‘W strone Indii’

26/10/10

Tuesday, October 26th, 2010

DSCI0916.JPG
Herbatniki i goraca herbata na sniadanie. Z Sanchi wyruszamy lokalnym autobusem do Bopalu. Po godzinie jazdy docieramy do celu.

Bopal to miejsce o posmaku islamu. Wyczuwa sie to na kazdej ulicy, na kazdym kroku.Meczety wpisuja sie w krajobraz wyraznie, architektura islamska wyroznia miasto sposrod wielu innych w Indiach.

Niezmienny jest chaos na ulicach i wszechobecny brod, przemykajace wzdluz drogi szczury i spacerujace srodkiem jezdni krowy. Bopal przypomina pod kazdym wzgledem olbrzymia dwumilionowa wioske o wzbogaconej supermarketami, hotelami i korporacjami architekturze.

Thali na obiad. Szesc chapaties, dwie subji, dhal, troche cebuli,kawalek marchewki i pomidora. Agnieszka to uwielbia. Mi bardziej odpowiada cena niz smak.

Olbrzymie plecaki przykuwaja uwage wlasciwie kazdego przechodnia. Kazdy pyta co tam wieziemy, skad jestesmy, kazdy sluzy pomoca i rada.

Wieczor w Indiach zaczyna sie o osiemnastej. Wtedy gasnie slonce, ostre swiatla reflektorow zalewaja ulice. Nocny Bophal budzi sie do zycia.

22/10/10 [appendix]

Friday, October 22nd, 2010

Z Sarnath wracamy pociagiem osobowym do Varanasi. Dziesieciokilometrowa trase przemierzamy w… cztery godziny. Z biletem za dwie rupie rozkoszujemy sie kontaktem z pasazerami glownie stad, zadnych turystow- szybko stajemy sie obiektem zainteresowania miejscowych. Zaatakowani krzyzowym ogniem pytan powoli oswajamy ciekawskich, z niektorymi nawiazujemy nawet przyjacielskie relacje; jednych interesuje ogolona glowa agnieszki, innych moja nieogolona broda. Dzieciaki zainteresowane sa bardziej zawartoscia naszych portfeli i plecakow, niz nasza osobowoscia, mlodzi chlopcy stanem cywilnym- od dobrych paru miesiecy jestesmy bowiem z Agnieszka w zwiazku malzenskim, co z pewnoscia pozbawilo nas wielu niepotrzebnych problemow podczas tej podrozy.

W przedziale kilku wyznawcow dzynizmu obdarowuje nas ulotkami po hindusku, ktos prosi nas o adres, ktos inny o wode mineralna. W ktoryms momencie nawiazujemy rozmowe z mlodym chlopakiem z Bombaju, doskonale orientujacym sie w wydarzeniach na swiecie, sceptycznie patrzacym na przyszlosc Indii, krytykujacym spoleczenstwo, zarzucajacym mieszkancom zabobonnosc i brak wyksztalcenia. W ogolnym natloku krytyki dowiadujemy sie duzo o Indiach- ciekawych miejscach, historii tego kraju- nasz rozmowca okazuje sie obiezyswiatem doskonale wladajacy angielskim, dobrze wyksztalconym i liberalnym demokrata.

Wiekszosc ludzi w wagonie jedzie bez biletu. W pociagach osobowym rzadko pojawiaja sie konduktorzy- czasem nie jest to mozliwe z liczebnosci wagonow- tysiace Hindusow wybiera te forme transportu bo najtansza i najwygodniejsza; z tym ostatnim nie zawsze mozna sie zgodzic- nie raz juz podczas podrozy po Indiach widzielismy wagony wypelnione po brzegi; czesto liczba pasazerow przechodzaca ludzkie wyobrazenia.

Dworzec w Varanasi to drugi dom dla wielu mieszkancow miasta. Niektorzy mieszkaja tu od lat, inni dopiero sie tu zadomowili. Niektorzy umieraja na peronie, codziennie przedstawiciele organizacji charytatywnych wynosza kilka cial do kremacji w jednym z waranaskich ghatow.
Mieszkaja tu zarowno starzy jak i mlodzi ludzie, choc tych pierwszych jest z pewnoscia najwiecej. Sa tez kalecy, tredowaci, chorzy i wycienczeniz glodu. Sa dzieci w obdartych ubraniach, sa matki skora i kosci, sa mezczyzni cierpiacy na samotnosc.
Ci, co sa w stanie chodzic, ruszyc reka lub glowa, pomagaja swoim sasiadom z podlogi- przynosza jedzenie ze smietnikow, lub wyzebrane od zachodnich turystow, przykrywaja plandeka, zamieniaja kilka slow. Ich swiat zamkniety jest w olbrzymich tobolach za plecami, w przestrzeni metr na poltora. Obok swiat przesuwa sie do przodu, ich zegarki zatrzymaly sie w czasie.

Miedzy lezacymi bezdomnymi biegaja szczury i myszy. Od czasu do czasu malpy kradna ostatnia pajde chleba. W tlumie bezwolnych cial slychac pojekiwania, szelest gniecionych gazet, krzyk przez sen, szczegolnie gdy gasnie swiatlo, przestaja dzialas wentylatory i megafony, z ciemnosci wylania sie szept smierci.

Zagraniczni turysci z reguly nie dziela lawek z miejscowymi podroznymi. Przesiaduja w klimatyzowanym pomieszczeniu dla Vipow, rozkoszuja sie wygodnymi fotelami i bezposrednia ochrona pracownikow dworca. Tylko nieliczni nie boja sie nie byc obok.

Latwiej jest zyc ze swiadomoscia, ze wszystko jest przeciez w porzadku.

22/10/10

Friday, October 22nd, 2010

SAM_5976.JPG
Chleb na parze w tybetańskiej restauracji godny polecenia. Dobry i pozywny. Do tego omlet z pomidorem, i czarna kawa- od jakiegos czasu nieodłączny dodatek do każdego posilku.
Remanent w plecakach, po wnikliwych obliczeniach- cala szafa nowych ubran. Do Indii wjeżdżaliśmy z dwunastokilogramowymi plecakami, teraz zwiększyły one wage co najmniej dwukrotnie- odczuwaja to i plecy i oczy.
Ostatni spacer po magicznym Sarnath, ostatni rzut oka na miejscowe swiatynie i ludzi.
Zimny prysznic, pranie, krotka przerwa na relaks, obfity obiad, szybkie zakupy, podroz pociagiem do Varanasi.
Powoli przesuwamy się na poludnie, nocnym pociagiem do Khajuraho.
SAM_5904.JPG
DSCI0412.JPG
SAM_5913.JPG

21/10/10

Thursday, October 21st, 2010

DSCI0389.JPG
Pozne tybetańskie sniadanie. Zwiedzamy Sarnath szlakiem buddyjskich świątyń. Mijamy wysoka Damek stupe, Chaukandi stupe, ruiny starejMulagandhakuti vihary i jej nowa wersje, Ashoka pilar, przechodzimy obok muzeum archeologicznego, parku jeleni z niewielkim stawem pelnym krokodyli, kilku restauracji dla zgłodniałych turystow i pielgrzymow.
Wzdluz trasy ciekawe kawiarnie z piecami glinianymi wlasnej roboty, okazja na indyjska herbatke z mlekiem lub czarna kawe. Spotkanie z właścicielem sklepu z jedwabiem i mila rozmowa. Opowiesc o jego niemieckiej zonie, podrozach do Europy, roznicach kulturowych, ekonomicznych, religii i współczesnych Indiach.
Odpoczynek w klasztorze, upal niezmienny, wilgotność powietrza nie do opanowania, cisnienie niskie, senność.
Spotkanie z lokalnymi wiewiórkami i jaszczurkami; walka z komarami.
Pyszny obiad w znajomej już tybetańskiej restauracji, poobiednia kawa. Spacer do sąsiedniej wioski poszukiwaniu bankomatu, przeprawa przez blotnista droge, wyścig z rikszami i turystycznymi autokarami.
W tle modlitwa buddyjskich mnichow, dźwięk bębnów i mantry, spiew ptakow i wyrazne, rzezkie bicie serca.
DSCI0414.JPG
SAM_5937.JPG
DSCI0413.JPG

20/10/10

Wednesday, October 20th, 2010

Wspolnie z japonska turystka Mai jedziemy do Sarnath. Mijamy gliniane domy, spacerujace wzdluz drogi matki z dziecmi wyciagajacy rece po kilka rupii, przeciskamy sie pospiesznie przez tlumne i chaotyczne ulice, jadac raz pod prad innym razem z pradem. Byle do celu.

Sarmarh to mala wioska polozona ponad dziesiec kilometrow na polnoc od Varanasi, z malenka kolejowa stacyjka i liczna liczba swiatyn buddyjskich. To tu kilka tysiecy lat temu Budda nauczal swoich uczniow uniwersalnych praw skoncentrowanych wokol ludzkiego zycia- praw dharmy- skupiajac wokol siebie ponad pieciuset uczniow i wyswiecajac ich na mnichow. To wlasnie w Sarnath po raz pierwszy powstal pierwszy klasztor buddyjski ze swoja organizacja i struktura.

Sarnath to przeciwienstwo Varanasi- miejsce mniej tlumne, ciche, zielone, calkowicie oddane modlitwie i zadumie. Komercja jeszcze nie wgryzla sie w pejzaz tego miejsca, choc turystow duzo.

W lokalnej restauracji u usmiechnietego po uszy tybetanczyka jemy pozne sniadanie, spacerujemy uliczkami wioski, nawiazujemy przyjaznie z miejscowymi dzieciakami, ktore uwielbiaja pozowanie do zdjec- czuja sie wtedy jak modele, powieksza sie ich poczucie wlasnej wartosci. Znalezienie sie w kadrze aparatu fotograficznego jest dla nich zaszczytem.

Kobiety z wioski wylawiaja liscie z miejscowego jeziora, ukladaja stosy siana, przekopuja grzadki w ogrodzie.

Zwiedzamy buddyjskie swiatynie i klasztory- chinskie, japonskie, tajskie, tybetanskie- kazda ma wyjatkowy, niepowtarzalny klimat; cisza i spokoj ulatwiaja zadume, rozkoszujemy sie wiec kazdym miejscem, odpoczywamy w cieniu drzew grejfrutowych i bananowcow, chronimy sie przed sloncem pod palmami.

Pogoda nieprzyjemna, ponad czterdziesci stopni celsjusza, do tego duszno i parno.

Thali u Hindusa, potem odpoczynek w klasztorze. Pierwszy od tygodni deszcz, walka z komarami i mrowkami.

Potem wieczorny spacer, prysznic, fotograficzna retrospektywa, woda mineralna, herbata imbirowa.

Cisnienie niskie.

19/10/10

Tuesday, October 19th, 2010

SAM_5716.JPG
Onion dosa na sniadanie. Przekaska bardzo na miejscu.

Wizyta w Manikarnika Ghat. Cialopalenie. Obok siebie trupy bezdomnych i dostojnikow, laczy ich ogien, dzieli jakosc drewna, olejkow i liczba gapiow. Troche turystow, rodziny zmarlych, zakaz fotografowania, hinduski aparthaid, po lewej miejsce dla swoich, po prawej dla obcych. Cial kobiet w ciazy,sadu, dzieci i ukaszonych przez kobre sie nie pali, zanurza je sie w Gangesie w calosci, pozwala na dryafowanie na powierzchni wody. Dno Gangesu uslane jest trupami. Swieta rzeka kryje w sobie tajemnice wielu smierci.

Bezrobotni mlodziency oczyszczaja schody ghatu z nanoszonego blota. Krowy zanurzaja sie w wodzie, psy odpoczywaja na schodach, dzieciaki namawiaja do kupna safronu i marihuany.

Wedrujemy od ghatu do ghatu. Starcy proponuja masaz za dziesiec rupii, wlasciciele lodzi spacer po Gangesie za piecdziesiat, sprzedawcy jedwab i przyprawy za ‘dobra cene’.

