‘Kroniki Bieszczadzkie’

04/03/11

Friday, March 4th, 2011

W Bieszczadach gwiazdy świecą wyraźnie i mocno. Na południowym niebie panoszy się Panna, gwiazdozbiór tysiąca odległych galaktyk, na północy gwiazdozbiór Kasjopei i Perseusza, przez który przechodzi droga mleczna. Szczególnie okazałe są tu pełnie księżyca; moc gwiazdy jest tak silna, że wpływa na  każdą, nawet najmniejszą cząstkę przyrody ożywionej i nieożywionej, nierzadko dotykając swoim działaniem także człowieka.

Pięknie dziś. Błękitnie. Bawię się resztkami śniegu, robię notatki z zimy; wyprałem kalesony, nie będą mi już pewnie potrzebne do szczęścia. Bo idzie wiosna.

Spotkałem dziś dwa przebudzone komary, wyglądały na oszołomionych słońcem, darowałem im życie, w końcu rzadko spotyka się dwa pijane insekty o tej porze roku, zawieszonej w czasie.

Jutro wracam do swojej pustelni; przez kilka dni mój świat znów będzie się mieścił w rozmiarach snów. Duchowe rekolekcje pomagają uzupełnić niedobory uczuć, uwrażliwiają na życie. Prosta recepta na szczęście.

Spacer do Posady Górnej, potem wspinaczka na Chodak, Bieszczady potrafią wzruszyć do łez.  Wzruszenie nie do opisania w stu sześćdziesięciu słowach, nieskończoność świata na wyciągnięcie ręki.

03/03/11

Thursday, March 3rd, 2011

Drobinki szczęścia tak niewielkie, że niewidoczne. Potrzeba olbrzymiego skupienia, by je dostrzec, pod powierzchnią kamiennych nieszczęść. Drobinki szczęścia tak kruche, że nietrwałe. Potrzeba wielkiej delikatności, by nie zniszczyć ich w uścisku dłoni. Potrzebujemy silnego bólu, by doświadczyć łagodności szczęścia.

Piszę z narożnika mapy, tak jak kiedyś to robił Maliszewski, albo setki innych pisarzy osadzonych poza centrum, wyrzuconych na obrzeża, z prowincji. Piszę z potrzeby serca, mało sobie robiąc z tego, że tak naprawdę piszę dla samego siebie; w osamotnieniu doświadczam miejsc i ludzi, co wokół mnie. Czytelnik, jeśli się takowy znajdzie, przychodzi i odchodzi- w swój własny świat i swoją własną rzeczywistość.

Piszę z narożnika mapy, z południowo- wschodniego krańca, ale kogo to właściwie obchodzi; nawet, gdybym pisał z północno- wschodniego, nikt by nie zauważył. W dzisiejszych czasach brakuje nam wrażliwości na drugiego człowieka, za to na swoim punkcie jesteśmy przewrażliwieni; balans jest dziś trudny do osiągnięcia, jeśli w ogóle osiągalny.

Piszę z narożnika mapy, okradając rzeczywistość z faktów i emocji, żyję poza sobą całym swoim życiem. Podglądam miejscowych wieśniaków, podsłuchuję dzieci, gdy za ścianą próbują przypomnieć sobie datę trzeciego rozbioru Polski; nie mogą zrozumieć dlaczego pamiętają dokładnie, kiedy po raz pierwszy dostali klapsa, ale do tak ważnej rocznicy nie mają głowy.

Piszę z narożnika mapy, mając innym do powiedzenia, tyle co nic. Lecz bez tego nic, nie powstałoby coś. I dlatego piszę.

02/03/11

Wednesday, March 2nd, 2011

Uparłem się dziś na Harasymowicza. Przyśnił mi się nieoczekiwanie na stokach Halicza, gdy karmił wilki; tylko się uśmiechnął, przywitał machnięciem ręki. W milczeniu patrzył w dal, jakby mu było czegoś żal. W górach miał wszystko co kochał, zawsze kiedy tam wracał, brały go klony za wnuka…

Dużo go było nie tylko w Bieszczadach, ale i w Beskidzie Niskim i Sądeckim. Chodził swoimi drogami,  często pogardzany przez krytyków, odsuwany na dalszy plan za swoje niemodne wiersze.  Tworzył wyjątkowo dużo, każda chwila była dla niego ważna; poezja wkrada się między człowieka a boga w nieoczekiwanych momentach. Zostawił ponad czterdzieści tomów wierszy i cząstkę siebie między Tarnicą a Haliczem, z popiołu powstał i w popiół się obrócił, do dziś będąc cząstką bieszczadzkiego raju.

W lokalnych delikatesach trwa walka o cukier, klienci mówią, że będzie gorzko, jak cena sięgnie siedmiu złotych za kilogram. W momencie, kiedy władza na górze, determinuje ekonomiczną politykę, ci co na najniższym szczeblu życia popadają w coraz większy marazm, jest im już wszystko jedno, czy zostaną pogrzebani żywcem czy nie, dla świętego spokoju dadzą się pochować bez protestu.

Wiosna jeszcze ospała, niewyraźna. Zima to tu to tam ciągle trwa w najlepsze. W Chmielu spalił się drewniany budynek, w rzeszowskim szpitalu zmarła kolejna ofiara ptasiej grypy, optymiści oddają broń, bo nie mają już siły na jutro.

Po południu, dla odmiany słucham słowackiego radia. Dźwięk mowy naszego południowego sąsiada dodaje otuchy; coś podpowiada z głębi duszy, że nie jest jeszcze tak źle.

Wiosenne przesilenie.  W Indiach dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza.

01/03/11

Tuesday, March 1st, 2011

„ Staję się stale mniejszy

w mieście które jak inflacja rośnie

we wszechświecie co się rozszerza i kurczy

wśród tych co mnie znaleźli

i widzą że mnie nie ma

nic ze mnie nie zostanie bo i to za dużo”[1]

Przeżyć to życie najpełniej, najpiękniej; trudny orzech do zgryzienia, dać z siebie wszystko niczego nie ujmując, spalić się w pył, na zawsze. Nie wystarczy wiedzieć jak żyć, trzeba również umieć umrzeć.

W górach, gdzie bliżej słońca, do nieba niedaleko. Rysuję palcem w chmurach, jak patykiem w śniegu. Gwiżdżę na wiatr, a ten jak dziki pies, wędrowny. Niedaleko, u studni, przedrzeźniam echo, w las płynie głos, głaszcząc liście drzew.

Kulawy na jedną nogę, zwykle na zewnątrz świata, wędruję rzucając się we mgłę. Kręte ścieżki też z czasem prowadzą do prostej drogi. Linie życia żłobią dłoń nie zawsze po krzywej.  Słowo milknie w biegu i wzmaga się w śnie.

Żyć tak, by na końcu czasu nie zostało już nic prócz otwartych ust, ani jednej zakrztuszonej w gardle ości, ani jednej wyjałowionej winy. We wszechświecie, co się rozszerza i kurczy, wśród tych co mnie znaleźli, grzech przepuścić przez palce, a dobroć przez oddech.

Widzę przez siebie na wskroś, w odbiciu. Szukam klucza do domu, gdzie otwarte drzwi, miłość stoi tak blisko a jednak daleko, mam za swoje, nieczytelny wiersz. Serce i dusza nie w parze bo obok.

Anioły się cieszą, bo mają mnie w garści.


[1] Twardowski Jan, Stale w: Wiersze największej nadziei, Studio Wydawnicze Unikat, Białystok 2003, s. 283

28/02/11

Monday, February 28th, 2011

Od kilku dni mam w sypialni radio, ustawione na ukraiński kanał, doświadczając jedności z narodem, który żyje jakby na wyciągnięcie ręki, za Sanem, pięć kilometrów na wschód.  Język ukraiński odbudowuje też moją zranioną tożsamość, świadomie kształtuje nowy, świeży fundament pod starą, podniszczoną bryłę ojczyzny, do remontu. Z drugiej strony wprowadza zamęt, stawia trudne pytania na przyszłość.

Po polskiej stronie granicy, w Lutowiskach, słucham dziecięcych szczebiotów, prostych, ale przejmujących słów ludzi pozbawionych dorosłego spojrzenia na rzeczywistość, naiwnych, beztroskich i pozbawionych strachu wypowiedzi, bezwstydnie obnażających prawdę.

W drodze powrotnej ze sklepu przewracam się o kawałek wiersza Twardowskiego, przypomniał mi się fragment ni przypiąć ni przyłatać w środku życiowej prozy.  Los mnie kopnął; tylko wiersze od Jana kleją się do mnie na starość.

Zostały mi dwie zapałki, jedna na dzisiejszy wieczór, druga na jutrzejszy poranek, noc w międzyczasie.

Kasza jęczmienna na obiad w sosie pomidorowym z dodatkiem kawałków kiełbasy bieszczadzkiej; kiełbasa bieszczadzka da się strawić jedynie w kawałkach. Marchewkę trzeba jeść jedynie w całości, nie daje się strawić w kawałkach.

