‘Obrazki z końca świata’
[13/07/09]*
Monday, July 13th, 2009*[appendix do dzisiaj]
odlatuję. pozegnanie z gorami jest dla mnie wzruszeniem. los emigranta, zyciowego anarchisty, powsinogi, bywa czasem okrutny. pakowanie walizek, rozpakowywanie walizek, praca, brak pracy, smutno wesoło, raz na wozie raz pod wozem. nie jesteśmy dla siebie stworzeni pojedynczo, panie poeto, panie przemadrzaly, panie z tamtego swiata, zaprzeszlego. chwytam was gory, za szczyty, zabieram ze soba, w sercu, pod piersią, olbrzymie jak dom.
pozegnalna kolacja u szwejka. w ciszy. w trwaniu wzajemnym. wdycham ostatnie godziny tu i teraz, robię zapasy powietrza stad.
jestem nienasycony. nienasycenie wyłazi ze mnie w krzyku duszy, w tesknocie slowa, w morfologii wiersza. wybacz aldaron, bracie stad i stamtad, ze mijalismy sie w pół wzroku, czasem za mało czasu, by stanąć naprzeciw siebie i sie wzrokiem nie minąć. wybacz kasiu, samotność bywa jak choroba przykuwająca do łóżka, drętwieje. wybacz aniu, do zobaczenia w odrzykoniu na skałkach następnym razem, gdy bedzie jeszcze piekniej.
wybaczcie ci co nie tyle w słowach ile w myslach i w sercu ci co nieuchwytni w oczach ci co w cieniu drzewa ci co nieslyszalni was przepraszam najmocniej bo wy wszechobecni
‘ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą’
[13/07/09]
Monday, July 13th, 2009duszno i parno po tej stronie świata. powietrze zawiesza się w bezwietrznej przestrzeni, na listkach mlodych drzewek i ulicznych lampach. źycie nadaje tempo biegowi zdarzen, a człowiek poci się w biegu, dusi się i przewraca o wystajace kłody.
lubię ten północno- wschodni kawałek sanockiego rynku. lubie przypatrywać się wędrującym tam i z powrotem przechodniom, wschłuchiwać w muzykę pobliskiej fontanny, wpatrywać w przestrzeń co przede mną i nade mną, odmierzać czas miejscowym hejnałem z pobliskiego kościółka, podsłuchiwać wyznań miłosnych, skarg, zażaleń, lęków i kłótni.
droga wiedzie mnie krętą ścieżką, wsród lasów i pól, za rękę, z aniołem stróżem od niedorozwiniętych.
[12/07/09]
Sunday, July 12th, 2009poranna msza u franciszkanów nie przyciąga tłumów. ławki naprzeciwko ołtarza świecą pustkami. za to na zewnątrz formuje się kilkumetrowa kolejka do wejścia. rzecz w tym, ze nikt nie wchodzi. nikt sie nie rusza. nikt nikogo nie przeprasza, ani nie pyta, dlaczego tak stoi, w kolejce. w progu świątyni zawisła jakaś niewidzialna przeszkoda, jekieś niewidoczna ściana, która nie pozwala zrobić kroku przed siebie, do boga.
po mszy dorośli idą na piwo, dzieci na lody, ksiądz do zachrystii. ukrzyżowany chrystus zostaje sam.
moja bezbożna niedziela. moja bezskuteczna próba przedarcia się przez niewidoczną ścianę do zewnątrz. do środka. do stóp.
do miłości.
[11/07/09]
Saturday, July 11th, 2009zajmuję metr kwadratowy sanockiego rynku. północno-wschodni kraniec z widokiem na góry słonne.
myślę o domu, ciele pachnącym źywicą i lasem, z oknem na poludnie i kominem w niebo. zalewam kawą poranną chrypkę, rozmazuję- jak za starych dobrych czasów- krople rosy na betonowej posadzce, gladze kilkudniowy zarost pod włos.
za mną okruchy drogi. rozsypane wsrod pól, wzgórz i dzikich sadów, dzwieki zaklete w drewnianej chalupie na koncu swiata, uczucia obmyte gorskim potokiem, emocje uderzone bryza beskidzkiego wiatru…
rownie dobrze mógłbym być tu i tam
teraz i przedtem
dziś i jutro
[10/07/09]
Friday, July 10th, 2009maczam stopy w lipcowym sanie, woda lagodnie wdziera się między palce, slonce suszy mokrą skórę w mgnieniu wiatru.zanurzam się w nadbrzeznych trawach po czubki oczu, robaczki, komary, mrówki, żuczki łapią się na otwartą dłoń. Kradnę kaźdą sekundę dnia, tego pobytu nadbrzeżnego, z dala od ulicy, od wichury miasta.
nieopodal, za ścianą, czai się szara codzienność
[09/07/09]
Thursday, July 9th, 2009ulewa zamyka drzwi na świat, bóg wyzyma pranie po grzesznikach. przegrywam partię warcabów z amerykańskim hipisem wlóczęgą- jakoś mu się odwdziecze, kilka godzin pozniej. jadalnia staje sie miejscem dlugiej opowiesci. od osobistych historii puchna szyby, mysli i glos. pozniej słońce na łeb na szyję.
szarlotka z bita smietana na pokrzepienie zoladka. spacer po sanockim rynku w te i we w te, wiersze rymkiewicza na przeczekanie, lody na potem.
potok krokow, glosow, ruchow, ksztaltow, zapachow, barw. rytmiczna, nieslyszalna wymiana oddechow. powietrze to jedno z niewielu rzeczy, bez prawa własności. jak niebo- dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba.