W Varanasi to miejsce niespokojne, pozbawione plynnosci, chaotyczne, nieokielznane, pelne charakteru i osobowosci, duchowosc gryzie sie tu z komercja, bogowie sa tu do kupienia za kilka rupii. Za podpis prawo wstepu do swiatyni, wyznawca hinduizmu mozna stac sie za okazaniem paszportu.

Dwa razy dziennie Varanasi to miasto nadzwyczaj malownicze. O wschodzie i zachodzie slonca, kiedy ludzie w kolorowych strojach gromadza sie nad brzegiem Gangesu i wrzucaja wianki z prosbami do rzeki. Setki fotografow przesciga sie wtedy w wymyslnych kadrach, miliony mmsow ze zdjeciami krazy w mobilnej sieci. Obraz, ktory trzeba zapamietac. Na zawsze.

Dziewiecioletnia dziewczynka sprzedaje pocztowki za piec rupii, naklejki za trzy, mydelka wykradzione z hotelowych lazienek za jedna rupie. Probuje wyzywic wielodzietna rodzine, utrzymac ja przy zyciu, natretnie grymaszac przy kazdym turyscie, z nadzieja na przetrwanie. Kobiety z dziecmi blagaja o mleko dla niemowlat, kawalek chapati. Agnieszka mowi, ze swiat jest niesprawiedliwy. Matki z dziecmi, ze glodne.

Maly Hindus pomaga wujkowi w interesach, sprzedaje szale i koszule, spodnie i bluzki. Zna angielski nie gorzej niz francuski, polski czy rosyjski turysta. Ma kunszt sprzedawcy, umiejetnosc nawiazywania kontaktow i plynnosc wiedzy. Doskonale orientuje sie w psychologii, potrafi wyjsc naprzeciw kazdej potrzebie klienta.

Dwudziestodwuletni Vishnu od kilku lat prowadzi sklep z herbata. Ma przyjaciol na calym swiecie. Pomaga turystom w Varanasi znalezc tani nocleg i droge przez chaotyczne miasto. Jest zadowolony. Nie narzeka na ludzi, brak pieniedzy, jest wdzieczny Bogu, ze mial olbrzymie szczescie spelnic swoje marzenie. Cieszy sie ze swojego malego sklepiku niedaleko Zlotej swiatyni, cieszy sie z kazdej minuty spedzonej z ludzmi. Zyje chwila tu i teraz. Przeszlosc minela. Przyszlosc bedzie. Terazniejszosc JEST.

Dobre nalesniki w kilku lokalnych barach niedaleko Assi Ghatu. Czarna kawa. Potem chowmin na kolacje. Troche deszczu na deser, internet na przekaske. Pozny spacer do domu.

Blizej snu.
SAM_5729.JPG
SAM_5787.JPG
SAM_5808.JPG
SAM_5853.JPG

18/10/10

Monday, October 18th, 2010

SAM_5753.JPGSmak Varanasi. Gorzko- kwasny. Poranna przeprawa przez miasto. W tlumie. Powolna wyprawa donikad. Z kazdej strony Varanasi wyglada tak samo- gdzie sie nie obejrzysz twarze ludzi- mlodych i starych, bogatych i biednych, zywych i umarlych, na ziemi i na bambusowych noszach, na rikszach i na wlasnych nogach, na kolanach. Reka w reke, ramie w ramie. Obok siebie.

Chaos i brod. Halas i kurz. Setki swiatyn i ghatow, roztanczeni pielgrzymi, nerwowi turysci i rikszarze. Ganges niezmienny, prad silny, swieta rzeka laczy zywych i umarlych, swiat stad i stamtad.

Varanasi to miejsce gdzie latwo sie zgubic i trudno sie odnalezc. Niebezpieczne. Tylko dla odwaznych.

Kroczymy za tlumem ludzi, nie wiedzac dokad i po co. Goraco i duszno. Zachmurzenie duze, cisnienie wysokie.

Ganges wzburzony, porywisty jak wiatr. Kolorowe swiatynie rozplywaja sie w oczach, ulice placza, slowa krzycza.

Na cisze mozna liczyc tylko w sobie.

17/10/10

Sunday, October 17th, 2010

O trzynastej miejscowego czasu docieramy do Varanasi. Atakuja nas rikszarze i wlasciciele hoteli. Przekszykuja sie w ofertach i cenach, oferuja najlepsza obsluge. Potem ustawiaja sie do nas w kolejsce starcy i zebracy, ludzie prosza o zdjecie, blysk flesza razi nas w oczy.

A wiec jestesmy tu. Z godzinnym opoznieniem dotarlismy do miejsca, ktore dla Hindusow jest czym Mekka dla Muzulmanow, Jerozolima dla Zydow. Zatloczony, brudny, pelen podroznikow, bezdomnych i handlarzy dworzec raczej odstrasza niz przyciaga. Potem atak rikszarzy, targowanie sie o kazda rupie, tlok, posmiewisko i scena.

Varanasi to miejsce wojownikow. O kazdy kawalek przestrzeni, o kazdy kawalek chleba. Ulice pelne magow, swietych, rewolucjonistow, joginow, masazystow, filozofow, przewodnikow, lekarzy zapelnione sa po ostatnia szczeline. Wolni ludzie dziela sie jedzeniem z wolnymi zwierzetami- swinie na ulicach to normalnosc- podobnie jak kozy, krowy i bawoly, osly i malpy, konie i koty, psy i muchy.

Mieszkamy w pensjonacie z widokiem na Ganges, swieta rzeka wyglada pieknie zwlaszcza o zachodzie slonca. Kolory wody i nieba, swiatyn i pielgrzymow zgrywaja sie znakomicie. Kazdego wieczoru dzwieki bebnow wypelniaja kazda alejke, muzyka i spiew kazda swiatynie, modlitwa kazda dusze.

Kramy z jedzeniem zadowalaja kazdy zoladek, zapach swiezych warzyw i przypraw laczy sie z zapachem palonych kadzidel.

Cisza zapada pozna noca. Varanasi zasypia powoli, z wdziekiem, podobnie jak sie budzi. Noc to czas duchow i magii. Snow i tajemnych ceremonii, dostepnych tylko dla nielicznych.

14/10/10 [podroze rownolegle]

Thursday, October 14th, 2010

zeskrobuje kurz z zabrudzonych stop. przygladam sie palcom wykreconym to w prawo do w lewo, posiniaczonym kostkom, pecherzom na piecie. podroz musi cos z ciebie zabrac, aby cos mogla z siebie dac. podroz to przemieszczanie sie w czasie- tym rzeczywistym, mierzonym zegarkiem na rece, czasem spoznionym, czasem pozwalajacym minutom zbyt szybko uciekac przez palce i tym niewymiernym, plynacym nierownomiernie, odmierzanym emocjami, uczuciami i wydarzeniami nie mieszczacymi sie w obieciach rzeczywistego czasu.

tu i teraz, wiatr lekko uderza o framuge okna. firanki delikatnie unosza sie i opadaja na przestrzen szyby. za drzwiami grupy pielgrzymow modla sie w swoich swiatyniach o zdrowie i bogactwo. turysci pija dobra kawe w drogich restauracjach. malpy kradna banany lokalnym sklepikarzom. slonce uderza w twarz przechodnow mocnymi promieniami ciepla. biedni prosza o chappati albo porcje ryzu. zycie toczy sie od wschodu do zachodu slonca. nierozerwalne prawo rzeczywistosci.

tu i teraz, wedruje po suficie szukajac punktu zaczepienia. biala plama powieksza sie sekunda po sekundzie, potem zmienia sie w szarosc, by calkowicie zniknac po paru chwilach. potem rodzi sie nicosc. poczucie wyswobodzenia sie z granic wlasnego ego, ale i tesknota za tym magicznym ‘ja’, ktore jest niczym innym jak istota ‘mnie’, czyms co sprawia, ze indywidualnosc staje sie niepowtarzalna i odrebna.

tu i teraz zlosc i handra graja ze soba w karty. przywiazanie gardzi wolnoscia, wolnosc drwi z przywiazania. czas ma odmienna wartosc, czynnik uczuc dodany do logiki mysli. zycie ucieka mi przez palce, palce coraz mniej sprawne prubuja wziac zycie we wlasne rece.

kresle trase podrozy na wygniecionej i poplamionej tluszczem mapie. czerwonymi kropkami zaznaczam miejsca postoju, nazbieralo ich sie troche, zaczerwienione plamy wstydza sie emocji i uczuc, ktore nie powinny miec miejsca. wedrowka to nie tylko zmiany przystankow, hoteli, przelotnych znajomosci. wedrowka to dojrzewanie w przestrzeni i czasie o roznym wspolczynniku odczuwania, doswiadczenia.

wedrowka uczy pokory. zadna sekunda w czasie nie jest taka sama, kazdy moment jest indywidualny, niepowtarzalny, odrebny. kazda chwila pojawia sie i znika wraz z nastepna chwila. wedrowka to szkola zycia i szkola umierania. Poczucie przemijajacego czasu, ktore za nami i nadchodzacego czasu przed nami. Lekcja osadzenia w czasie rzeczywistym tu i teraz to najtrudniejsza z lekcji dla kazdego czlowieka.

samotnosc we wspolnej podrozy przez zycie i wspolnota w indywidualnej samotnosci jednostki. perfekcja nie do opanowania, przezywana burza zmyslow i emocji, ograniczona intonacja slow i ostroscia mysli. wspolna podroz to umiejetnosc akceptacji wibracji, ktore musza przeminac, bo taka jest natura rzeczy. negatywne emocje i pozytywny zachwyt, raniace slowa i goracy uscisk umieraja i rodza sie w jednej sekundzie. najtrudniejsze jest zaakceptowanie chwili w takiej formie w jakiej sie ona rodzi i umiera, bez nitki przywiazania lub kopniaka odrzucenia. lekcja na cale zycie. az do smierci.

rownoczesnie w czasie i przestrzeni odbywamy tysiace indywidualnych podrozy przez zycie. miejsca, ludzie i wydarzenia buduja drogi i sciezki, mosty i tamy, wodospady i uskoki. stawiamy kroki raz wolniej raz szybciej, przystajemy, biegniemy, spacerujemy, pedzimy, odpoczywamy i meczymy sie naprzemian. z kazda sekunda wedrujemy przed siebie, czasem ogladajac sie za siebie, z kazda sekunda wedrujemy przed siebie czasem prubujac zlapac niewidoczna przestrzen przed soba. robimy to mimowolnie; mamy do tego prawo.

kazdy z nas zyje po swojemu, z garstka swoich marzen, z bagazem doswiadczen na plecach.

kazdy ma swoja podroz od poczatku do konca. przezyta po swojemu, ale wspolna. Razem budujemy drogi i sciezki, mosty i kladki, spotykajac sie czasem w miejscach, ktorych nikt nie jest w stanie przewidziec. nasze podroze trwaja nieprzerwanie- w przestrzeni i w czasie, wewnatrz i na zewnatrz. wzdluz i wszerz. przez czas i przez mysl.

trwa.

