokrotnie do użycia siły i obrazy oponenta. Zarówno spór, jak i kłótnia mają wspólny cel- prezentację swoich racji, udowodnienie, że prawda jest po mojej stronie. Wszystko byłoby w miarę w porządku, gdybyśmy koncentrowali się na merytorycznej dyskusji, coraz częściej jednak do głosu dochodzą emocje i zranione uczucia którejś ze stron, wtedy wszystko jakby na złość wymyka się spod kontroli- bo o ile świadomość łatwa jest do opanowania, to podświadomość już do prostej nie należy. Kłótnia wykracza więc znaczeniem poza spór, jest wynikiem wojny retorycznej i wojny hormonów, niejednokrotnie doprowadza do osobistej tragedii, staje się przyczyną konfliktu. Pisząc więc, że od czasu do czasu dopada mnie potrzeba kłótni, używam właściwego pojęcia, po prostu chcę wyrzucić z siebie całą masę nagromadzonych w stosunku do ludzi odczuć i emocji, dać im mocno w twarz, pozwolić im odczuć jak bardzo niesprawiedliwie mnie potraktowali, jak bardzo się mylą albo jakimi są chamami. Tak po chłopsku, z prawdziwego zdarzenia, oko za oko, ząb za ząb. A jeśli ktoś jest bez grzechu, niech pierwszy uderzy kamieniem.

Piszę tekst o miłości, trudny temat, bo intymny i osobisty; zdaję sobie sprawę, że można przecież ten wątek wyrzucić, pozbyć się go jednocześnie czyniąc go bardziej obiektywnym, ale bez osobistych wątków nie ma prawdziwych historii.

Prawdziwe życie toczy się w nas i wokół nas, inne przestrzenie to tylko kopia cudzych przeżyć.

1 Comment

  1. zgadzam sie z TOba, Bogus, w 100%! moim zdaniem czasem dobra klotnia oczyszcza powietrze, daje nam troche dystansu i do siebie i do drugiej osoby. mozna sie przyjrzec calemu problemowi jeszcze raz i nierzadko zobaczyc jego druga strone. rzadko sie kloce – a kiedys baaardzo czesto – ale czasem, tak jak mowisz, hormony, emocje, zraniona przeszlosc, musze gdzies znalezc ujscie.

    Ale to wymaga doroslosci obojga osob – mozna sie poklocic i juz sie nei odzywac nigdy nigdy, a mozna sie pokocic i usmiechnac 😉 Mam to szczescie,ze u mnie istnieje ta druga sytuacja 😉

    Kilka dobrych lat zajelo mi nauczenie sie chocby spojrzec na to czy druga osoba ma przypadkiem ten jeden maly procencik racji, a potem kolejnych kilka lat zajelo stwierdzenie,ze jesli ja nie mam racji, to coz z tego? zadna hanba. nauczylam sie przyznawac do bledow i do przyznawania racji innym, nawet teraz sprawia mi to radosc.

    Ale to dziala w dwie strony, jesli sie kloci z osoba, ktora jeszcze nie jest na tym etapie, to ciezko… ale jak to mowia – po kazdej burzy przychodzi slonce ;))

    pozdrawiam serdecznie!! 😀

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*