Niespełniona poobiednia drzemka; walkę na jawę i sen kończy spacer do lokalnej biblioteki. Przeglądam stare numery Gazety Bieszczadzkiej; ani jednej ważnej chwili.

W skrzynce mailowej list od Andrzeja, kilka linijek kartki, gdyby nie umieć czytać, wystarczyłoby czuć.

27/02/11

Sunday, February 27th, 2011

Niektóre psy budzą się już o piątej rano, wyją wtedy żałośnie dopominając się o miskę karmy. Dostają trochę ciepłej wody, albo rosołu, kawałek świeżego mięsa, lub gotowego dania z supermarketu. Dzielnie znoszą bieszczadzkie mrozy, wtulając się we własną sierść.

Psy, podobnie jak ludzie, mają swoje charaktery. Są tu urodzeni liderzy, pełni energii i sił witalnych, są psy, które potrzebują przewodnika, który wskazałby im drogę, są nocne marki i ranne ptaszki, czworonogi czułe i emocjonalne, a także twarde jak kamień. Są indywidualiści i takie, które podążają za tłumem. Niektórzy twierdzą, że pies jest odbiciem jego właściciela, albo właściciel odbiciem swojego psa.

Trenerzy ubolewają, że w wielu przypadkach psy są nieposłuszne, nie reagują na komendy, kulą pod siebie ogony i zamiast do mety biegną do lasu, bo wyczuły właśnie jakąś zwierzynę. Może dlatego podczas psich zaprzęgów wszystko może się zdarzyć, nawet najlepszym powinąć noga. Ale to przecież nie koniec świata, pocieszają się przegrani i już planują kolejną gonitwę.

Po południu moja przestrzeń zaczyna się powoli wyludniać, cisza wraca do łask, mogę się spokojnie zdrzemnąć w samotności, oderwać od życia. Potem czas na zupę grzybową, budyń a deser, wiadomości na wieczór. Gorąca kąpiel, a potem najkrótsza jak dotąd medytacja. Zmęczenie daje o sobie znać, tylko sen może wypłukać nadmiar dźwięków i słów. Oczyszczenie przychodzi nocą, podświadomość porządkuje czas.

26/02/11

Saturday, February 26th, 2011

Gdy robi się tłumnie nasila się we mnie choroba żołądkowa, puszczają nerwy, pogarsza koncentracja; dzielić niebo wcale nie jest tak łatwo. Uczę się akceptować obecność drugiego człowieka, otwierać się na inność, podejmować ryzyko rozczarowania, ale też przyjmować dobroć, nie zamykać się we własnym świecie, jak w twierdzy.

Zima ma się dobrze, trwa skuta lodem i okryta śniegiem. Gdy za oknem piękne słońce w dzień, łatwiej jest zaakceptować mroźną noc.

Na gminnym boisku w Lutowiskach trwają przygotowania do startu psich zaprzęgów. Czternaście zespołów będzie się zmagać z kilkudziesięciokilometrową trasą. Psy rwą się do biegu, niektóre trudno jest utrzymać w miejscu; często widać w nich większą determinację do walki, niż u ich trenerów.  Psy nie wierzą w abstrakcję, nie znają pojęcia przegranej i wygranej, nie są ani optymistami ani pesymistami, nie podchodzą sceptycznie do życia, nie są sarkastyczne ani cyniczne, nie narzekają na kaca, nie mają wbudowanej w sobie potrzeby triumfu. Po prostu biegną, zaspokajają potrzeby genów, gdy są głodne żądają strawy, gdy mają ochotę na drzemkę, drzemią. W przeciwieństwie do ludzi, psy nie tworzą człowieka na swoje podobieństwo, człowiek często zaś żąda od psów nadludzkich sił.

W otryckiej Chacie Socjologa gwarno, z Trochańca widać dziś zarówno Tatry jak i Gorgany. Pogoda sprzyja nie tylko narciarzom, ale i wędrowcom. Czytam Wędrowca i jego cień Nietschego; ostatnio sięgam po filozofa kilka razy na dzień, studiuję nieprzewidywalność świata.

Wieczorem zlewam się z tłumem, podsłuchując historii właścicieli psów, którzy opanowali całe schronisko. Przy butelce wódki są bardziej rozmowni, zdradzają sekrety chowu, przyznają się częściej do błędów i częściej zawierają przyjaźnie ze swoimi konkurentami. Dla niektórych psie zaprzęgi to całe życie, które postawili na jedną kartę. Dla innych to rodzaj snobizmu, dodatkowa uciecha na starość, możliwość spotkania się z innymi ludźmi, skonsumowania alkoholu, rozładowania napięcia.

Gdy mam dość ludzi, wracam do swojego pokoju, wyłączam światło i w milczeniu przyglądam się czarnej płachcie nieba. Nie jestem sam, a jednak czuję, że mam swój kawałek świata na własność.

25/02/11

Friday, February 25th, 2011

Cała jaskrawość świata.

Zawieszam wzrok na drobiazgach, na koronach ośnieżonych drzew; przytulam się do niewypowiedzianych słów, rozgrzewam zmarznięte uczucia, oddycham głęboko, jakbym chciał zatrzymać w sobie ślady tego miejsca na dobre i na złe.

Fragmenty fotografii zarejestrowanych tylko we własnej pamięci, gdy aparat nie wytrzymał emocji, zużył się i tylko myśl mogła zatrzymać kruchy moment, strumień nietrwałego czasu.  Czasopisanie.

Rano przeglądam lokalne dzienniki, czuję się wtedy bliżej świata, który tuż, tuż- za oknem, przecież. Wypijam sok owocowy, potem czarną mocną kawę. Spaceruję po okolicy, zaglądam do miejscowej biblioteki, do domu kultury, do lokalnego baru, do sklepu spożywczego, do kościoła.

Wszędzie się czeka. W bibliotece kierowniczka czeka na fachowców od Internetu, bo od tygodnia nie ma dostępu do sieci; fachowcy z gminnego centrum informacji mieli przyjść już kilka dni temu, ale za każdym razem jakaś kłoda stawała im na drodze. W domu kultury dyrektor czeka na dofinansowanie projektu, ale się chyba nie doczeka, bo w powiecie tną budżet aż wióry lecą. W lokalnym barze bezrobotni czekają na zasiłek, bo im nie starcza na piwo. W kościele ksiądz czeka na większą ofiarność wiernych, bo nie ma pieniędzy na ocieplenie wnętrza. W sklepie spożywczym ludzie czkają na cud. Albo kilka cudów jednocześnie.

Jutro będzie lepiej. Dziś się jakoś wytrzyma, nie czekając na nic.

24/02/11

Thursday, February 24th, 2011

Tydzień temu na cmentarzu komunalnym w Ustrzykach spoczęła trumna z prochami Johanna, słynnego bieszczadzkiego zakapiora, rzeźbiarza i zbieracza runa leśnego. W jego ostatniej drodze towarzyszyła mu rodzina i przyjaciele, dołączyli nawet ci, którzy uważali go dzikusa i dziwaka. Jeszcze w styczniu pisały o nim „Przegląd” i rzeszowskie „Nowiny”, dla podkarpackiego dziennika Johann udzielił też ostatniego wywiadu; choć nigdy nie był skłony do zwierzeń, przed śmiercią uchylił rąbka tajemnicy swojego życia.

Urodził się w Żywcu, choć młodość spędził w Szczecinie i w Pilicy, gdzie kształcił się na nauczyciela i kaletnika, ale nigdy ani kaletniczej ani nauczycielskiej pracy nie posmakował. Przyjechał w Bieszczady w 1960 roku, pracował przy wypale drewna, wspólnie z Henrykiem Wiktorinim pasali bydło na łąkach w okolicach Tworylnego. Zamieszkał w Bieszczadach na stałe w 1971 roku. Zbierał grzyby i jagody, szyszki i orzechy, potem zaczął rzeźbić świątki i chrystusy.  Mieszkał w drewnianej chatce bez  prądu i wody, przeżył tak czterdzieści lat, dotykając tego co w życiu najważniejsze, wolności. Zostawił Krysię- miłość swego życia, psa i kilka kotów. No i legendę, na wieczność.

Pierwszy zakapior [ z ros. zbój, łotr, łajdak, przyp.  Autora] pojawił się w Bieszczadach w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Bieszczady były wtedy wyludnione z powodu masowych wywózek Łemków i Bojków, a grupa nowych osadników nie była tak liczna. Państwo oferowało pracę każdemu przybłędzie przy sadzeniu młodniaków, wypasie owiec w PGRach czy wycince lasu. Wtedy pojawili się też pierwsi uciekinierzy z dużych miast, albo ci, którym nie poszczęściło się w życiu. Góry, choć dzikie i kapryśne, przyciągały wielu ciekawskich, niewielu potrafiło się w nich jednak odnaleźć. Ci co zostali nauczyli się żyć z nimi w symbiozie, stali  się ich częścią.