07/10/10

Thursday, October 7th, 2010

O osmej sniadanie w lokalnym barze. Paranta i mleczna herbata. Bar przypomina nieco prowizoryczna szope, zbudowana z kilku drewnianych pali, otoczona brudnym lnianym materialem, zwienczona dachem pokrytym plandeka. Kamienny piec, butla gazowa z kilkoma palnikami, do tego beczka z woda, kilka stolow i drewnianych lawek to jej glowne wyposażenie. Menu rownie proste jak wnetrze baru- herbata, paranta i ryz- kombinacja indyjskiego sniadania obiadu i kolacji. Tanio. Najtaniej w Manikaran . Gdzies na zachodzie inspekcja sanitarna prawdopodobnie natychmiast zamknęła by takie miejsce z powodu niskiej higieny- tu setki podobnych miejsc działają legalnie; poki nie ma śmiertelnych ofiar salmonelli czy bakterii koli wszystko jest w porzadku. Na rozwolnienie najlepszy jest polski wegiel leczniczy. Piec tabletek trzy razy dziennie plus dwudniowa glodowka powinna pomoc.
Po sniadaniu krotka przejazdzka autobusem do Kashol. Enklawa zydowkich osadnikow i europejskich turystow. Dziesiatki hoteli, kawiarni internetowych, barow, biur turystycznych, sklepow z pamiątkami. Raj dla zakupoholikow. Stracony czas dla reszty.
Agnieszka poluje na okazje. Zaszywa się w sklepikach z bizuteria i ubraniami. Ja wole uciechy podniebienia.
Za sto rupii miejscowi jubilerzy sprzedaja kamienie księżycowe, topaz i ametyst, kucharki serwuja tuk pe za trzydzieści rupii, momosy za dziesięć i kawe za piętnaście. Koszula wg wybranego wzoru na zamowienie u lokalnego krawca kosztuje tu sto pięćdziesiąt rupii, Internet czterdzieści, woda mineralna dwadzieścia.
Za darmo można wymoczyc nogi w rzece, wejsc na lokalne wzgorze, zamienic pare slow z przepasanym pomaranczowa szata świętym baba. Najlepiej w miejscowym jezyku.
Po poludniu powrot do Manikaran. Gorace zrodla paruja kilkanaście metrow ponad wioska. Krotki spacer waskimi uliczkami wśród straganow i świątyń. Szybka kolacja. Dobry, spokojny sen.
DSCI0376.JPG
SAM_5036.JPG
SAM_5038.JPG

06/10/10

Wednesday, October 6th, 2010

Wczesnym rankiem wyruszamy do Manikaran. Dluga, zmudna, meczaca podroz w zatloczonym lokalnym autobusie. Wiekszosc pasażerów to miejscowe dzieciaki podążające do oddalonej o kilkanaście kilometrow miejscowości, odgrodzonej od Rewalsar pasmem stromych, zalesionych gor. Tlok, gwar i skwar wynagradzaja nam zapierające dech w piersiach widoki. Duzo zdjęć, ujec, raj dla oczu. Krotki postoj w Mandi, potem kontynuacja podrozy do Bhuntar. Po drodze dlugi, prawie trzy kilometrowy tunel , krotkie postoje na rozprostowanie kosci. Niewielu turystow na trasie, kilku buddyjskich mnichow, poza tym mieszanka Hindusow i Tybetanczykow.
W Bhuntar przesiadka. Ta niewielka miejscowość poszczycic się może lotniskiem, skad codziennie odlatuje samolot do Delhi lub Shimli/Dharamsali. Pasy startowe i ladowisko położone jest w calym centrum miasteczka, otoczonego grzbietem gor. Bhuntar to także brama do Parvati Valley – celu naszej podrozy.
Autobusy do Manikaran kursuja z Bhuntar co pol godziny. Wszystkie tabliczki z kierunkiem jazdy sa w hindu, trzeba wiec mocno wytężyć sluch, by trafic na ten właściwy. Kierowcy z reguly nie czekaja na rozkojarzonych. Pasazerowie wskakuja do pojazdu w biegu, bez gwarancji, ze zdaza.
Trasa do Manikaran nie jest az tak atrakcyjna widokowo jak z Kulu do Mandi czy z Mandi do Rewalsar, ale tez ma swój urok i swoje dziury w jezdniach. No i prowadzi wzdłuż wzburzonej rzeki, co dodaje podrozy animuszu.
Po drodze mijamy Jari i Kashol, by po ponad dwoch godzinach dotrzec do celu. Manikaran sprawia wrazenie miejsca w którym większość powierzchni zajmuja swiatynie wyznawcow roznych religii. Potem oko przykuwa wiszacy most, bazar i niezliczona liczba hoteli i domow wczasowych, kilku fryzjerow, krawcow i kowali.
Wszystkie hotele w Manikaran maja swoje wlasne baseny z goraca woda prosto ze świętych źródeł. Wszystkie jak jeden maz reklamuja swoje miejsce tak samo. Gdyby nie różnorodność cen nie byloby miedzy nimi zadnych istotnych roznic.
Dostajemy pokoj z widokiem na rzeke i okoliczne wzgorza. Potem krotki spacer przez wies i wizyta u fryzjera za dwadzieścia rupii.
Na kolacje chowmin i kubek goracej herbaty.

04/10/10

Monday, October 4th, 2010

Thukpa i tybetańskie buleczki z miejscowej piekarni na sniadanie. Czarna herbata na wzmocnienie. Kolejny słoneczny dzien. Spokojny poranek.
Po ulicach spaceruja malpy i buddyjscy mnisi. W kilku restauracjach reklamowanych przez Lonely Planet przesiaduja zagraniczni turyści delektujący się indyjska kawa. Dzieciaki wędrują do szkoly, zatrzymuja się przed świątyniami, modla, zapalaja kadzidełka.
Bezdomne psy gromadza się w stada. Wysoko, na wzgorzu, waskimi drogami zjeżdżają do miasta autobusy z pielgrzymami.
Duzo dzisiaj pisania, myslenia, odzyskiwania wspomnien. Duzo slow, zdan, opowieści. Duzo wody mineralnej i koli. Pyszna kawa na przeczyszczenie umysłu. Skleroza nie boli, ale zawadza. Czasy zaprzeszle powracaja z trudem do teraźniejszości.
Na obiad thali, pyszna i olbrzymia porcja z duza ilością cebuli i chappati. Przyjemna obsluga, przyjacielska i pokorna.
Bosniacki film na deser, mala odskocznia od rzeczywistości tu i teraz, przerwa na poludniowa Europe, liryczna opowiesc o zyciu bośniackich kobiet po utracie swych mezow podczas jugoslawianskiej wojny w malenkiej, podupadlej wiosce. Wzruszenie i poruszenie. Lza.
Wieczorny spacer po Rewalsar. Herbata w pobliskiej kawiarence. Dwunastoletni chlopiec w roli dorosłego. Kelner i kucharz. Na scianie duzy poster- krajobraz gor i jezior, statki i samoloty, w lewym dolnym rogu zdjecie chłopaka, który robi nam herbate. Ponad duzy, przemawiajacy napis- nadzieja jest podstawa zycia- ciezka praca doprowadzi cie do bogactwa.
Jak malo dzis znacza te święte slowa. Tutaj, w Indiach, w Rewalsar, w tej malenkiej kawiarence, w sercu dwunastoletniego chłopca urastaja one do rozmiarow Prawdy.

03/10/10

Sunday, October 3rd, 2010

SAM_4547.JPG
O szostej pobudka. Samoistna, sama przez się. Kilku buddyjskich mnichow medytuje nad jeziorem. Pierwsze promienie słońca dotykaja tafli wody. Turysci stoja w kolejce do umywalki. Kucharze podgrzewaja olej na olbrzymich, żeliwnych patelniach. Przygotowuja ciasto na chapati i pharanty, obieraja ziemniaki, gotuja czaj na malym ogniu.
Rewalsar otwiera oczy. O poranku wszystko wyglada tu spokojniej i piękniej. Trawa zieleni się bardziej, kolory nabieraja większej ilości odcieni, uśmiechy wydaja się głębsze.
Sniadanie w lokalnym barze. Ziemniaczane naleśniki, potem czarna herbata i kawa. W miejscowej piekarni kilka słodkich ciasteczek na szczesliwy dzien.
Zwiedzamy wies- nie trzeba duzo czasu, by przejść ja wzdłuż i wszerz, w gore i w dol. Wlasciwie z każdej perspektywy jest to piekne miejsce. Z gory cudowny widok na jezioro, tybetańskie klasztory i miejscowe domy. Z dolu- na rozlegle przestrzenie i wzgorza, szczyty gor i czyste, błękitne niebo.
Niedziela. Odpoczywamy. Fotografujemy. Przedrzezniamy malpy. Spacerujemy. Spozywamy posilki. Usmiechamy się do nieznajomych. Glaskamy psy. Robimy zakupy. Patrzymy. Smiejemy się. Rozmawiamy.
Oddychamy.
SAM_4603.JPG
SAM_4606.JPG
SAM_4546.JPG

02/10/10

Saturday, October 2nd, 2010

Po obfitym sniadaniu wyruszamy dalej. Riksza do Manali, potem lokalnym autobusem do Mandi. Towarzyszy nam kilku zagranicznych turystow, poza tym sami swoi. Nasze olbrzymie plecaki przykuwaja uwage- trzeba przyznac przesadzilismy chyba z zakupami. Po prawie dwugodzinnej jezdzie docieramy do Kullu. To prawie dwudziestotysięczne miasteczko położone nad Sarvari znane jest przede wszystkim jako centrum produkcji szali, obrusow, wszelkiego rodzaju wełnianych okryc wierzchnich itd. Poza tym niczym innym się nie wyroznia- zakurzone miejsce z waskimi uliczkami opanowanymi przez ślusarzy, kowali, piekarzy, kucharzy,stolarzy i wspomnianych wyzej producentow tekstyliow znanych poniekąd na calym swiecie; słynne szale z Kullu Valley nosi się na ulicach Nowego Yorku i Londynu, Paryza i Moskwy, Jerozolimy i Sydney.
Po krotkim postoju jedziemy dalej. Trasa staje się coraz bardziej malownicza. I niebezpieczna. Niekonczace się serpentyny, dziury w jezdniach, waskie drogi i duzy ruch trzyma w napieciu. Siedzimy jak na szpilkach, obserwujemy popisowa jazde kierowcy, zdajac sobie sprawe ze wystarczylby najmniejszy niewłaściwy ruch i runęlibyśmy w przepasc. Strach probujemy sobie zrekompensowac widokami- piekne zalesione szczyty gor, niezliczona ilość mostow wiszących po drodze i hinduskich świątyń, przepiekne przelomy rzeki Beas- raj dla miłośników spływów pontonami i kajakami, piekna architektura mijanych po drodze wiosek.
Tak- piekna jest ta strona swiata. Nieoswojona, wolna. Kapiemy się w słońcu i zieleni. Cieszymy się, ze jesteśmy tui teraz. Ze zdecydowaliśmy się na te podroz, pomimo przeszkod, braku wsparcia i szczegółowego planu.
Do Mandi docieramy z kilkunastominutowym opoznieniem. Kolejny lokalny autobus zabiera nas do Rewalsar, niewielkiej wioski położonej 20 kilometrow na zachod. Razem z grupa Tybetańczyków przemierzamy raz jeszcze waskie drogi, serpentyny, dziury w jezdniach. I choc szczyty tu znacznie nizsze niż w okolicach Manali podroz trzyma w napieciu. A piekno wokół bezsprzeczne.
Gory wokół Mandi przypominaja troche polskie Bieszczady. Lagodne szczyty, krete drogi, zielone wzgorza. Gdyby nie malpy na sciezkach, można by było się pomylic. Cieszymy się, ze znaleźliśmy tu kawalek Polski, miejsce gdzie zniknęły granice i odległości, a ożyło serce.
Po godzinnej jezdzie autobusem docieramy do Rewalsar. Niewielka wioska zasiedlona wokół świętego jeziorka przez Buddystow, Hindusow i Sikhow wprowadza nas szybko w zachwyt. Zanurzona w zieleni, spokojna, ba, nawet lekko ospala, otwiera nam szeroko oczy. Rzadko kiedy było nam dane dostrzec tak duza ilość świątyń w jednym miejscu. Tybetanskie gompy, hinduskie Mandiry i sikh gurdwary opanowaly wioske.
Znajdujemy nocleg w niedrogim hotelu, odpoczywamy otoczeni przez pielgrzymow i gromade malp. Potem odwiedzamy male tybetańskie restauracje i hinduskie dhaby. Ceny nie odstraszaja, choc sa znacznie wyższe niż w okolicznym Mandi albo Manali. Na kolacje thali i ciepla herbatka. Zaprzyjazniamy się z psiakiem właściciela baru i jego kilkuletnim synem, który obsluguje nas jak profesjonalny kelner.
Kladziemy się spac wczesnie- zmeczeni podroza. Wies tetni ciagle zyciem i modlitwa. Gwar ulicy słychać jeszcze dlugo i wyraznie.