[08/07/09]
Wednesday, July 8th, 2009budowniczy wstaja o szostej czterdziesci piec. witaja sie glosnym szeptem i poranna kawa. medrkuja nad kazdym centymetrem sciany, rozkladaja narzedzia niczym na hali targowej gotowi na kazda tranzakcje za marny grosz. o siodmej dziesiec ida w ruch wiertla, betoniarki i koparki. zadna poduszka nie jest w stanie wytrzymac takiej symfonii. codziennie o siodmej dziesiec zrywam sie z lozka na krzywe nogi, zaparzam poranna kawe, spryskuje twarz zimna woda, przegladam sie w lustrze i zapominam o sprawie.
na rynku w dukli opalaja sie bezrobotni, smieja się z budowniczych, wypominajac im kazdy centymetr nierownej sciany. budowniczy jakby w odwecie krzycza ze u bezrobotnych nierowno pod sufitem.
często odwiedzam dworzec autobusowy w dukli choc nigdzie nie wyjezdzam. przygladam sie ludziom z dystansem podroznego, ktorego autobus nigdy nie odjedzie. starsze kobiety z olbrzymimi plociennymi torbami wyciagaja zbolale nogi pelne zylakow, zadrapan i siniakow daleko przed siebie, jakby sie chcialy ich pozbyc, chocby na chwile, chocby do czasu planowego odjazdu autobusu do rodzinnej wioski, chocby na moment- precz od siebie, od tego, co jeszcze bez zylakow, zadrapan i siniakow, daleko od smierci.
dzieciaki chlapia sie w kaluzach. jakby niechcacy wpadaja do wody, potem narzekaja na kazdego klapsa, ze za co. rodzice gestykulują śmiesznie rekami i ustami, rodzaj macierzynskiej i ojcowskiej traumy. krzykiem reguluja kazdy ruch dziecka, a dziecko, jak to dziecko- na to wszystko skacze.
ci, co jada do krosna, ubrani odswietnie; do stolicy nie wypada inaczej, w dresie albo dzinsowych spodniach. do stolicy jedzie sie zalatwic WAZNE sprawy, zjesc obiad w porzadnej restauracji, zrobic zakupy w markowym sklepie. w dukli nie ma sie czego wstydzic- ani workow pod oczami, ani oderwanego guzika w marynarce, ani niepolakierowanych paznokci, ani dziry w rajstopie, ani zylakow na nodze, ani strupa na czole, ani ani. w dukli sie nie krepuj.
ci, co jada do polan, ubrani po uszy, mawiaja ze gdy w dukli nie pada, to w polanach leje, a gdy w polanach leje to w dukli pada. kobiety i mezczyzni w srednim i podeszlym wieku w kurtkach ortalionowych lub wysokich golfach, choc na zewnatrz dwadziescia stopni pare, wiaza kosy i siekiery, pily i czesci od traktorow, proszki do prania i proszki na reumatyzm. Pod paznokciami grudki ziemi, dlonie w smarze lub widocznych odciskach, u tych, co jada do polan, linie zycia wyrazniej widoczne niz linie snu.
kilku studentow z torbami podroznymi po ostatnie zaliczenia do rzeszowa, dziewczyny w dobrze skrojonych bluzkach i ogolonych nogach, z ulozonymi porzadnie wlosami, z delikatnymi dlonmi, bez linii zycia ani linii snu, z pomalowanymi oczami pod kolor ubrania, z poczuciem wyraznej wyzszosci zarowno nad tymi co do krosna i tymi co do polan.
ni z stad ni z owad para gorolazow, z plecakami ponad glowami, i buciorami oblepionymi glina. z potem na czole i cuchnacymi koszulkami polo. z mapa na wznak, na katowice wroclaw lodz i olsztyn.
wieczorem wracam do pokoju na pietrze, piję kawę, wypełniam aplikację, słucham muzyki i zapominam o całym, bożym świecie.
[07/07/09]
Tuesday, July 7th, 2009chwila w krosnie, na rynku wsrod kawiarnianych parasoli i kamienic. wdeptuje do pobliskiego baru, ktory oferuje prawdziwie tureckiego kebaba sa prawdziwe tez pieniadze. odchodze z wyrzutami sumienia, ze prawdziwych pieniedzy u mnie jakby brak a i ochoty na kebaba tez.
w bibliotece miejskiej wirtualne spotkanie ze światem. potem słony rachunek na szczęście.
za drobne uciułane z grubych banknotów kupuje bilet powrotny do dukli.





