Wśród nich był Johann, ale także inni bieszczadzcy wariaci- Kazimierz Klich zwany Wielkim, Janusz Zubow, Piotr Adamski- Francuz,  Zdzichu Rados, Rysiek Słociński, Tadek Spis,  czy Krzysiek Szymala. Nie mówiąc już o chyba największej zakapiorskiej legendzie Bieszczadów Andrzeju Wasilewskiemu znanego bardziej jako Jędrek Połonina, kowbojowi dzikiego wschodu.

A Ci co od wielu lat słuchają Wolnej Grupy Bukowina z pewnością dodaliby do tej grupy jeszcze dwie postacie- Wojtka Bellona, lidera zespołu, który często odwiedzał bieszczadzkie strony oraz jego przyjaciela- Władysława Nadeptę- Majstra Biedę osławionego w piosence zakapiora; Bellon, wtedy jeszcze młody długowłosy chłopak z Buska Zdroju, typ hipisa i prowokatora, spotkał Majstra Biedę w schronisku u Lutka Pińczuka na Połoninie Wetlińskiej i od tej pory jak ojciec i syn spotykali się przy różnych okazjach.

Bieszczady przyciągały też innych artystów i twórców,  do nich zaliczyć można by było Edwarda Stachurę, którego słynna Siekierezada ma swoje korzenie pod Cisną, czy Mariana Hessa, który przez dwadzieścia lat mieszkał i tworzył w Dwerniku koło Zatwarnicy, twórcy wielu bieszczadzkich klechd i zbieracza legend.

Dziś powoli zakapiorski świat odchodzi w zapomnienie. Powstaje nowy rodzaj zakapiora w kapeluszu,  na koniu przemierzającego bieszczadzką przestrzeń. Często to przybysz z miasat, który ma kaprys doświadczenia czegoś nowego- ten,  co mają wystarczająco pieniędzy w kieszeni, by stać go było na szaleństwo. To właśnie tacy ludzie często są właścicielami karczm i bieszczadzkich zajazdów, dużych turystycznych ośrodków, często kradnąc legendę bieszczadnikom, którzy żyli skromnie, na przysłowiowej pajdzie chleba, blisko natury i w zgodzie z naturą, świadomie wyrzekając się fizycznego komfortu na rzecz psychicznego spokoju.

Rzecz w tym, że kończy się dziś pewna epoka. Czas dawnych zakapiorów można dziś łatwo spieniężyć. Dorobić się na legendzie jest prościej niż kiedykolwiek wcześniej.

23/02/11

Wednesday, February 23rd, 2011

Na szybie mróz wyrzeźbił kwieciste wzory. Woda zamarzła w butelce. W nocy temperatura spadła do osiemnastu stopni  poniżej zera. Na zewnątrz śnieg przykrył wczorajsze ślady.

Słońce dziś leniwe i senne, jakby chore na zimę. Kroję bochenek chleba zmarzniętą dłonią. Kanapka z masłem orzechowym smakuje wyjątkowo; przyda się dziś energia do rąbania drewna i spaceru na wieś.

W drodze do Stuposian słońce puszcza do mnie oko. Czuję przyjemne ciepło na plecach; nie muszę już chuchać w dłonie ani owijać twarzy szalikiem. Widok zapiera dech w piersiach, płatki śniegu okrywają świerki i sosny, wyglądają jak srebrne, bożonarodzeniowe gwiazdki na choinkach. W oddali szczyty Kiczery,  Magury Stuposiańskiej i Otrytu. Błękitne niebo, bieszczadzkie anioły.

Dydiówka to ostatnie takie miejsce w Bieszczadach. Chata ma drzwi otwarte o każdej porze dnia i nocy. Dla każdego, filozofa i alkoholika, turysty i uciekiniera. Ba od czasu do czasu nawet dla odważnej myszy, sarny czy żbika. Dwa zapisane zeszyty z wpisami przypadkowych i nieprzypadkowych gości  świadczą, że nie brakuje jej bywalców, mieszkańców od jednej nocy do zasiedziałych tygodniami bieszczadników. Przychodzą tu pary zakochanych w poszukiwaniu romantycznych uniesień i samotnicy z nadzieją na ciszę i odosobnienie.  Służbowo zaglądają też pogranicznicy, przekonani że to miejsce może być też azylem dla przestępców i uchodźców zza wschodniej granicy.

Po drugiej stronie Sanu widać ukraińskie pola i lasy. Przestrzeń nie do ogarnięcia. W bieli kąpie się krajobraz jakby ukradziony z Kronik Narnijskich Levisa. Kilka żubrów przechodzi się wzdłuż ogrodzenia po ukraińskiej stronie. Zwierzęta nie potrzebują przepustek i wiz. Są wolne od granic wyznaczonych ludzkim prawem. Wokół domu olbrzymia przestrzeń, w części ogarnięta przez dorodne sosny i świerki.

Jeśli wyobrażałem sobie kiedyś raj, to dotknąłem go wzrokiem właśnie dziś.

22/02/11

Tuesday, February 22nd, 2011

Owsianka z rodzynkami i miodem na śniadanie, solidna porcja, bo lubię się czasem rozpieścić.  Zamiast kawy mielonej- zbożowa Anatol, znaleziona przez przypadek na półce z kubkami.

Autostopem do Stuposian. Zatrzymuję samochód jednym wyciągnięciem ręki. Mam dzisiaj wyjątkowe szczęście do ludzi.

Po drodze kierowca opowiada z przejęciem historię mijanych miejscowości. Jest zachwycony starą, drewniana cerkwią w Smolniku, oczarowany tutejszą przyrodą. Wspomina czasy, kiedy polował na sarny i dziki. Też lubi sobie czasem połazić po okolicy.

W Stuposianach ostre, żmudne i wyczerpujące podejście pod Węgierską Górkę. Robi mi się naprawdę gorąco, pomimo ośmiu stopni poniżej zera na termometrze. Piękna panorama Bieszczadów w nagrodę za wysiłek. Po kilku kilometrowym marszu zabieram się dalej ze zmotoryzowanymi turystami z Krakowa, podążającymi do Mucznego. Śmieją się, że jestem chyba jakimś tajnym agentem, szukającym w górach skarbów, ale mi dobrze z oczu patrzy. Wspólnie próbujemy zlokalizować drogę do bacówki w nieistniejącej już wsi Dydiowa, trochę błądzimy szukając właściwej ścieżki, w końcu jednak nam się udaje.

Dalej idę już sam leśną drogą rozjeżdżoną przez ciężki sprzęt drwali i leśników. Koleinami pnę się na wzgórze, mijam świerkowe zagajniki, trzymam się ludzkich śladów na drodze- to dobry znak, że nie zabłądziłem. Po czterdziestu minutach dochodzę do pięknej polany, piękna samotnia z widokiem na grzbiety gór. Stąd już niedaleko do zagubionej w zakolu chatki Dydiówka, mojego schronienia na kilka zimowych wieczorów.

Najpierw dostrzegam ceglany komin z wystającą aluminiową rurą, potem część krytego papą dachu, w końcu odsłania się przede mną chatka w całej swojej okazałości. Przez lata służyła pasterzom i naukowcom za schronienie, potem stała się otwarta dla każdego turysty i bieszczadnika. Wewnątrz drewniana ława, kilka skrzyń na drewno, murowany szarą cegłą piec, półka na żywność, piętrowe drewniane prycze, będące w stanie pomieścić nawet ośmioosobową rodzinę.

Ktoś wybił szybę w oknie z widokiem na ukraińską stronę Bieszczadów, w skrzyniach przeznaczonych na drewno znajduję dziesiątki pustych butelek po piwie. Ostatni gość zapomniał chyba zostawić narąbanego drewna na podpałkę.

Zbieram chrust w okolicy, niewiele tu połamanych gałęzi, kradnę parę suchych gałęzi pobliskiemu świerkowi. Próbuję też narąbać drewna, ale siekiera jest na tyle tępa, że się opiera, ślizga po drewnianych pieńkach.

Krótki spacer po okolicy. Słońce jest dziś wyjątkowo gorące, to sprzyja wędrówkom.

Bacówka Dydiówka to jedyna żywe miejsce w nieistniejącej już wsi Dydiowa. Zostały też stare kamienne mostki, a w zakolu Sanu ruiny piwnicy po młynie oraz koło stalowe z mechanizmu transmisyjnego.  Kiedyś we wsi istniała cerkiew greckokatolicka, tartak,  w latach dwudziestych dwudziestego wieku działała ukraińska spółdzielnia Syła.  W 1950 roku po wsi zostały już tylko wspomnienia.

Wieczorem, po nieudanej próbie rozpalenia w piecu,  przyglądam się zalesionym szczytom Czerwonego Wierchu po ukraińskiej stronie. Zasypiam wtulony w śpiwory i kołdry znalezione w chatce. Jutro znowu spróbuję napalić w kominku.