01/10/10

Friday, October 1st, 2010

Ostatni dzien w okolicy. Zegnamy się z codziennymi widokami, ludzmi, miejscami. Z przerażeniem patrzymy na nasze plecaki, wypchane do granic wytrzymałości- rezultat shopoholizmu; Indie oferuja jednak zbyt wiele pieknych, gustownych rzeczy, by przejść wokół nich obojetnie.
Po sniadaniu po raz ostatni wyruszamy do Old Manali. Po tygodniu droge przemierzamy prawie z zamknietymi oczami. Ostatnie zakupy, herbatka w przerwie na spacer, odpoczynek na zboczu gor.
Zakurzona rzeczywistość. Trzydziesci stopni Celsjusza. Cisnienie niskie. Niebo błękitne. Bezchmurne. Ptasie.
Rzut oka na gorace zrodla, sprawiaja wrazenie miejsca, które nigdy nie pustoszeje. Bez przerwy pelne ludzi, psow i koz.
Rzut oka na okoliczne gory- jak zawsze powazne, dostojne i nieruchome.
Rzut oka na ludzi- skromnych, uśmiechniętych, szczerych.
Niebo pelne jest gwiazd dzisiejszej nocy. Korowod białych, świetlistych punktow poprowadzi nas bezpiecznie w kierunku jutra.

30/09/10

Thursday, September 30th, 2010

Hustawka nastrojow. Nerwowka. Odpoczywamy od siebie po swojemu. Pranie, mocna kawa na sniadanie, kapiel, lektura lokalnej prasy, spacer nad brzegiem rzeki, drzemka pod jablonia. Przypadkowe znajomości, obserwacje, zalegle notatki, plany na przyszłość. Rozmowy z samym soba. Wedrowki w te i we w te. Slodkie ciasteczka. Napoj chodzący.
Ostatni dzien miesiąca. W Polsce już zapewne jesien, tu ciagle lato- choc temperatura w nocy spada poniżej zera.
Sa rzeczy, ludzie, sytuacje- za którymi się tęskni. Czasem za ziemniakami z kotletem mielonym, czasem za rodzicami, czasem za komfortem, który szczególnie tutaj, w Indiach, nabiera szczególnego znaczenia i mocy. Teskni się za przyjaciółmi, za codzienna praca, za rodzima mowa, za telewizorem, pralka, za angielskim sniadaniem i pomidowowka, tęskni się za muzyka, za Cerkwia, za polska dobra ksiazka.
Wedrowka wzmaga tęsknotę- uczy pokory do tego co się ma. Co się osiągnęło w drodze. Co się przeżyło. Czego się nauczylo. Wedrowka uprzytamnia człowiekowi, ze wszystko przemija, nigdy nie ma takiego samego momentu. Każdy moment jest inny. Specjalny. Szczegolny.
Ludzie których codziennie mijamy na ulicy nigdy nie podróżowali poza granice swojej wsi, swojego osiedla, swojego domu. Nie znaja smaku polskiego schabowego kotleta, angielskiego Fish and chips, meksykańskiego nachos. Nie widzieli Moskwy, Londynu, Nowego Yorku, ba, nigdy nie byli w stolicy swojego panstwa- Delhi. Czasem z braku pieniędzy, innym razem z braku odwagi. Ludzie, których codziennie mijamy na ulicy zyja tu i teraz. Z tym co maja i dla tego co maja. Nie tęsknią za samochodem, pralka czy telewizorem. Nie narzekaja na biede. Przyjmuja swiat takim jakim jest w istocie. Nie ubarwiaja go, ani nie ujmuja.
Ludzie, których codziennie mijamy na ulicy maja uśmiech na twarzy i pot na czole. Otwarte serce.
Tu, w Himalajach, czas stanal w miejscu. Bezpowrotnie.

29/09/10

Wednesday, September 29th, 2010

Wczesne sniadanie w lokalnym barze. Wlascicielka uśmiecha się do nas z daleka. Obserwujemy poranna wiejska kszatanine. Mezczyzni dostarczaja jablka do hurtowni. Na swoich plecach potrafia zmieścić po kilka olbrzymich skrzynek z owocami. Kobiety odprowadzaja dzieci do szkoly lub autobusu. Turysci wracaja z kapieli w goracych źródłach. Starcy pala papierosy, pija herbate z mlekiem, rozmawiaja o byle czym.
Wedrowka do Manali dobrze sobie znana sciezka. Tybetanki zasypuja dziury w jezdni, mężczyźni rozbijaja kamienie olbrzymimi kilofami. Z Manali prawie pustym autobusem do Nagaru. Dwadziescia kilometrow widokowa trasa. Po drodze malenkie wioski z dobrze zachowana architektura Himalajow. W Nagarze zwiedzamy miejscowe swiatynie, niektóre z nich naprawde okazale- Gauri Shanker Temple i Tripura Sundri Temple. Potem pniemy się na szczyt, do Swiatyni Kriszny, skad mamy wspanialy widok na okolice. Zamieniamy pare slow z miejscowymi kobietami grabiącymi siano. Spotykamy ciezarna kobiete niemowe, odwiedzamy jej biedny dom.
Robimy niewielkie zakupy w lokalnych sklepikach z szalami. Ich właściciele sa jednoczesnie producentami szali, w wielu miejscach możemy obserwowac proces tkania. Wielu producentow szali uzywa prymitywnych warsztatow, często wlasnej roboty, lub kupionych od miejscowych stolarzy lub ślusarzy.
Odpoczywamy przy herbacie. Zachwycamy się krajobrazem.
W Manali obiad, momosy, zupa warzywna i paranta ziemniaczana. Agnieszka probuje zaspokoic glod thali, ale nie jest zadowolona ze swojej porcji. Nic nie jest w stanie zaspokoic jej wilczego apetytu.
Popoludniowa wedrowka po kramach Old Manali. Kolejne zakupy. Można odnieść wrazenie ze nasza podroz do Indii do dobre jedzenie i dobre zakupy. Nic bardziej blednego- ta podroz jest spotkaniem z dobrymi ludzmi, których na naszej drodze nie brakuje.
Wieczorna herbatka w pubie. Kontakt ze swiatem przez bezprzewodowy Internet.
Do Vashisht wracamy w totalnych ciemnościach, ufając , ze trafimy do celu. Trzy kilometry wędrówki w ciemno; po drodze mijaja nas ciężarówki, riksze i pasterze ze stadem owiec wracajacy z pastwisk. Do domu prowadza nas gwiazdy. Szczesliwe.

28/09/10

Tuesday, September 28th, 2010

Pobudka o szostej rano. Na ulicach Vasisht niewiele osob; w publicznej lazni tlok. Mezczyzni myja się, gola, robia pranie. Nieudana inicjacja- rezygnuje z kapieli w towarzystwie miejscowych i przybyszow. Woda nie wyglada na najczystsza, do tego ma nieprzyjemny zapach. Agnieszka jest odwazniejsza. Potrafi przełamać się, podzielic się przestrzenia z inymi kobietami.
Na sniadanie kilka sztuk ziemniaczanych naleśników i mietowa herbata. Sycacy posilek. Zaopatruje się w kartki pocztowe z postanowieniem, ze najpóźniej jutro opuszcza Indie. Taki pomost miedzy tutaj i tam.
Samotna wedrowka do Starego Manali. Ostrozna, pelna jaszczurek po drodze, owiec i krow. Ostry kontrast pomiedzy nowa a stara czescia miasteczka. Nowe Manali, pelne hoteli, restauracji, ulicznego tlumu, samochodow, riksz i motocykli i stare Manali- ograniczone do szumu wody, odgłosu krow i owiec, powolne, spokojne, ciche. I przede wszystkim- piekne. Stare domy, pokryte luskami kamieni, z rzeźbionymi fasadami. Stare kobiety w tradycyjnych strojach w tradycyjny sposób koszacy trawe- specjalnie kutym sierpem. Starzy mężczyźni w tradycyjnych haftowanych czapkach i mlodzi chłopcy noszacy trawe w koszach plecionych z trzciny.
Tutejsze dzieci, pelne wyobrazni, bawia się kamieniami znalezionymi na drodze. Wyobrazaja sobie samoloty, samochody, lalki. Rozmawiaja z kamieniami, obracaja nimi na wszystkie strony, przykładają do twarzy, maja radoche jak nikt.
Z niemałym trudem ide pod gore, zdaje sobie sprawe, ze moja kondycja nie jest już taka dobra jak kiedys. Mijam ostatnie zabudowania starego Manali. Po kamieniach i skalach pne się coraz wyzej i wyzej. Oszalamiajace widoki motywuja do dalszej wędrówki. Kilka strumieni do przekroczenia wplaw. Niewielu turystow po drodze. Po godzinnym marszu, niespodziewanie, wylania się zielona polana. Stad ośnieżone szczyty Himalajow na wyciagniecie reki. Postoj. Raj dla oczu. Dla nog. Dla serca.
W drodze powrotnej kolejne szczyty, kilka świątyń po drodze, setki fotografii na pamiątkę. Obiad. Lyk zimnej wody.
Po poludniu pranie. Kapiel w miejscowych goracych źródłach. W lazni żywego ducha. Samotna, spozniona inicjacja. Na jednym z kamieni opodal ktos napisal- ‘możesz zapomniec Vashisht ale nie kapiel w jego goracych zrodlach’. Nie zapomne.
Chlodny wieczor. Ksiezyc dzis wyjatkowo zimny.

27/09/10

Monday, September 27th, 2010

Dzisiejszej nocy temperatura spadla poniżej zera. Pojawily się obiawy przeziębienia. Goraca herbata, pozywna owsianka i warzywna parantha na sniadanie. Dawka witamin na katar i bol gardla.
Miesiac temu przekroczyliśmy granice nepalsko- indyjska. Przez te cztery tygodnie w drodze zbliżyliśmy się do Indii, zrozumieliśmy ten olbrzymi kraj, chociaż troszke poznaliśmy jego mieszkańców, zadomowiliśmy się. Przelamalismy bariere strachu, nabraliśmy zaufania do otaczającego nas swiata, nakarmiliśmy się wiedza nie tyle ksiazkowa, ile czerpana z realnego doświadczenia bycia tu i teraz. Przed nami kolejny miesiąc indyjskiej wędrówki. Zupelnie niezgodnej z pierwotnym planem. Ukladanej zbiegiem okoliczności i potrzeba chwili. Tak lepiej. Piekniej. Prawdziwiej.
Po wczorajszej wyprawie do Manali dzis dzien odpoczynku. Patrzenia w niebo i chmury. Rozmarzonych mysli. Rozkoszy podniebienia i oczu. Z werandy naszego hotelu mamy wspanialy widok na okolice. Nie wychodząc z domu podgladamy codzienność. Stare Tybetanki w dlugich spódnicach i kolorowych chustach susza trawe na dachach domow, pasterze wyprowadzaja bydlo na laki. Turysci robia zdjęcia wszystkiemu co się rusza i stoi w miejscu. Dwie Koreanki ćwiczą joge na werandzie sąsiedniego pensjonatu. W tle słychać rosyjska mowe, starzy turyści z Moskwy odwiedzaja Manali po latach. Riksze jezdza w te i we w te. Dzieci graja w pilke plastikowa butelka po wodzie mineralnej, mlodzi ludzie myja się w miejscowych goracych źródłach, sasiedzi rozmawiaja glosno przez przez telefon, bezdomne psy lasza się do ludzi.
Popoludniowy spacer wzdłuż wsi, muf fin na deser. Miejscowi sklepikarze i właściciele restauracji kłaniają się nam z daleka. Slonce wysoko na horyzoncie. Prawie trzydzieści stopni Celsjusza. Cisnienie niskie. Widocznosc idealna.

26/09/10

Sunday, September 26th, 2010

Pyszna owsianka bananowa na sniadanie. Krotki spacer po Vashisht, potem dłuższy do Manali. Wedrowka przez osiedle tybetańskie, zdjęcia po drodze, dzieciaki balansujące na linie, konie u wodopoju, riksze na poboczu, ciężarówki na ulicy, gory przed i za, niebo ponad, ziemia pod. Stare Tybetanki dźwigają na plecach trawe dla bydla, mlodzi hinduscy turyści robia zdjęcia szczytom Himalajow.
Zwiedzamy swiatynie Manali,podoba nam się szczególnie jedna z nich, polozona wśród cedrow Hidimba Devi Temple, pieknie rzezbiona, czteropietrowa, zawsze pelna odwiedzających ja turystow i miejscowych. Spacerujemy wzdłuż kramow z pamiątkami, odzieza i jedzeniem. Mijamy sprzedawcow szafranu i dilerow narkotykow. Zagladamy do miejscowego muzeum i lokalnej szkoly. Dzieciaki ciesza się na nasz widok, praktykuja swój angielski odwazna platanina slow. Potem dwa kilometry pod gore, kamienista sciezka, z widokiem na okolice. Z dala od siedlisk ludzkich, w las. Odpoczywamy na skalach cieszac oczy krajobrazem.
Po godzinie lub dwoch wracamy na obiad do Manali. Pyszne chowmain w tybetańskiej restauracji, czarna herbata, momosy z warzywami i kapuśniak. Gdy glod zaspokojony, zwiedzamy miasteczko. Powoli przemieszczamy się kretymi uliczkami rynku, odkrywamy schowane miedzy budynkami male kawiarenki, sklepiki z odzieza, spotykamy kilku buddyjskich mnichow z pobliskiego klasztoru, zamieniamy pare slow z właścicielami kramow, robimy niewielkie zakupy.
Przed zmrokiem wracamy piechota do Vashilsht. Odrzucamy oferty rikszarzy, w koncu trzy kilometry to niezbyt duza odległość do przemierzenia na wlasnych nogach.
W Rainbow Cafe kawa wieczorna, przy angielskiej muzyce. Obok, przy sąsiednich stolikach turyści dziela się wrazeniami z minionego dnia, komentuja wydarzenia na swiecie i zawartość kawiarnianego menu. Niektorzy pala fajki, inni, samotni ze swoimi myslami, patrza przed siebie, w przestrzen księżyca. Gwiazd dzisiaj malo, zimno, wysoko w gorach pruszy snieg.

25/09/10

Saturday, September 25th, 2010

Pierwsi turyści budza się w schronisku kolo piatej. Wtedy ponoc najczystsza woda w goracych źródłach, najświeższe powietrze. Chwile pozniej budza się praczki i kucharki. Pierwsi wypełniają miski mydlinami, drudzy plynem do mycia naczyn. Turystow jak na lekarstwo, spia jeszcze smacznie po wczorajszej wodce.
Po sniadaniu wolnym krokiem idziemy w strone pobliskiego wodospadu. Zboczem, mijając stada krow i pasterzy przeskakujemy liczne kaluze i urwiska. Napotykamy grupki dzieci, porannych turystow i kilka bezdomnych psow. Wzdluz sciezki mijamy tez kilka malych restauracji prowadzonych przez zagranicznych turystow, którzy w okresie letnim odpoczywaja w cieniu Himalajow. W jednej z nich możemy kupic ruskie pierogi czy bliny, w innej meksykańskie nachos… Droga do wodospadu, choc stroma, nie sprawia nam problemow. W jednym miejscu musimy przekroczyc rzeke wplaw, ale porozrzucane gesto kamienie pomagaja nam dojsc do celu sucha stopa.
Tuz przed wodospadem docieramy do kamiennej świątyni. Na bosaka zagladamy w kazda szczeline, przeszukujemy swieta przestrzen centymetr po centymetrze. Kilkanascie metrow dalej spietrzona sciana wody szumnie uderza o skaly. Cieszymy się widokiem, odpoczywamy od gwaru Vashisht.
Po obiedzie kolejna wyprawa. Z Vashisht stroma sciezka do drogi miedzy Manali a Leh Potem już prosto do miasteczka, walczac z ulicznym kurzem i spalinami.
Manali to zaledwie trzydziestotysieczna miejscowość, lezaca nad rzeka Beas. To kosmopolityczne miejsce zasiedlone przez ludzi z calych Indii przyciągnęło tez wielu zachodnich turystow. I wlasnie dzieki turystyce mieszkancy maja co włożyć do garnka. Liczne hotele, pensjonaty, restauracje staly się nieodłącznym krajobrazem tego miejsca. Wg lokalnej legendy Manu, odpowiednik chrześcijańskiego Noe, zbudowal tu Arke Przymierza i dzieki temu ocalil te strone swiata przed całkowitym zalaniem. Do dzis, w Starym Manali, dwa kilometry na polnoc od miejscowości, zobaczyc możemy swiatynie poswiecona Manu, która odwiedzana jest przez wielu miejscowych jako wyraz szacunku i głębokiej wiary.
Obiad w lokalnej restauracji. Gratka dla podniebienia. Ciastko i herbata na deser. Agnieszka zaszywa się w labirynt miejscowych kramow z odzieza i zabawkami.
Powrot do Vashisht, choc meczacy, w dobrym humorze. Odpoczynek na werandzie hotelu. Szczesciarze, na wyciagniecie reki mamy gwiazdy i niebo.

24/09/10

Friday, September 24th, 2010

Do Manali docieramy wczesnym rankiem. Witaja nas rikszarze i właściciele tanich hoteli. Przekszykuja się w ofertach, wszyscy obiecuja gruszki na wierzbie albo najlepszy na swiecie serwis. O piatej rano lokalni kucharze rozkładają polowe kuchnie. Zbijajac cene rikszy o polowe udajemy się do Vashisht, malenkiej wioski na polnocny wschod od Manali. Szybko znajdujemy tanie miejsce w schronisku, z werandy mamy widok na gorace zrodla, pelne turystow i stalych mieszkańców wsi. Przypominaja one troche tureckie laznie, podzielone na czesc dla kobiet i mężczyzn. Laznie pelne sa ludzi od switu do zmierzchu, niektórzy kapia się , inni robia pranie, jeszcze inni pelnia role gapiow.
Vashisth zapracowalo sobie na opinie miejsca pelnego dziwakow. Oprocz lokalnej społeczności od lat wies przyciąga przybyszy z innych krajow- dilerow narkotykow, hipisow, egocentrykow, ateistow, joginow, itd. Niektorzy przyjeżdżają tu tylko na jakis czas, miesiąc lub dwa, inni zdecydowali się zamieszkac tu na stale. Znalezli swoja zyciowa przystan.
Miejsce rzeczywiście jest piekne. Polozone w dolinie, ogrodzone wokół lancuchem wysokich gor o ośnieżonych szczytach. Jeśli ktos szuka ciszy i wytchnienia od zachodniej cywilizacji z pewności się tu odnajdzie. Ludzie tutaj sa wyjatkowo przyjazni. Zyja w grupie, w komunie, ze soba. Nie odgradzaja swoich domostw wysokim plotem z kamieni, właściwie to przechodząc się uliczkami Vashisht trudno jest dostrzec jakies granice, podworka przecinaja raczej sciezki niż drewniane ploty.
Od czasu gdy do tego miejsca zawitali pierwsi turyści Vashisht wzbogacil się o mnóstwo hoteli, sklepikow z lokalnym rzemiosłem, powstalo tez wiele kawiarni i restauracji serwujących nie tylko miejscowa kuchnie ale i potrawy z odległych rejonow swiata- francuskie sniadanie, ruskie pierogi na obiad czy amerykanski hamburger na lunch. Taki dom daleko od domu. Takie miejsce, gdzie przestrzen kurczy się do rozmiarow wioski.
Vashisht usypia poznym wieczorem, kiedy ostatni turysci opuszcza kawiarnie i bary, a sklepikarze zamkna swoje kramy. Wtedy jest tu najpiękniej. Najspokojniej. Najciszej.

23/09/10

Thursday, September 23rd, 2010

Poranek z kawa i sniadaniem w świątyni. Deser ryzowy smakuje wyjatkowo. Herbata również. Powoli zegnamy się z miastem i ludzmi, prysznic, samosy na obiad, krotki spacer po starym Amritsar. Slonce dzis jakby wyzej, nie dokucza nam zbyt mocno. Rowerowa riksza jedziemy na dworzec autobusowy, zostawiamy za soba halas milionowego miasta, kurz i chaos poplatanych ulic. Co chwila zawieramy nowe znajomości- Az dziwi ze europejczycy ciesza się tak duzym zainteresowaniem tutejszych mieszkańców.
Po poludniu lokalnym autobusem udajemy się na wschod- do podnóża Himalajow- Manali. Przed nami prawie czterystu kilometrowa trasa przez Punjab i Himachal Pradesh. Jestesmy jedynymi turystami w autobusie. Mamy nie tylko największe bagaze, ale i największe powazanie. Wszyscy uśmiechają się do nas- ustępują nam najlepsze miejsca.
Podroz do Manali sama w sobie jest wielka turystyczna atrakcja. Tutejsi kierowcy z pewnością naleza do najlepszych na swiecie, potrafia prowadzic pojazd prawie z zamknietymi oczami. Poza tym sa odwazni, często podejmujac decyzje w ostatniej chwili, o krok od zagrozenia, o krok od tragedii potrafia wyjsc zwycięskim ruchem kierownicy. Punjab z okna autobusu wydaje się być zielona oaza- duzo tu Pol uprawnych- widac, ze większość mieszkańców to rolnicy. Droga, szczególnie na początku naszej trasy jest w dobrym stanie. Nie jest to może niemiecka autostrada, ale z pewnością nie przypomina drogi z Sanuali do Gorakpur czy drogi z nepalskiego Kathmandu do Pokary. W Una, malej miejscowość i na granicy Punjab i Himachal Pradesh jakość nawierzchni zaczyna się zmieniac. Na szczescie jest już na tyle ciemno, ze nie widzimy trasy, która jedziemy- od czasu do czasu czujemy jednak na wlasnej skorze kazda dziure w jezdni, każdy ostry zakret, szczególnie miedzy Una a Mandi, gdzie droga pnie się wysoko w gore, jest jednokierunkowa, a większość nawierzchni nie pokryta jest asfaltem. Mamy szczescie, ze jest ciemno, ze nie widzimy przestrzeni pod nami, ze brakuje nam zaledwie kilku centymetrow od runiecia w przepasc. W każdej minucie zdajemy sobie z tego sprawe. Czasem probujemy oszukac swoje emocje, zasnąć, przejechac te przestrzen w nieświadomości. Ostre hamowanie pojazdu przypomina nam o rzeczywistości, pozostaje wiec jedynie modlitwa o spokojna podroz- modlitwa która tu, u podnóża Himalajow nabiera szczególnego znaczenia.
Co kilka godzin autobus robi przerwe na herbate, toalete, wyprostowanie kosci. Na przypadkowe rozmowy z obcymi, którzy już po kilku minutach wydaja się wyjatkowo bliscy. Kazdego z nas laczy podroz, niezależnie od celu i długości trasy.