21/02/11

Monday, February 21st, 2011

Legendę o pochodzeniu Bieszczadów można opowiedzieć mniej więcej tak:

Bardzo dawno temu, kiedy kraina gór, lasów i połonin była bezludna i dziewicza, panował na niej Zły-Bies. Podobny był  do człowieka, choć większy i rogaty. U ramion miał wielkie nietoperzowe skrzydła. Bies był zazdrosny o swoją ziemię i nie chciał z nikim się nią dzielić. Nie pozwalał dłużej się zatrzymywać w tych górach ani pasterzom, ani kupcom.  Pewnego razu przywędrowało tu z daleka plemię, któremu przewodził młody, silny i mądry San. Dzika kraina spodobała się przybyszom. Postanowili osiąść tu na stałe. Zbudowali chaty i założyli wieś nad największą rzeką. Nie mógł znieść Bies, że zakwitło życie w jego dotychczas bezludnym królestwie – rozgniewany, przeszkadzał przybyszom, jak tylko mógł. Tam, gdzie wykarczowali drzewa, sadził nowe, do zagród z owcami wpuszczał wilki, na poletka napędzał dzikie zwierzęta, aby tratowały zbiory. Ludzie zaczęli narzekać, ale San urzeczony pięknem tej krainy, tak ją pokochał, że postanowił wytrwać i innych zachęcał, by nie uciekali porzucając domy i dobytek. Bies, gdy przekonał się, że nie może tych twardych ludzi pokonać w pojedynkę, stworzył sobie pomocników – Czadów. Wyczarował ich tyle, ile starych drzew w lesie. Były to pokraczne ludziki, ruchliwe, psotne i wesołe – szkodziły ludziom, ile tylko mogły. Na rozkaz Biesa ze złośliwą uciechą rozganiały pasące się na połoninach bydło, tańczyły w zbożu niszcząc wszystko, co było zasiane ludzką ręką. Straszyły dzieci w kołyskach, budziły ludzi spoczywających po ciężkim dniu pracy, dosypywały gospodyniom piasku do zupy, chowały drwalom siekiery. Złośliwe były i przebiegłe, wyliczanie ich “sprawek” mogłoby jeszcze trwać. Życie plemienia stało się jeszcze cięższe. San poprzysiągł, że pokona złe siły. Pewnego dnia, kiedy w lesie pracował dłużej niż najsilniejsi drwale, po ścięciu starego buka usłyszał krzyk, a potem cichutkie jęki i skargę wydobywającą się spod ciężkiego pnia. Gdy San pochylił się, zauważył pokracznego Czada przywalonego drzewem, proszącego o darowanie życia. Dobry San uwolnił Czada. Wdzięczny za ocalenie duszek wyznał, że on i jego bracia nie lubią czynić zła, ale są do tego zmuszani przez Biesa. Teraz, kiedy przekonał się o wspaniałomyślności ludzi, postanowił nie tylko im nie szkodzić, ale pomagać. Obiecał, że jako najstarszy w rodzie namówi do tego swych braci. Odtąd te małe stworzenia polubiły ludzi i pomagały im, jak tylko umiały. Pilnowały i zabawiały swymi psikusami dzieci, chroniły domy, pokazywały drogę w lesie, rozśmieszały nawet najbardziej nieszczęśliwych, rąbały drzewo do pieca. Ludzie odwdzięczali im się miseczką mleka i dobrym słowem.

Sielanka nie trwała długo, bo wnet dowiedział się o sprzeniewierzeniu swych pomocników pan tej ziemi – Zły Bies. Zwołał wszystkie Czady i zapowiedział, że albo będą trzymały z nim, albo je unicestwi tak samo jak je stworzył. Przerażone Czady przybiegły do Sana – chciały żyć, a nie chciały szkodzić ludziom. Podczas długiej narady najstarszych i najmądrzejszych członków plemienia Czady podały sposób, przy pomocy którego można zwyciężyć Złego. Pokonać go mógłby najsilniejszy z ludzi i tylko o świcie, kiedy Bies odpina czarodziejskie skrzydła i pozbawiony czarodziejskiej mocy kąpie się w najpłytszym miejscu najszerszej rzeki tej ziemi. Bez skrzydeł nie może czynić czarów, ale i tak jest ponadludzko silny. San przemyślał radę Czadów i wezwał Biesa na pojedynek o poranku, kiedy czarodziejskie skrzydła leżały na brzegu rzeki. Bies roześmiawszy się złośliwie na widok człowieka z toporem stającego mu naprzeciw, nie próbując  nawet sięgać po nietoperzowe skrzydła, ruszył do walki. San i Bies zmagali się od świtu do zmroku. Człowiek słabł coraz bardziej, a Bies zdawał się nie czuć zmęczenia. Na brzegu walkę śledziło całe plemię i wszystkie Czady.

Kiedy Bies zrozumiał, że znalazł godnego sobie przeciwnika i przerażony myślą, że może przegrać, spróbował schwycić i przypiąć magiczne skrzydła. Wtedy to stary Czad, odwdzięczając się Sanowi za uratowanie życia, wrzucił je do rzeki. W tym momencie San walczył już ostatkiem sił. Dziwny czar tkwił w diabelskich skrzydłach, rzeka zyskała całą moc Biesa. Woda nagle wzburzyła się i zmętniała. Wartki, pienisty nurt porwał obu przeciwników.

Zatonął w rozszalałej rzece Bies, który nie umiał pływać, ale i nie uratował się, osłabiony walką, San. Gdy następnego dnia wody opadły, na dnie rzeki ludzie znaleźli splecione ze sobą w śmiertelnym uścisku dwie postacie. Oddając hołd odwadze i waleczności swego wodza, osadnicy nazwali jego imieniem wielką rzekę. I w ten sposób pozostał – tak jak tego pragnął – dzielny San na ziemi, którą pokochał. Góry, przez które przepływa ta rzeka, nazwali Bies-Czadami, od imienia ich złego władcy i psotnych duszków.*

Albo tak:

Na początku na tym skrawku ziemi, zapomnianym przez Boga, tylko diabły harcowały. Nie były to jakieś diabły szczególne, ot zwyczajne pospólstwo. Ich mnogość powodowała, że ludzie nie chcieli się na tym terenie osiedlać. Wydawało się, że ta część Karpat na zawsze pozostanie bezludna.
Kiedy w wyniku czarcich eksperymentów wyhodowano w piekle nowe odmiany diabłów, jedne z nich nazwano biesami, a drugie czadami. Postanowiono umieścić je w tym zapomnianym zakątku. Wtedy też powstała nazwa – Biesczady.
Ale gdzie jest diabeł, powinien być i anioł, bo gdzie zło powinno być i dobro. Niestety sfery niebieskie nie zgodziły się wysłać do Biesczadów aniołków. Zatem biesy i czady uradziły, że biesy będą od złego, a czady od dobrego. I natychmiast wróciła normalność do tej krainy, a wraz z nią przybyli ludzie. **

Trudno polemizować z legendą, zwłaszcza, że jak dotąd nikt nie był w stanie dociec całej prawdy o pochodzeniu nazwy tych karpackich gór. Byli tacy, którzy doszukiwali się źródłosłowu w zamieszkujących północne krańce Karpat plemionach Bessów, odnotowanych w zapiskach Ptolemeusza, inni doszukiwali się albańskiego pochodzenia słowa; wg Kazimierza Dobrowolskiego oznaczały halę górską, łaki i pastwiska [ od alb. bjeska, bjeske, przyp. Autora]. Jeszcze inni, jak Jan Michał Rozwadowski, wywodził pochodzenie słowa Bieszczady z etymologii germańskiej, w gwarach środkowo- dolno- niemieckich słowo besket oznaczało przedział lub rozdział wód.

Ta naukowa niepewność dowiodła więc, że legenda przerosła rzeczywistość, powtarzana od dawien dawna przez bieszczadzkich bajarzy, stała się częścią tutejszej historii, jedyną prawdą poza prawdą, dodająca magii i tajemnicy temu dzikiemu jeszcze miejscu na wschodnim skrawku Polski.

Jeśli jednak nie do końca jesteśmy pewni pochodzenia słowa Bieszczady, świadomi jesteśmy wiążącej się z nimi historii, często okrutnej, szczególnie tej osadzonej w czasie drugiej wojny światowej i czasów bezpośrednio powojennych. Masowe wywózki Żydów, walki partyzanckie z niemieckim okupantem i podziemiem ukraińskim, z Armią Czerwoną i oddziałami słowackimi. Przymusowe wywózki Niemców, Łemków i Bojków są do dziś czarną kartą w powojennej historii Polski, nie rozliczoną i często przemilczaną. Z pewnością po wojnie Bieszczady zaczęły tracić swoją pierwotną tożsamość, napływowa ludność z Pogórza Dynowskiego i Strzyżowskiego, Śląska Cieszyńskiego i Sądecczyzny całkowicie zmieniła atmosferę tych ziem, zmąciła etnografię tego miejsca, w wielu przypadkach przyczyniła się do utraty świadomości historycznej i antropologicznej.