22/09/10

Wednesday, September 22nd, 2010

Kolejny poranek w świątynnym hotelu. Kilku obcokrajowcow studiuje przewodniki, inni jeszcze spia, chrapia, przewracaja się na drugi bok. O osmej rano otwieraja bar z kawa i herbata, pol godziny pozniej stoisko z coca cola i fanta. Od siódmej rano wydawane jest sniadanie w centralnej jadalni dla około 60 tysiecy wyznawcow sykhizmu i przyjezdnych turystow i ciekawskich. Dzwieki bębnów przeplataja się z dźwiękiem metalowych naczyn mytych na biezaca przez setki wolontariuszy. Osma rano to najbardziej niebezpieczny czas na sniadanie- wtedy najwięcej pielgrzymow stoi w kolejce po jedzenie, największy chaos, scisk, czasem glos wyzwisk i przejawy braku kultury. Bez względu na wyznanie czy narodowość. Wszyscy chca być pierwsi, bojac się, ze posiłków z jakiegos powodu może nie starczyc. Wtedy nie ma miejsca na świętość. Nie ma świętości ‘na pusty zoladek’.
Po poludniu krotka wyprawa na dworzec kolejowy. Sama przez się. Dworce sa jak miniaturowe panstwa- tysiące mniej lub bardziej obcych ludzi przemierza droge na właściwy peron, do właściwego celu. Na dworcach mieszaja się jezyki, kultury, wyznania i doświadczenia. I to jest niesamowite.
Chowmain na kolacje w lokalnej spelunie. Niewielu klientow- matka z dzieckiem i starszy hindus, przepasany białym prześcieradłem. Na codzien nie ma tu europejczykow czy amerykanow. Ci wybieraja drogie restauracje, które przynajmniej z wygladu spełniają zasady higieny, a menu musi posiadac hamburgery i frytki. Wlascicielka speluny dziwi się wiec, ze zamawiamy u niej chow main ale i cieszy jednoczesnie, ze wybraliśmy wlasnie jej lokal .
Od czasu do czasu zamieniamy pare slow ze strażnikiem naszego wieloosobowego pokoju. Niesmialy sikh lubi sluchac opowiesci o naszych podrozach. Sam nigdy nie byl za granica. Chociaz dla niego wyjechanie z Punjabu do Delhi to rodzaj wyjazdu za granice. Poza granice wlasnego Domu. Moze kiedys jego dom sie powiekszy. Pekna granice i skurczy sie przestrzen.

20/09/10

Monday, September 20th, 2010

Nerwowe, pelne chorych emocji, pretensjonalne pozegnanie z Mc Leod Ganj. Szybkie sniadanie, lyk mlecznej herbaty. Deszcz nie poprawia nastrojow. W milczeniu mijamy gromady turystow, miejscowych i mnichow, dziesiątki malp, bezdomnych psow i świętych krow. W zlym humorze wszystko wyglada ponuro i szaro. Jedziemy do Pathankot, wśród lasow i wzniesien, potem już rownina do Amritsaru, przekraczając wszelkie dozwolone prędkości, zakazy i nakazy, ocierając się o śmierć na jednym z odcinkow drogi podczas wyprzedzania.
W Amritsar, z dworca autobusowego, wyklocona riksza do Golden Temple. Na miejscu mila niespodzianka- otrzymujemy bezpłatne miejsce w hotelu i cieply posilek. Spacerujemy wzdłuż świątynnych murow, rozkoszujemy się widokiem, wsłuchujemy się w modlitwy i rozmowy pielgrzymow. Oprocz wyznawcow sikhizmu sa tu hindusi, muzułmanie i katolicy. Niektorzy z ciekawości, inni z potrzeby modlitwy. Nikt tu nikogo nie pyta o wyznanie i cel wizyty. O dziesiatej wieczorem plac przed zlota swiatynia zaczyna się wyludniac. Zaludniaja się za to dziedzince hosteli. Każdy kawalek przestrzeni zajety jest przez pielgrzymow. Tym, którym nie udalo się dostac miejsca w pokojach, spia pod golym niebem. Nikt nikogo nie wygania, nie robi wyrzutow. Wolontariusze roznosza wode i koce. Jedni wyjeżdżają, drudzy przyjeżdżają. Do pozna w nocy pracuje kawiarnia, litry herbaty i kawy po przystępnej cenie schodza błyskawicznie.
Poza murami świątyni zebracy blagaja o rupie. Pustoszeja uliczne bary, zapełniają się drogie restauracje. Coraz mniej aut na ulicach, coraz wiecej ciszy.
Noc wyjatkowo gwiazdzista. Ksiezyc wyjatkowo okrągły.

19/09/10

Sunday, September 19th, 2010

Niedzielny poranek i zakatarzone niebo. Deszcz widziany przez szybe ma swój urok. Na naszych oczach krajobraz wokół staje się klarowniejszy, trawa bardziej zielona, gory potężniejsze.
Probuje spojrzec wstecz, opanowac pamiec, wyksztusic z siebie pare slow z przeszłości. Gubie się w natłoku mysli, wydarzen, emocji; rozkojarzona przestrzen, jak ukladanka, trudna do opanowania. Szukam slow kluczy, krocze w ciemnościach czasu.
Mysli sa jak rzeka, przemijające, nigdy takie same. Czasem gubie je po drodze, z braku czasu, perspektywy, właściwego miejsca. Mysli sa dzikie, nieoswojone; te oswojone zaczynaja być uwiezione. Uwiezione w slowach, które nie oddaja znaczenia rzeczywistości. Opisuja rzeczywistość, ale nie sa rzeczywiste.
Boje się. Przemijanie napawa mnie lekiem. Ludzie, zdarzenia, emocje, odczucia umykające przez uchylone drzwi czasu.
Obiad w tybetańskiej restauracji. Herbata na przeczekanie. Spacer na zdrowie. Rupia na szczescie.
Serce szuka schronienia w slowach.
Niedzielny wieczor i zakatarzone niebo. Deja vu.

18/09/10

Saturday, September 18th, 2010

Trzy tygodnie pozniej wszystko wyglada normalniej. Krowy i malpy na ulicach, bezdomni i dewoci, tybetańscy handlarze, tlumy zagranicznych przechodniow w kolorowych strojach, setki riksz i taksowek, dźwięk klaksonow i wrzask dzieci w lokalnej szkole wydaja się rzecza powszednia i naturalna, oddajaca sacrum tej przestrzeni, tego czasu, tej społeczności.
O szostej trzydzieści Mc Leod Ganj budzi się do zycia. Trwa czyszczenie ulic i sklepikow, Tybetanki rozkładają chleby i paczki, gotuja Momos y, myja garnki. Nieliczni turyści spaceruja po prawie pustych uliczkach rozkoszując się spokojem i przestrzenia. Powietrze jest jeszcze swieze, niebo wyraźne, ludzie wokół mniej anonimowi i spieszni.
Trzy tygodnie pozniej miejsce staje się swojskie; nie ma tu miejsca dla intruzow i wrogow, tutejsze zwyczaje i ceremonie, rytualy i przyzwyczajenia toleruje z mniejsza niecierpliwością niż dawniej. Zaczynam sobie zdawac sprawe, ze jestem w Indiach, w indyjskim Tybecie, o krok od Himalajow i nie powinienem od nikogo wymagac, by zachowywal się na moje podobieństwo. Europejczycy znani sa z silnego egocentryzmu, przywiązania do swojej tradycji, społecznych zachowan i malej tolerancji. Kultura zachodnia, choc powierzchownie liberalna, w istocie jest bardzo zamknieta i apodyktyczna.
O osmej uliczki Mc Leod Gonj nie sa już puste. Gromadki tybetańskich dzieci maszeruja do szkoly. Duzo przy tym smiechu i frajdy, duzo podskokow i radosnych piosenek po drodze. Bezdomni wstali już ze swoich legowisk, pierwsi kupujący otrzymuja rabaty od sklepikarzy na dobry poczatek dnia. W` powietrzu zapach pieczonego chleba i mieszanki ziol. Starzy Tybetanczycy kreca walki w swoich świątyniach albo modlasie na… Z pobliskich barow unosi się zapach świeżo zmielonej kawy.
Z zaułków zniknęły bezdomne psy. Wypelnily je kramy z odzieza, bizuteria, tybetańskimi posazkami świętych, książkami i pocztowkami, chinskimi przyprawami, zabawkami … Za chwile zrobi się tloczno i glosno, duszno i gwarno, anonimowo, spiesznie.
Dzien jak codzien. Jak zwykle- do zmroku.

17/09/10

Friday, September 17th, 2010

Na sniadanie samosy i tybetanski chleb z dzemem. Herbata u ulicznego handlarza z niedomytej szklanki. Mieszkancy Mac Leod Ganj narzekaja na brak wody, stad sa bardzo oszczedni i zakręcają kurki przy każdej sposobności. Wysoko w gorach pierwsze oznaki burzy. W`dolinie mgla i lekki, ale przyjemny wiatr. Szczekanie psow, muczenie krow, placz budzonych do szkoly dzieci.
Na ulicy spotykam od tygodnia tego samego czyściciela butow. Tego samego handlarza, oferującego mi igly do szycia, bez rezultatu. Tego samego kaleke, mówiącego mi z daleka dzien dobry. Te same sklepikarki, które wiedza dokladnie czego potrzebuje- zanim otworze buzie podaja mi świeży, jeszcze cieply chleb.
Ludzie tutaj, choc biedni, emanuja wewnętrznym spokojem i radością. Sa cierpliwi, pomocni i ciepli. Zyja grupowo, w stadzie, razem. Zgodnie z ruchem wskazowek zegara, nie staraja się wyprzedzic czasu. To nieprawda, ze czas stanal tu w miejscu, jak sadzi wielu Europejczykow. Czas jest tu zgodny z natura, nienaruszony. Na Zachodzie człowiek zaczal ingerowac w czas, manipulowac czasem. W konsekwencji przyspieszyl czas, naruszyl aturalny balans, podporządkował sobie zegar pod swoje wymagania. W rezultacie oddalil się od Natury. Stal się panem wlasnego czasu i wlasnym niewolnikiem.
Dalaj Lama napisal:

Dzisiaj mamy większe domy, ale mniejsze rodziny
Więcej możliwości, ale mniej czasu
Mamy więcej tytułów, ale mniej zdrowego rozsądku
Więcej wiadomości, ale mniej trafnych osądów
Mamy więcej specjalistów, ale i więcej problemów
Więcej służby zdrowia, ale mniej opieki
Tracimy wiele bezpowrotnie
Śmiejemy się za mało
Jeździmy za szybko
Gniewamy się za wcześnie
Pogodzimy za późno
Czytamy za mało
Telewizji oglądamy za dużo
A modlimy się zbyt rzadko…
Pomnożyliśmy nasze majątki, ale okroiliśmy nasze wartości
Mówimy za dużo, kochamy za mało, a kłamiemy zbyt często
Uczymy się jak zarabiać na życie, ale nie jak żyć
Wydłużyliśmy okres życia, ale nie życia w ciągu roku
Mamy stabilne budowle, ale kruche charaktery
Szersze autostrady, ale węższe poglądy
Więcej używamy, ale posiadamy mniej
Więcej kupujemy, ale mniej mamy satysfakcji
Podróżujemy na księżyc i z powrotem, ale mamy problem przejść przez ulicę
odwiedzić sąsiadów
Zdobywamy wszechświat, ale nie swoje wnętrze
Rozbiliśmy atom, ale nie nasze wyobrażenia
Piszemy więcej, uczymy się mniej
Więcej planujemy, a mniej realizujemy
Nauczyliśmy się spieszyć, ale nie czekać,
Mamy wyższe wynagrodzenie, ale niższą moralność
Wytworzyliśmy więcej komputerów dla większej ilości danych oraz większej ilości
kopii, ale mniej się komunikujemy
Mamy większą ilość, ale gorszą jakość
To jest czas szybkiego jedzenia, ale wolnego trawienia
Silnych mężczyzn ale slabych charakterów
Wysokich zyskow, lecz miernych relacji
Nadszedl czas, gdy mamy wszystko za szyba,
lecz nic wewnatrz.

Być może to miejsce jest jednym z nielicznych gdzie raj jeszcze istnieje.

16/09/10

Thursday, September 16th, 2010

Zakupy, zakupy, zakupy. W jednym miejscu setki miejscowych wyrobow wykonanych przez lokalnych rzemieślników. Przepieknych, gdzie zadbano o każdy szczegół i każdy gust- nawet najbardziej wybredny. Dla Europejczyka to istny raj- nie tylko artystyczny, ale i cenowy. Dla miejscowego sprzedawcy- szansa na zarobek, pewność, ze będzie miał jutro włożyć cos do garnka i wykarmic liczna rodzine.
Zakupy w Indiach to ceremonia. To czasem półgodzinny proces targowania się, reklamy, rozmowy o negatywnych i pozytywnych stronach produktu, ale także rozmowy o codziennym zyciu. Ani kupujący ani sprzedajacy nie może być niezadowolony z transakcji. Usmiech na ustach kupującego i sprzedającego to oznaka dobrego biznesu.

Uliczki Mc Leod Ganj szczelnie wypelnione kramami to jedna wielka przestrzen handlowa, otoczona cieniem Himalajow. Z drugiej strony, to przestrzen, gdzie tybetańscy uchodzcy mogli zalezc schronienie, nowy dom- bezpieczny i wolny.
Spokjne miejsce, gdzie moga swobodnie oplakiwac swoj raj utracony, budowac go na nowo, powoli, cierpliwie. Poki Dalai Lama jest z nimi, nic im sie nie stanie. W to wierza. W Nim pokladaja nadzieje.

Po drugiej stronie Himalajow, w Chinach, setki tysiecy Tybetanczykow wciaz modli sie o wolnosc. Tym, ktorym nie udalo sie uciec, pozostal tylko Bog.

14/09/10

Tuesday, September 14th, 2010

Pozne sniadanie w oswojonej już i przyjaznej restauracji. Jajecznica i tybetanski chleb z miodem. Mietowa herbata. Mala coreczka właścicieli lokalu śmiało nawiazuje z nami kontakt. Nieswiadoma obcości, naiwnie otwarta. Dziecinna. Szczera.
Potem spotkanie z lekarzem. Powazanym i znanym, osobiscie bowiem leczyl Dalai Lame, duchowego przywodce Tybetu. W gabinecie tlumy. Wszyscy Czekaja z niecierpliwością na swoja kolej. Niektorzy maja raka lub inne nieuleczalne choroby. Do tego duzo nadziei. Wiary, ze może wydarzy się Cud. A`ponoc cuda zdarzaja się tutaj często, wielu potwierdza skuteczność leczenia dr.
My jesteśmy tutaj przy okazji, z czystej ciekawości. Wlasciwie to nic nam powaznego nie dolega, może tylko bole glowy czy plecow, stres i brak koncentracji- na to nie ma zadnego leku procz zmiany stylu zycia. Czujemy się troche nieswojo ze swoimi ułomnościami.
Lekarz, człowiek w podeszłym wieku co kilka minut wychodzi do pacjentow, którzy ustawiaja się w kolejke do umywalki, potem wyjmuja butelki z moczem i po kolei wlewaja do blaszanego kubka. Lekarz miesza mocz patykiem, wylewa zawartość i prosi nastepna osobe. Potem każdemu z osobna bada puls. Wystawia recepte, umawia się na kolejne spotkanie. W całkowitym skupieniu. W ciszy.
Leki maja nieprzyjemny smak. Przelamujemy się jednak z wiara, ze to tylko jedna nieprzyjemna chwila. Pojedyncza i nietrwala.
Wieczorem w lokalnej kawiarni ogladamy film o historii Tybetu. Troszke stronniczy i wyraznie antychiński. Prawda wcale nie jest taka oczywista. Wymaga mądrości i powściągliwości. Jak zycie.

13/09/10

Monday, September 13th, 2010

Wysoko w gorach, burza. Nizej, w dolinie, rzesisty deszcz. Szosta trzydziesci rano. Nabieram oddechu. Wiatru w pluca. Krajobraz we mgle wydaje sie bardziej odlegly niz jest w rzeczywistosci. Cisza. Nieabsolutna, bo miedzy kroplami deszczu, kaszlem porannych przechodniow, rykiem krow i poszczekiwaniem psow.

Sniadanie w lokalnej restauracji. Obserwacja zycia za oknem miedzy jednym a drugim kesem. Jednym a drugim siorbnieciem tybetanskiej herbaty. Jeszcze nigdy normalnsc nie byla tak interesujaca, a rzeczywistosc tak ostra. Budyjscy mnisi wedruja do klasztoru na poranne modlitwy. Smiesznie wygladaja w czerwonych szatach i ostrzyzonych glowach wymachujac telefonami komorkowymi, przekaszajac poranek parantha. Tradycja gryzie sie ze wspolczesnoscia. Przynajmniej ta widziana przez szybe, nieoswojona, dzika.

Potem kolejny spacer tymi samymi uliczkami, w przerwie miedzy jedna a druga ulewa.

Kazdego dnia odslania sie jakas nowa, nieodkryta jeszcze przestrzen.

12/09/10

Sunday, September 12th, 2010

Wczesnym rankiem riksza z Dharamkot to Mc Leod Ganj. Stromym zboczem staczamy się ku realnemu swiatu, otwieramy oczy na to, co przez dziesięć dni było tylko rezultatem wyobrazni. Nekaja nas mieszane uczucia- odnaleźć w sobie tyle sily, by wystarczylo ruszyc naprzeciw Zyciu Tu i Teraz.
Nie było tkliwych pożegnań, dlugiej listy podziękowań, początków dobrze rokujących znajomości. Zostala świadomość siebie, odkryta na nowo, świadomość, ze wszystko przemija, z biegiem sekund, minut i godzin. Dni i miesięcy. Lat i wiekow. I, ze chociaż nie mamy na to zadnego wpływu, możemy być tych zmian aktywnymi świadkami- sekunda po sekundzie, minuta po minucie, godzina po godzinie, dzien po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, wiek po wieku. Zyc z otwartymi oczyma, z otwartym sercem, z otwartym rozumem. Wlozyc siebie w bieg sekund, minut, godzin, dni, miesięcy i lat.
W Ashoka Guest House, prowadzonym przez mnichow z klasztoru Karnaka, dostajemy przyjemny, pachnący pokoj. Z werandy rozpościera się prawdziwie basniowy widok na pobliskie szczyty gorskie. Odpoczywamy.
Potem dlugii spacer po wsi, obiad w restauracji, zakupy u tybetanskich kobiet. Spotkanie ze znajomymi z kursu medytacji, krotka wymiana doświadczeń, uśmiechów, życzeń.
Powoli wdychamy toksyczna realność, toksyczne tu i teraz. I jesteśmy jakby silniejsi, jakby bardziej odporni na ponura rzeczywistość, nielad, frustracje. Jakby bliżej siebie.
Choc dzieli nas tylko niewidzialna przestrzen mysli.

27/08/10

Friday, August 27th, 2010

O osmej rano, po sniadaniu w lokalnej spelunie, opuszczamy senna i brudna Bairawe. Za sto nepalskich rupii jedziemy riksza do granicy z Indiami. Podnieceni, pelni nadziei i nowych, pozytywnych wrazen z radoscia patrzymy w przyszlosc. Rikszasz poci sie ze zmeczenia, omija dziury w jezdni, starajac sie dac nam jak najwiecej komfortu. Mjaja nas jipy i lokalne samochody dostawcze, zostawiamy za soba widok zwyklych Nepalczyow, kszatajacych sie przy swoich domostwach, przydroznych sklepikarzy i kucharzy, widok krow i bawolow spokojnie wedrujacych wzdluz drogi.

Granice przekraczamy bez problemow. Szybko i sprawnie. Nie tracac ani chwili czasu na zbedne formalnosci. Potem lokalnym autbusem do Gorakpur- wtapiajac sie w miejscowa mieszanke hindusow i zagranicznych turystow. Po drodze ulewa, ktora konczy sie po kilku minutach. Po trzech godzinach monotonnej jazdy zblizamy sie do Gorakpur. Prawie jedna trzecia miasta pod woda.Wszedzie gromady ludzi. Niektorzy zbudowali prowizoryczne domy na mostach, inni miedzy torami kolejowymi. Widok napawa lekiem. Szczyty dachow ledwie wystaja spod tafli sztucznego jeziora. Stada krow mucza w oddali. Nietore ocalaly. Inne odeszly w swietosc.

Czesc ulic Gorakpur, nawet tych lezacych wyzej, pokrywa pieciocentymetrowa warstwa wody. Ludzie szukaja wszedzie skrawka suchej przestrzei. Na szczescie plac przed dworcem kolejowym nietkniety przez ulewe. Udaje nam sie bez problemow przedostac do hotelu. W pobliskim barze jemy pozywne thali, rezerwujemy bilety w dalsza droge, cieszymy sie, ze nas ta powodz nie dotyczy.

Ktos inny szuka schronienia na noc, kawalka chleba na pusty zoladek, albo folii lub aluminium na prowizoryczny dach nad glowa. Nie widac, by ktokolwiek pomagal tym ludziom, ktokolwiek ratowal ich dobytek. Sa skazani na siebie i tylko na siebie.

Zasypiamy z radoscia, ze to nie my, lecz ze smutkiem, ze to oni. Zdziwieni budzimy sie kilkakrotnie, sny nie daja nam spokoju. Ktoregos dnia moze i nas zastanie wielka fala. Zaleje nas hinduska tragedia.

Oby NIGDY.

22/07/10

Thursday, July 22nd, 2010

Budzimy sie wczesnym rankiem na zielonej polanie. Slonce dzisiaj zimne, ale jak to w gorach, moze sie to wkrotce zmienic, pogoda plata tu czesto figle- jak dzieci. Parowka na sniadanie, lyk mineralnej wody. Wizyta w bulgarskim sklepie, rozmowa lamana bulgarszczyzna z mila sklepikarka. Przepierka. Grupa cyganskich dzieci laknie rozmowy, wymieniamy sie usmiechami i pokracznie kleconymi zdaniami. Zdjecie na pozegnanie. I papatki. Z drabiniastego wozu slyszymy cyganskie dewlesa, kopyt koni oddala sie szybko.

Potem spotykamy dwoch motocyklistow- podroznikow, jezdza sobie po Balkanach, chodza po gorach, rozkoszuja sie czasem.

Ludzie sami podchodza, sa ciekawi skad jestesmy i co porabiamy- oferuja pomoc i rade.

Z Sredniogradu stopem jedziemy do Kazalniaka, kierowca jest wielbicielem muzyki operowej. Podwozi nas az pod sam dworzec. W malenkiej piekarni kupujemy mesenice na obiad. Wystarczy na co najmniej pol dnia, taka duza.

Potem w pojedynke zwiedzamy Kazalniak. Robimy zakupy na miejscowym targu. Dreptamy po centrum. Chlopak z CS bezplatnie oferuje nocleg. Podniebnie. Dzieciaki robia ze mna zdjecie. Zastanawiam sie czy to ja czy moja broda jest turystyczna atrakcja dla miejscowych?

Kolacja. Potem poczekalnia. To ostatni nasz dzien w Bulgarii. Jutro Turcja i nowy rozdzial naszej podrozy do Indii.

20/07/10

Tuesday, July 20th, 2010

Poranny spacer po Arbanasi. Waskie uliczki, sterczace, czerwone dachy tradycyjnych chalup, dzikie sady i opuszczone zagrody i mnostwo hoteli, hotelikow i zajazdow, restauracji i barow, kramow z pamiatkami i antykami. Gubimy sie wsrod kamiennych plotow, jak w labiryncie szukamy drogi wyjscia, spotykamy miejscowych chlopow i zagranicznych gosci. Ciepla herbata i swieze pieczywo na sniadanie. Droga do Tarnova lzejsza, bo w dol, z widokami na doline. Po drodze zrodlo, zimne orzezwienie w czterdziestostopniowym upale. Nieudany autostop, odrzucona propozycja taniego noclegu w hostelu z wygodami, od kilku tygodni niesiemy swoj dom na plecach, jak slimaki, moze dlatego nasza podroz troche sie opoznia- ale za to widzimy wiecej, czujemy mijane miejsca jakos dotkliwiej, blizej, czulej.