Nieliczne już na tej ziemi ślady dawnego osadnictwa są szansą na przetrwanie ponad tysiącletniej historii tego miejsca, pomnikiem w hołdzie ludziom, którzy od lat żyli w symbiozie z tą dziką krainą, na końcu świata, wśród biesów i czadów, w krainie Sana, wierząc legendzie i będąc legendą.


*Hess Marian, Bieszczadzka legenda, w: http://marianhess.blog.onet.pl/

** Potocki Andrzej, Księga legend i opowieści bieszczadzkich – Lesko 1998

20/02/11

Sunday, February 20th, 2011

Gdy temperatura w Bieszczadach osiąga zero stopni Celsjusza, czas trwa w zawieszeniu. Wokół bezruch i milczenie. Ludzie czują się podirytowani i senni, zwierzęta nie mają pojęcia czy już szykować się na wiosnę, czy może zanurzyć się jeszcze we śnie. Chodniki są wtedy z reguły na tyle śliskie, że można złapać zająca, śnieg na tyle kruchy, że nie sposób ulepić bałwana. Słońce ma zaropiałe oczy; ślady na ścieżce topią się w kilka chwil. Niebo ma posiniaczony kolor, ziemia się krztusi od wody.

Na ulicy żywego ducha. Nawet psa z kulawą nogą nie uświadczysz.

Dla Jośka Arbeitmana, lokalnego stolarza, zaczynał się normalny dzień pracy. Po śniadaniu zabierał heblownicę i dłuta udając się do swojego warsztatu stolarskiego naprzeciwko domu. Spędzał tam całe dnie nie nadążając za zamówieniami, czasem nawet przeklinał los, że mu tak dobrze idzie interes, obrażając się na wolę boga. Pod wieczór szedł do restauracji Izaaka Eisa na kieliszek wódki i skarżył się biesiadnikom, że mu trzeszczą kości.

Lutowiska były kiedyś prężnie rozwijającą się miejscowością, gdzie odbywało się dwanaście jarmarków rocznie, podczas których handlowano głównie wołami wypasanymi na połoninach. W miasteczku istniały restauracje i karczmy piwne, ukraińskie spółdzielnie Chrystyjans’ka Tarhovla i Jednist’, młyn wodny, fabryka mebli, tartak parowy, towarzystwa kredytowe, rozlewnia wody sodowej.  Swoje warsztaty mieli liczni rzemieślnicy, wśród nich garbarze, kuśnierze, płóciennicy, sukiennicy, pasamonicy, cieśle, szklarze, fiakierzy, kowale, kamieniarze. Działała też łaźnia oraz hotel.

Dziś wszystkie te rzemiosła zaliczyć można do zawodów ginących. Ostatni szewc zmarł w Lutowiskach w 1974, a krawiec w 1989.

W niedzielę po południu Lutowiska wyglądają jakby nigdy się nie obudziły ze snu.  Na starym greckokatolickim cmentarzu ktoś zapalił znicz. Płomień wierzga na prawo i lewo, tańczy w rytm narzucony przez wiatr. Stare, kamienne nagrobki przewracają się o zaspy śniegu.

W domach na wzgórzu świecą ekrany płaskich telewizorów, kobiety oglądają seriale, mężczyźni wiadomości. Ludzie zbliżają się do świata jednym przyciskiem pilota. Próbują wmówić sobie prawdę, że są jego częścią.

Za oknem wilki szykują się na randkę w ciemno.

19/02/11

Saturday, February 19th, 2011

Mglisty poranek w Lutowiskach. Rzeczywistość zawiesiła się w przestrzeni, rozmazała obraz na długość i szerokość miejsca. Cisza absolutna; wiatr się schował w kominie, pod nogami roztopił się śnieg. Spaceruję bocznymi ścieżkami, szukam rozdeptanych śladów życia pod powierzchnią śmierci.

Grupka starszych ludzi o coś się zawzięcie spiera. Gestykuluje nerwowo, z trudem zatrzymując krzyk. Po wczorajszych wyborach na sołtysa więcej jest niezadowolonych niż szczęśliwych. Pod sklepem spożywczym trwa debata publiczna na temat lokalnej polityki władz. Nieliczni turyści uśmiechają się pod nosem.

W Lutowiskach co druga osoba gra w lotto, każdy ma nadzieję, że ma więcej szczęścia niż pieniędzy.

W ruinach synagogi spotykają się miejscowi żule. Obciągają spirytus i denaturat, pod kamieniem znalazłem też butelkę po jarzębinówce. Obok, na tablicy informacyjnej, można dowiedzieć się, że żydzi byli tu najliczniejszą społecznością religijną, a Tora, znajdowała się w nawet katolickich domach.

Przedpołudniowa kawa pobudza i stawia na nogi. Myśli gubią się pod natłokiem słów, pamięć staje się wyraźniejsza, ale bardziej nerwowa niż zwykle.

Robię zaległe, tygodniowe pranie, próbuję znaleźć rozwiązanie na plamy po krwi, wspomnienie z Polany.

Po południu gubię miesięczny zarost, czuję jakiś brak, jakby cząstka mnie zniknęła pod brzytwą.

Na zewnątrz mojego świata dzieją się małe i duże wojny, trwają spory i manipulacje, wielcy ludzie podejmują wielkie decyzje, mali ludzie szukają małych szans.

Chińska zupka na kolację skutecznie rozgrzewa żołądek.

18/02/11

Friday, February 18th, 2011

Przed północą wilki słychać najwyraźniej. Prześcigają się w krzyku na głosy, czasem tak dotkliwie podobne do wycia psów, że aż nie do rozpoznania. W sklepie z łańcuchami mówią, że wczoraj u Staśka zagryzły pięknego owczarka niemieckiego. A kilka dni temu w Stuposianach o mało nie pozbawiły życia kundla.

Kasza manna spadła mi dziś z nieba na śniadanie. Z kawałkami jabłka i banana smakowała wyśmienicie. Do tego szklanka soku z jagodami i przepis na szczęście gotowy.

W pobliżu kościoła rzymskokatolickiego przez przypadek natrafiam na lokalną osobliwość- dwadzieścia dwie sadzonki drzew ustawione w łuku, reprezentujące dwadzieścia dwa znaki horoskopu celtyckiego. Jest tu jodła, wiąz, topola, platan, jałowiec, sosna, wierzba, lipa, dąb, leszczyna, klon, orzech, jaśmin, kasztanowiec, jesion, śliwa, brzoza, wiśnia, buk, jarzębina, grab i jabłoń.

Dowiaduję się, że jestem Lipą. Cechuje mnie wytrwałość i niezależność, lubię wygodę i stabilizację, ale jeśli zajdzie taka potrzebna świetnie czuję się nawet w szałasie. Jestem spokojny, dyskretny i trochę lękliwy. Moimi największymi wrogami są znużenie psychiczne i fizyczne. Zadowala mnie całkowicie to kim jestem, co posiadam i z kim się przyjaźnię. Należę do osób wyjątkowo precyzyjnych i pomysłowych. Mam coś z Einsteina z jednej i z Asnyka z drugiej strony.

Lubię lipę, szczególnie jej zapach jej kwiatów i nektar, który przypomina mi dzieciństwo; kubek herbatki z lipy obowiązkowo na przeziębienie.

Einsteina cenię za wytrwałość, Asnyka za wrażliwość. Siebie- za obecność; rozrzucam ślady w rytm własnych kroków, żyjąc tu i teraz, w czasie, gdy innym brakuje czasu, w przestrzeni, gdzie innym brakuje miejsca.

Bieszczady dają mi moc przenoszenia Gór.

Protected: 17/02/11

Thursday, February 17th, 2011

This post is password protected. To view it please enter your password below:


Protected: 16/02/11

Wednesday, February 16th, 2011

This post is password protected. To view it please enter your password below:


15/02/11

Tuesday, February 15th, 2011

O szóstej rano Agnieszka wraca do siebie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie o dwudziestej będzie w domu. Weźmie prysznic, obejrzy swój ulubiony serial w telewizji, zaśnie w ciepłej, świeżej pościeli w swoim pokoiku na piętrze. W drodze powrotnej do koliby czuję wyraźnie, że skurczyła się przestrzeń wokół mnie; pustka przyjmuje różne kształty.

Rozpalam ogień w kominku, gotuję wodę na kawę. Próbuję się zdrzemnąć, ale nie potrafię zamknąć powiek. Kroję chleb w cienkie kromki, smaruję dżemem, wyglądając przez zamarzniętą szybę próbuję pokonać brak.

O jedenastej wspólnie z leśnikami z Polany jadę do Czarnej, do Lutowisk docieram godzinę później ze stomatologiem z Ustrzyk. Czytam Twardowskiego w lokalnej bibliotece, piję dużo wody z Muszyny. O szesnastej mam już nowy dom. Na walizkach nigdy nie miałem adresu.

Spijam całe ciepło z prysznica. Na obiadokolację pajda chleba z paprykarzem i grzybowa zupa.

O siedemnastej w Lutowiskach jest już ciemno o tej porze roku.

Tłumaczę dwóch Francuzów z angielskiego na polski. Przejechali kupionym za osiemset złotych Fiatem 126p całą Polskę i właśnie tu i teraz silnik odmówił posłuszeństwa. Częstują mnie jajkiem na twardo i całą serią historyjek z trasy. Potem bawią się pilotem od telewizora, nie mogąc się zdecydować, który kanał oglądać.

Pani Luiza, matematyczka ze Stańkowej, nie zna angielskiego, więc zamyka się na klucz w pokoju.

Z nastawionej na herbatę wody w rondlu została tylko para.

Tęsknię do siebie, spalam się.

14/02/11

Monday, February 14th, 2011

Na trasie z Polany do Czarnej samochody jeżdżą bardzo rzadko.  Od kiedy w Ustrzykach powstał wielki supermarket, ludzie robią zakupy raz na tydzień. Właściciele sklepów w Polanie stają na głowie, by przyciągnąć klienta. Ale wygrać cenowo z konkurencją nie są w stanie. Na trasie z Polany do Czarnej trudniej dziś też zatrzymać samochód niż dawniej. Czas oczekiwania zwiększył się o kilkadziesiąt minut, kierowcy ignorują wystawiony kciuk, mają do załatwienia swoje sprawy, w swoim życiu, na swoich regułach. Świat się zmienił, o wiele bardziej, niż sobie zdajemy z tego sprawę.

Jesteśmy szczęśliwcami, po półgodzinnym oczekiwaniu, siedzimy w samochodzie osobowym zmierzającym prosto do Czarnej. Kierowca nie jest zbyt rozmowny, szukamy tematów, które mogłyby stanowić jakiś wspólny mianownik, ale nic poza spostrzeżeniem, że góry wyglądają pięknie o tej porze roku i, że jest ładna pogoda, nie przychodzi nam do głowy.

Przez szybę zwiedzamy galerię bieszczadzką Barak, kupujemy przekąski w miejscowym sklepie spożywczym i przez przypadek trafiamy do piekarni w Czarnej, tej samej, która piecze chleb bez konserwantów polepszaczy; otwiera nam uroczy pan w kitlu tłumacząc, że to piekarnia, nie sklep.

Biblioteka w Czarnej nie czynna do odwołania, bar otwarty tylko w sezonie letnim. W cerkwi greckokatolickiej zastajemy zamknięte drzwi, robimy parę zdjęć na pamiątkę.

Autobusem do Lutowisk, pojazd męczy się i zipie próbując pokonać wzniesienia po drodze. W bibliotece gminnej szukamy rozrywki w Internecie, reperujemy okrojony budżet nadwyżką z lokat; Babilon to dobre miejsce dla głupich.

Autostop z Lutowisk do Czarnej między jednym a drugim autobusem. Ciekawa konwersacja o wilkach, niedźwiedziach, szlakach turystycznych, osobowościach Bieszczadów; rady mądre i przydatne- na każdy rozum. Potem do Polany po specjalnej cenie- późna kolacja, rąbanie drewna i grzanie myśli przy kominku.

Zapowiadają dziś mroźną noc. Szykujemy śpiwory i koc.

13/02/11

Sunday, February 13th, 2011

Drzwi do kościoła ksiądz otwiera na godzinę przed mszą. To czas dla tych, którzy wolą modlić się w samotności, z jakichś przyczyn nie chcą być częścią lokalnej wspólnoty, albo po prostu przyszli za wcześnie. Mam w sobie cząstkę każdej z tych osób- wolę modlić się w samotności, nie chcę być częścią lokalnej wspólnoty [przynajmniej nie w tym momencie] i po prostu przyszedłem za wcześnie.

Agnieszka zachwyca się wnętrzem świątyni. Pstryka zdjęcia z każdej bocznej nawy, podchodzi do ołtarza, łapie w obiektyw malowidła na sklepieniu, wchodzi na chór, obejmuje wnętrze całą swoją ciekawością.

Właściwie to zostało tu niewiele z dawnego wnętrza. Jeszcze przed wojną była tu cerkiew greckokatolicka,  z ikonostasem i z tetrapodem, z wyszywankami pod każdą ikoną i trójramiennym krzyżem.

Dziś ślady dawnej cerkwi zostały już tylko w wyglądzie świątyni, kilka bań przypomina, że wśród mieszkańców Polany byli odmieńcy, co gadali po swojemu i nie po polsku, obchodzili święta z opóźnieniem, żegnali się trzy razy przed krzyżem i nosili wyszywane soroczki w każdą niedzielę.

Zabolała mnie wizyta w tym miejscu. Otworzyły się dawne rany. Odmienność dała o sobie znać, oczy załzawiły się na widok pustych ikon.

Wracam do domu ze zranioną duszą. Agnieszka przekazuje innym znak pokoju czując radość Wspólnoty.  Ja- smutek.

Szukam odpowiedzi na pytania o własną tożsamość w obcym domu, który traktuję jak swój.

Protected: 12/02/11

Saturday, February 12th, 2011

This post is password protected. To view it please enter your password below:


11/02/11

Friday, February 11th, 2011

Nocą, niepostrzeżenie, przyszła zima. Nanosiła trochę świeżego śniegu, wyziębiła izbę w chałupie, ukryła szczegóły życia pod białym puchem. Zawiązała nam szaliki pod szyją, nałożyła czapki na głowy, rękawiczki na dłonie.

Poranna wyprawa po wodę ze strumienia, rozpalenie w kominku, gadka przy kawie, chleb ze szprotem w sosie pomidorowym, artykuł z Wyborczej o tych, którym się w życiu udało.

Agnieszka sprawia wrażenie jakby była częścią tego miejsca od zawsze, choć sama zarzeka się, że jej szczyt marzeń to zupełnie inna przestrzeń. Przyjemnie zobaczyć ją w akcji- jak walczy z pniem energicznie wymachując siekierą, jak dmucha na ogień, który, uparty, jak na złość nie chce się rozpalić, jak miesza w kociołku kaszę mannę na wodzie, jak się uśmiecha w lustrze.

Przedpołudniowa wyprawa na wieś, kończy nam się chleb i woda do picia. Po drodze mijamy amatorską galerię sztuki. Trochę aluminium, wikliny, olejnych płócien; flaga Tybetu zdradza zamiłowania artysty. W prowizorycznej szopie debatujemy nad wyższością sztuki prymitywnej nad sztuką popularną. Na pożegnanie machamy ręką do metalowego potwora przy drodze, zachęcającego[?] do odwiedzenia wystawy.

Kilkaset metrów dalej po przeciwnej stronie, za mostem na rzece Czarna, zaliczamy kolejną galerię, państwa Żmijewskich,  tym razem nie w szopie, lecz starej pobojkowskiej chyży, kuszeni zachęcającym pejzażem Bieszczad.

Na końcu wsi odwiedzamy popadający w ruinę bar; przypomina on raczej sanatorium niż punkt gastronomiczny. Przez otwarte drzwi zaglądamy do środka. Wnętrze, choć w pierwszym momencie straszy wilgocią i odrapanym tynkiem, ma w sobie duszę, która na szczęście jeszcze nie umarła. W budynku natykamy się na ślady po melinie, górne pokoje wyglądają jak pobojowisko, wszędzie butelki po wódce i winie, słoiki, sterty starych gazet, ubrań, żelazne obicia łóżek, pęknięte muszle klozetowe w łazienkach, kozę na drewno; ktoś próbował rozpalić pod piecem, ale musiał przedwcześnie skończyć. Wiatr buszuje między stertami śmieci- przez pęknięte szyby piękny widok na góry i na kilka starych, zaniedbanych sosen, broniących dostępu do busynku, jak do twierdzy. W sklepie w Polanie kilka staruszek wyjaśnia, że miejsce to już od co najmniej roku świeci pustkami. Właściciel z Wrocławia uciekł z Polany, bo mu się biznes nie kleił, a pieniądze przeciekały przez palce. Dodają, że obiekt kilkakrotnie wystawiany był na sprzedaż lub przetarg, ale nikt nie był w stanie zapłacić czterystu tysięcy złotych za budynek stojący w miejscu, gdzie wrony zawracają a Bóg odwraca głowę.

W wiejskiej bibliotece stoją dwa regały z książkami, głównie lektury szkolne, ale jak zapewnia bibliotekarka są i romansidła; zapytana o dzieła Nietzschego tylko się uśmiecha- ludzie wolą czytać książki lekkie i przyjemne, bo na ciężkie mają alergię- rzeczywistość nie rozpieszcza.

Ojcowie Selezjanie otwierają kościół. Za chwilę rozpocznie się bezludna msza.

W drodze do domu towarzyszy nam pies, zostawi nas dopiero przy wiszącym moście, zawyje żałośnie, spuści głowę i wróci tam skąd przyszedł.

Potem znowu będziemy ogrzewać ręce przy kominku.

10/02/11

Thursday, February 10th, 2011

Wróciła wiosna. Na zewnątrz ponad dziesięć stopni powyżej zera, w domu jakby mniej.

Chleb z dżemem na śniadanie. Bochenek  znika błyskawicznie. W Czarnej pieką pieczywo tradycyjnymi metodami bez dodatków spulchniaczy i środków konserwujących, choć jak przekonuje sprzedawczyni z pobliskiego sklepiku, większość z powodu niższej ceny preferuje zakonserwowany, nafaszerowany chemią chleb z Żarszyna.

Piechotą, dziesięć kilometrów, do Lutowisk. Przypadkowy kierowca proponuje podwiezienie. Rezygnujemy, wierząc we własne nogi. Agnieszka łapie obrazy starą, uszkodzoną cyfrówką. Słońce jest dziś wyjątkowo hojne, niebo całe skąpane w błękicie. Po raz kolejny mijam Skorodne, kiedyś całkiem dużą wieś, dziś zaledwie kilkudziesięcioosobową osadę. W pamięci próbuję wskrzesić mapę dawnej wsi,  zlokalizować miejsce po dawnym młynie, karczmie i cerkwi. Jedynym śladem tamtych lat zostały dziś już tylko dzikie jabłonie i stary cmentarz. I potok, Głuchy, na wszystko.

W Lutowiskach kiełbasa węgierska na obiad. Podglądamy życie miejscowych chłopów z perspektywy przydrożnej ławki.

Potem kolejna wędrówka, wizyta na miejscowym cmentarzu greckokatolickim i żydowskim kirkucie. Z okolicznych wzniesień przepiękna panorama Bieszczadów Wysokich. Nieudana łapanka pojazdów mechanicznych w drodze powrotnej do Polany. Przy okazji uroczy zachód słońca w Dolinie Skorodnego.

Im dalej w las, tym ciemniej. Do domu prowadzą nas gwiazdy.

Wieczorem spóźnione ognisko, gorąca herbata znaczy teraz więcej niż tysiąc zarobionych kiedyś banknotów.

09/02/11

Wednesday, February 9th, 2011

Gdy otworzyłem oczy zobaczyłem Agnieszkę krzątającą się przy kominku. Dziwne uczucie- być wyręczonym we własnych obowiązkach, poradzić sobie z zaburzoną rutyną codziennego dnia nie jest łatwo. Uczę się o sobie nowych rzeczy- już nie widzę w lustrze elastycznego mężczyzny, uświadamiam sobie jak bardzo przywiązany jestem do własnej rzeczywistości, do ładu i składu według własnych reguł.

Jemy śniadanie we dwójkę, zostawiając resztki konserwy rybnej do wylizania kotu, za którym już zaczynam tęsknić.

Agnieszka znosi drzewo z lasu, a ja pochłonięty jestem piłowaniem grubych gałęzi. Kawa na drugie śniadanie. Termos, który przywiozła ze sobą Agnieszka, ma teraz w domu miejsce szczególne, pilnuje by w każdej chwili była gorąca woda na herbatkę, bulion albo kisiel w proszku.

Po południu spacerujemy po okolicy.  Z każdym krokiem potykamy się o historię, o jakiś ząb czasu wetknięty w ziemię albo między mury. W miejscowym sklepie robimy pobieżne zakupy, Agnieszka pstryka zdjęcia urzeczona otoczeniem. Zatrzymuje w kadrze czas, wbrew przepisom, że panta rei.

Po drodze szukamy prototypu własnego domu, jakiegoś fizycznego stanu posiadania; miejsce na duszę musi mieć ściany, dach, okna i drzwi. I kominek- dodaje Agnieszka.

Kasza na obiad przegryziony marchewką, delicje szampańskie na deser. Odpoczywamy na werandzie. Dostajemy kota po obiedzie. Chyba przestał się gniewać.

Za drzwiami do kuchni Agnieszka odkryła kilka śpiących motyli wtulonych w szpary ścian. Znalazła też dziurę w podłodze, mysią przepustkę do człowieczego świata.

Wieczorem czytam nagłos Agnieszce wywiad z profesorem Baumanem.  Rozmawiamy o utopiach, kruchości współczesnych relacji międzyludzkich i tęsknocie za stabilnością, której w dzisiejszych czasach jak na lekarstwo.

Protected: 08/02/11

Tuesday, February 8th, 2011

This post is password protected. To view it please enter your password below:


07/02/11

Monday, February 7th, 2011

Ten dom skrojony jest na moją miarę. Znalezione na werandzie sandały stworzone są na moje stopy, gumiaki z ocieplaną wyściółką pasują jak ulał. Sufit w sam raz na  mój wzrost, wszystko na wyciągnięcie ręki, nawet łóżko ani o centymetr nie przerasta długości mojego ciała. Wydłubane w drewnie świątki otaczają mnie opieką, myszy dotrzymują towarzystwa.

Z pokładów nagromadzonych w duszy pieśni słyszę melodię Mam swój dom grupy Caraboo. Nucę sobie pod nosem kilka zwrotek nie zawracając sobie głowy ani tonacją, ani rytmem.

Zimno. Temperatura w nocy spadła do dwudziestu trzech stopni poniżej zera. Oszronione szyby w oknie nawet w pełni słońca nie chcą się rozpuścić. Chucham na nie od czasu do czasu, dzieląc się swoim wewnętrznym ciepłem, przenikając pęcherzyki lodu.

W piecu palę rozważnie, logicznie. Rozpalam trochę suchego chrustu, dodaję szyszek i mchu, dmucham lekko podsycając płomień i energicznie dorzucam kilka cienkich gałązek.  Gdy drzewo jest kapryśne i nie daje się od razu rozpalić dorzucam trochę wosku ze zużytej świecy. Potem wkładam suche drewniane polano, czekam chwilę aż ogień pożre kawałek drewna i otaczam je mniejszymi, ale wilgotniejszymi gałązkami nazbieranymi w lesie. Pół godziny póżniej mogę już śmiało włożyć do kominka wilgotne drewno, choć oczywiście lepszy efekt cieplny przyniosłyby suche polana.

Rozgrzewam się czarną, mocną kawą z domieszką cukru, wciągam w siebie zapach pary jak narkotyk. Myślę o ciepłym Radżastanie i Uttra Pradesh, o upalnym Waranasi i Bophalu. Wspomnienia wypełniają dom, kartki zapełniają się śladami własnej i cudzej obecności.

Na półce odnajduję duży czarny album ze zdjęciami. Ktoś go podpisał niepewnym pismem Artur Samotnik. W środku, niewiele zdjęć, w większości puste strony ogołocone z fotografii, okradzione ze wspomnień. Wśród tych kilku, które jeszcze zostały, bo zakwalifikowane jako mniej ważne albo po prostu nie dały się odkleić, parę ujęć długowłosego, wysokiego ale drobnego mężczyzny, na oko po trzydziestce outsidera, spoglądającego na fotografa z przymrużeniem oka. I jakby na zakończenie dodatkowy slajd z pogrzebu, uwieńczenie życia anonimowego artysty, po którym zostało w domu parę rzeźb, karmników, drewnianych pudełeczek, solniczek i cukierniczek, jeden ocalały list, parę stron pamiętnika i stary, znoszony sweter.

Całe popołudnie spędzam na porządkowaniu myśli, łagodzę nagromadzone emocje szklanką wody mineralnej.

Rąbię dziś drzewo energiczniej niż zwykle. Z jakąś młodzieńczą brawurą, werwą i podwyższoną motywacją. Czuję się silniejszy o czyjąś obecność, która, mimo że anonimowa, napawa mnie radością.

Wieczorem odkrywam, że nie istnieje coś takiego jak śmierć.  Wierzę w życie wieczne.

06/02/11

Sunday, February 6th, 2011

Drobno zmielona kawa musi mieć odpowiednią konsystencję.  Krople muszą być na tyle gęste, by zawierały w sobie całą treść smaku. Nie powinny przepłynąć przez gardło niezauważone. Powinny raczej pozostawiać na języku przez wiele godzin, być strażnikami jasności umysłu przez większość dnia.

Niedzielny poranek ma w sobie coś ze święta. Nie muszę rąbać drzewa, czy nosić wody ze strumyka. Mogę się całkowicie obnażyć  przed samym sobą, rozkoszować widokiem z okna, zająć się zaległą lekturą, odrobić pisarską pracę domową. Mogę też nałożyć na siebie odświętne ubrania i udać się do pobliskiego kościoła na modlitwę- podążyć śladami tych, którzy robią to od lat. Zbyt wiele opcji wyboru prowadzi niestety człowieka do frustracji. Opanować wolność jest o wiele trudniej niż ją otrzymać.

Wiosna odsłoniła dziś przede mną ukryty kawałek świata. Rzeźby w kamieniu, liczne drewniane świątki porozrzucane wzdłuż i wszerz zagrody, nieznane fragmenty kalendarzy i pamiętników, stare rondle z przepalonym dnem, rozliczne pamiątki po starych mieszkańcach domu.

Wiosna wyprostowała zmarznięte palce, zdjęła czapkę z głowy, rozwiązała sznurowadła, wyzwoliła ptasi śpiew z zamarzniętego dotąd lasu. Wiosenne święto w samym środku zimy. Natura płata figle nawet najtwardszym porom roku.

Mogę dziś obciąć przydługie paznokcie bez pomocy płomienia świecy, wykąpać się, wyprać brudne skarpetki. Nie każdy rozumie nakazy religii tak samo.

Spaceruję przez kilka godzin wzdłuż drogi na Skorodne, zatrzymuję się przy murowanej kapliczce na krótki rachunek sumienia. Wkładam palec w sam środek Chrystusowej rany.

Od czasu do czasu mijają mnie samochody osobowe, machają przyjacielsko ręką kierowcy, obszczekują kundle, pozdrawiają sąsiedzi. Flirtuję z ptakami przedrzeźniając się z nimi na głosy. Próbuję wycisnąć nieprzyjemną krostkę na nosie, ale ona, jak na złość nie daje się zniszczyć.

Strumień płynie powoli, jak czas. Niesie ze sobą kępki traw i trącone wiatrem gałęzie, woda ma smak jasnobrunatny, od czasu do czasu przewracając się o przypadkowe kamienie stojące jej na drodze.

Szybki kisiel na obiad, do tego niemałe jabłko. Trochę płomienia ogniska, dla przyjemności.

Samotność jest o wiele łatwiejsza do zniesienia niż tłum. Znajomy od siedmiu boleści mówił, że nie mam racji, że to wyraz głębokiego egoizmu.

Dla niektórych samotność to udręka, sygnał opuszczenia i depresji. Samotność, która wyzwala, jest największym osiągnięciem Duszy.

05/02/11

Saturday, February 5th, 2011

Czterdziesty pierwszy numer archiwalny Gazety Wyborczej przyniósł perłę. Reportaż o Heńku Bukiniście od Balzaka i Stachury. Jakaś cząstka wspólnoty z Nieznajomym. Smaczna treść na śniadanie. I wiosna na obiad.

Narąbałem sobie dziś ognia na trzy dni. Nanosiłem kilkanaście litrów wody z pobliskiego strumienia. Nauczyłem się łapania słońca w garść. Przez prawie godzinę milczałem na werandzie puszczając oko do przebudzonej muchy. Nakarmiłem kota resztkami konserwy rybnej, zostawiłem trochę okruszków z chleba myszy sąsiadce.

Przygarnąłem góry wzrokiem. Medytowały pod błękitnym niebem. Szukałem jakiegoś drobnego szczegółu, który mnie z nimi bratał. Od lat uciekałem w góry; zawsze na bosaka, naiwnie. Na chama. Musiały mnie cierpliwie znosić, machać ręką na niepokój, ból i złość. Miłość wariatka.

Pamiętam wędrówkę na Chreszczatą w 1994, z grupą młodych ludzi. Mieliśmy zawiązane oczy, polegaliśmy tylko na uścisku dłoni sąsiada, który wyznaczał kierunek, dawał bezpieczeństwo. Trzy lata później na tej samej trasie piekliśmy placki z zebranej po drodze pszenicy, rozgniecionej kamieniem na proszek i zmieszanej z wodą. Pamiętam obóz w Rajskiem, malowanie kamieni farbami olejnymi, prysznic zrobiony z konewki nad brzegiem Soliny. Albo samotną wędrówkę na koniec świata, spotkanie z Andrzejem alkoholikiem, hamakowanie pod jabłonią w Starym Łupkowie. Albo wyprawę na Tarnicę, otarte do krwi kolano po upadku.

W Bieszczadach spędziłem sporą część życia, z wilczym biletem, uciekając przed własnym cieniem i chroniąc się we własnym cieniu.

O siedemnastej w Polanie gaśnie słońce, księżyc na warcie służy gwiazdom.  Góry i ludzie zgodnie zapalają pochodnie.

04/02/11

Friday, February 4th, 2011

Zanim zjadłem pajdę pszennego chleba pomyślałem o Człowieku, który go upiekł. Potem, nakładając porcję masła, pomyślałem o Człowieku, który je wyrobił. W końcu smarując kromkę miodem, pomyślałem o Człowieku, który go zebrał.

W jednym kęsie pszennego chleba z masłem i miodem uzbierało się treści po brzegi ust.

Przez kilka godzin znosiłem martwe gałęzie przeczesując pobliski las. Od czasu do czasu potykałem się o kretowiska, tracąc grunt pod nogami i siłę w rękach. Śnieg topił się od złości, tracąc pod śladami swoją moc.

Potem zbierałem martwe, suche szyszki na podpałkę, przy okazji robiąc statystykę drzewa, rozkładając go na czynniki pierwsze i ostatnie.

Po południu wyszedłem do ludzi.

Dzieci z miejscowej szkoły kłaniały się, jakby mnie znały od lat. Psy przyjaźniły się od pierwszego merdnięcia ogonem, miejscowi browarnicy ściskali dłoń od dzień dobry. Łatałem dziury pamięci sekunda po sekundzie, chwila po chwili.

Wieczorem wróciłem od ludzi.  Z kiełbasą podwawelską podsuszaną, butelką mleka i woreczkiem kaszy gryczanej na surowo. Straciłem panowanie nad czasem, zasypiając po trzeciej kawie.

Obudził mnie mroźny oddech nocy. W pośpiechu rozpalałem w kominku, w międzyczasie obserwując niebo.  Mały i duży mleczny wóz, rój meteorów i pogryziony księżyc zerkał na mnie spod nieboskłonu, ziewając stadem nielicznych chmur.

W domu znalazłem fragment koca, zaatakowanego przez myszy- wyglądał niczym Adamski ser, ale nadawał się jeszcze do swojej roli- opatuliłem nim stopy i fragment łydek. Ogrzewałem oddech płomieniem świecy starając się wygonić chłód.  Ospały ogień próbował połykać łapczywie drzewo, które stanęło mu ością w gardle; w rezultacie zakrztuszony płomień zgasł, żarząc się ze wstydu.

Długo nie mogłem zasnąć. Nie potrafiłem też w żaden sposób uwolnić ognia z żaru. W końcu dałem za wygraną, pocieszając się, że jutro będę miał kolejną szansę.

Przejrzałem czterdzieści numerów archiwalnych Gazety Wyborczej bezskutecznie szukając klejnotów.

03/02/11

Thursday, February 3rd, 2011

Gdy zabrakło ciszy, uciekłem w Bieszczady. Ze starej mapy wydarłem kawałek zawieruszonej pod Otrytem przestrzeni, czmychnąłem w świat wytarty z miejskiego gwaru, z opium szeptów, z trajektorii babilońskiego bytu. Wszedłem w samotność, między wgórze a rzekę, z myszą sąsiadką i rysiem, przypadkowym gościem.

Nabiłem sobie guza przy rąbaniu drzewa. Wytarłem ranę zimnym śniegiem, ze starego podkoszulka zrobiłem opatrunek; ból minął po kilku minutach rozpływając się w garści białego puchu.

Z polan ustawiałem zgrabne stosy, porcje dzienne i tygodniowe, poranne i wieczorne. Pracowałem trzy, cztery godziny, robiłem przerwę na kawę i chleb z dżemem, kontynuując Siekierezadę do ostatniej deski.

Potem siadałem na progu, dłubałem w nosie i bawiłem się z kotem przybłędą. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia. Tyle co nic.

Na wiszącym moście uczyłem się grawitacji, przerażała myśl o kąpieli w mroźnym strumieniu, więc egzamin zdałem-  choć pozbawiony wolności lewitacji.

Starannie badałem najbliższe otoczenie, próbowałem rozpoznać ślady dzikich zwierząt, lecz w konsekwencji udało mi się jedynie odróżnić ludzką stopę od łapy domowego kota przybłędy.

Zrzucałem z siebie maskę po masce, w końcu odkryłem, że zostało we mnie tylko małe dziecko, bezbronne i strachliwe jak wróbel.

Bałem się szumu wiatru, skrzypienia drzwi i podłogi, trzaskania ognia w kominku. Próbowałem zamknąć uszy na dźwięki, lecz te, jakby na złość, dźwięczały donośniej i prężniej.

Uczyłem się ciszy od początku. Bolało.

Wieczorem napaliłem w kominku. Ogień połykał gałęzie stopniowo, wysysał z nich resztki życia. Wbrew pozorom, śmierć nie ma łatwego zadania, życie nie kapituluje bez walki.

Gorąca herbata w towarzystwie Kierkegaarda i Kanta. Zadymione fragmenty myśli oswojone przez sen.