Ostatnie chwile w Velikim Tarnovie, kielbasa na obiad, do tego gotowana kukurydza, w miescie zaczyna sie wlasnie miedzynarodowy festiwal folkowy, duzo muzyki, przyjaznych wibracji, zycia. Darmowy internet, chwila wirtualna, redakcja notatek z podrozy, przygotowanie albumow na strone.

Poznym wieczorem spacer na dworzec kolejowy. Seria pomylek, burza i rzesisty deszcz. Ratuja nas z opresji dwie miejscowe dziewczyny, ktore bezinteresownie zabieraja nas samochodem na dworzec- na kilka minut przed odjazdem pociagu znajdujemy sie na peronie.

Jedziemy na chybil trafil, przed siebie, chcemy spedzic ostatnie dni w Bulgarii w miejscach przypadkowych, niezaplanowanych, prowincjonalnych. Bez rodowodu lub z rodowodem. Na przelaj.

19/07/10

Monday, July 19th, 2010

Do Veliko Tarnova dojeżdżamy o swicie. Mala stacyjka oddalona jest od miasteczka kilka kilometrow. Wokół cisza miarowa, gory oddychaja spokojnym, wlasnym rytmem. Nawet pociagi wiezdzaja na perony cichutko, aby nie zakłócić spokoju tego miejsca. Dobra kawa z dworcowego automatu, ostatnie kawalki wczorajszej pizzy na sniadanie, krotka lektura rozkładów jazdy i cennikow. Mgla powoli opada, niebo blekitnieje, rosa schnie pod wpływem wschodzącego słońca.

Idziemy do centrum nieprzepisowo, wzdluz trasy zarezerwowanej dla samochodow i motocykli. Taksowkarze zatrzymuja sie, proponuja podwiezienie za pare lewa, inni oferuja nocleg za pare euro, jeszcze inni groza palcem, ze zakaz poruszania sie na wlasnych nogach tym pasem drogi.

Informacja turystyczna, choc powinna byc otwarta od kilkunastu minut, ciagle zamknieta. Kilku skautow francuzow wyraznie zdenerwowanych. Spoznialska pani od informacji wcale nie przeprasza, zapowiada nastepne, kilkuminutowe spoznienie i zamyka drzwi na klucz. W koncu, gdy juz jestesmy bw srodku, okazuje sie, ze nie ma nam nic do zaoferowania oprocz platnych map Bulgarii i widokowek z okolicy.

Ulica Gurko idziemy w strone historycznego Centrum. Sama ulica, reprezentujaca kilkanascie architektonicznych stylow, sama historyczna. Domy stare i nowe, brukowana ulica, to wznoszaca sie to opadajaca. Widoki na stare i nowe Tarnovo.

Miasto nalezy do najstarszych w Bulgarii a nawet w Europie. Historycy daja mu piec tysiecy lat. Lezy na trzech wzgorzach, z plynaca miedzy nimi rzeka Jatra. Dzis jest olbrzymim centrum turystycznym regionu. Ciagna tu turysci z calego niemal globu, liczni malarze zakladaja tu swoje pracownie.

Zreszta miasto slynie rowniez z obecnosci zywego rzemiosla- w malenkich sklepikach artysci kowale, ikonopisarze, garncarze i inni nie tylko sprzedaja tu swoje prace, ale tez wyrabiaja je na miejscu na oczach turystow, dziela sie doswiadczeniem i pozwalaja sprobowac samemu doswiadczyc sztuki.

Jestesmy zachwyceni pieknem Tarnova. Spacerujemy to tu to tam, robimy zdjecia, troche za szybko, troche w stylu niedzielnych turystow zatrzymujemy chwile w kadrze aparatu.

Potem mozolna wedrowka do Arbanasi. Pod gore. I potem raz jeszcze pod gore. Krawedzia ruchliwej drogi. Od czasu do czasu odpoczynek w cieniu i dalsza wedrowka- wydaje nam sie ze to wiecznoc, choc na tablicy informacyjnej do Arbanasi tylko 2.5 kilometra.

W koncu dociaramy na miejsce. Rozbijamy sie w centrum wioski. Przeczekujemy deszcz.

Wieczorem, przypadkowo, spedzamy czas w bulgarskiej zagrodzie. Uprzejmy kelner proponuje menu. Zadowalamy sie kuflem piwa i muzyka bulgarska z glosnika. Przy okazji zalapujewmy sie na zimne ognie i petardy, no i ladny, mily wieczor w bulgskiej wiosce.

Kladziemy sie spac poznym wieczorem.

18/07/10

Sunday, July 18th, 2010

Budzimy się wczesnym rankiem. Fale morskie uderzaja glosno o brzeg, mewy to tez ranne ptaszki. Podobnie jak male grupki plażowiczów, którzy zdecydowali się zazyc kapieli w jeszcze czystej, ozezwiajacej wodzie. Goraco. Jest szosta rano, a na zewnatrz ponad trzydzieści stopni Celsjusza. Agnieszka mowi, ze to dobre przygotowanie przed dalsza podroza do Indii. Ma racje.
Na tafli wody zaczynaja pojawiac się jachty i pierwsze statki pasazerskie. Rybacy zwijaja sieci, najlepiej lowi się ryby bardzo wczesnie rano, jeszcze przed wschodem słońca.
Sniadanie. Agnieszka moczy stopy w morzu. Zwijamy nasze obozowisko, nasz pięciogwiazdkowy hotel wkladamy do plecaka i wyruszamy do centrum Nesebaru. Pierwsze cerkiewne dzwony rozbrzmiewaja o siódmej trzydzieści. Staruszki ciagna sznurem do świątyni, postękując od czasu do czasu pod ciezarem wlasnego krzyza.
Stare Miasto w Nesebarze zaczyna się budzic. Sklepikarki otwieraja swoje kramy. Wlasciciele restauracji i barow czekaja na klientow ze sniadaniem. Usmiechaja się do przechodniow, zapraszaja na kawe.
Pierwsze wycieczki zjawiaja się o dziewiatej rano. Rozwrzeszczane grupy nastolatkow nie słuchają przewodnikow i opiekunow, nie w glowie im historia tutejszych ruin i placow, wola kramy ze świecidełkami i lody z automatu. Samotny garncarz na prozno czeka na adeptow sztuki garncarskiej.
Ostatnie chwile w Nesebarze. Z widokiem na Morze Czarne, z tysiacletnia historia miejsca, w którym zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia.
Potem nieudana proba lapania stopa do Burgas. Ponad godzinny postoj na wylotowce. Nie mamy szczescia do kierowcow.
W koncu za cene biletu autobusowego jedziemy taksowka do Burgas. W niespełna pol godziny jesteśmy na miejscu. Olbrzymia pizza z kwasnym mlekiem na obiad.
Burgas to brzydkie nadmorskie miasto, które jest jednak waznym centrum komunikacyjnym regionu. Ma lotnisko, co kilkanaście minut odjeżdżają stad tez autobusy do nadmorskich kurortow, posiada polaczenia kolejowe z najważniejszymi miastami Bulgarii. Ma tez swoja plaze, Mac Donalds i Centrum Handlowe. W Burgas spedzamy Pol dnia, buszując po księgarniach i … Internecie. Na dworcu kolejowym mlodzi ludzie ucza się tradycyjnych bułgarskich tańców, graja na bebnach i smieja się do rozpuku.
Poznym wieczorem pospiesznym pociagiem udajemy się do Wielkiego Tarnowa- serca Bulgarii.

17/07/10

Saturday, July 17th, 2010

Ostatnie chwile nad Morzem Czarnym w Svjatym Konstantin i Elenie. Mocna kawa i woda swiecona z miejscowego klasztoru na wzmocnienie. Piechota w strone Warny, dopiero po około kilometrze, na stacji benzynowej udaje nam się złapać okazje do centrum miasta. Osiem kilometrow komfortowej jazdy samochodem i godzina zaoszczędzonego czasu. Nie licząc kosztow biletu komunikacji miejskiej, które sa w Bulgarii zdecydowanie za wysokie .
Sniadanie w centrum Varny. Kupujemy swieze ogorki na miejscowym targu, zaopatrujemy się w wode mineralna z lodowki. Ponad czterdzieści stopni na termometrze, a jeszcze daleko do poludnia.
Dworzec autobusowy w Warnie skad mamy polaczenie z Nesabarem oddalony jest od centrum miasta o około trzy kilometry, daleko, pot splywa z czola i nogi bola od marszu. Za dziesięć leva kupujemy bilet docelowy, troche rozgladamy się wokół i zajmujemy miejsce w autobusie.
Trasa z Warny do Nesebaru nie jest az tak urozmaicona jakbyśmy się spodziewali. Tylko w niektórych miejscach przebija się morze, nasz kontakt z Morzem Czarnym. Dopiero w Uzvorze pojawiaja się piekne widoki, a potem już na koncu naszej trasy, w Nesebarze.
Podroz autobusem do Nesebaru zajela nam około dwoch godzin. Niewiele. Troche zalujemy ze nie próbowaliśmy złapać stopa.
Drewniany wiatrak wita przybyszy do Starego Nesebaru. Miasteczko ma prawie trzy tysiace lat. Zamieszkiwali go Tracjanie i starozytni Grecy, pozniej Turcy, Bulgarzy i Rosjanie. Duzo tez bylo tu Macedonczykow i Albanczykow. Roznorodnosc widac wiec na kazdym kroku, bo choc mieszkancy sie zmienili, architektura pozostala do dzis.

Pogoda wspaniala. Miasteczko naprawde piekne. Stare kamieniczki, urocze zaulki, ruiny kościołów i innych starożytnych budowli, deptak pelen turystow z Rosji, Polski, Niemiec i Anglii. Tygiel jezykow, setki lokalnych i miedzynarodowych przysmakow w miejscowych barach, muzyka stad i stamtąd, kamienista plaza pelna muszelek- raj dla Agnieszki, błękitne morze. Zakochujemy się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Odpoczywamy w cieniu ruin, przypatrujemy się ludziom, przysłuchujemy się gwarowi miasta.
Wieczorem rozbijamy namiot nad brzegiem morza. Towarzyszy nam szum fal i wiatru. Zasypiamy w pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na Morze Czarne.

14/07/10

Wednesday, July 14th, 2010

Za jedenaście leva jedziemy pociagiem do Warny. Niezgodnie z planem, ale zgodnie z ruchem wskazowek zegara i porywem serca. Nie możemy doczekac się kapieli w cieplym morzu, widoku piaszczystych plaz, zlotych bułgarskich piaskow. Potrzebujemy troche odpoczynku od ciągłego przemieszczania się, porannego wstawania, braku wody na szlaku.
Za jedenaście leva jedziemy pociagiem do Warny. Widoki skape, od czasu do czasu pojawiaja się słonecznikowe plantacje, od czasu do czasu oczy zachwycaja się tradycyjnymi bułgarskimi wioskami. Bulgarzy lgna do rozmow, sa ciekawi, co my za jedni, dokad jedziemy i po co. Wyraznie lubia Polakow, choc do Polski im raczej daleko… Wykorzystujemy podroz pociagiem na zregenerowanie sil i probujemy sobie choćby troche zrekompensowac brak snu.
Warna ma bogata historie, choc współcześnie nie należy do miast najpiękniejszych. Owszem,sa tu pozostałości budowli rzymskich, fundamenty wczesnosredniowiecznych bazylik i resztki fortyfikacji bizantyjskich- na pierwszy rzut oka miejsce przypomina jednak centrum handlowe lub targ, nie ma tu wyraznie odzielonego starego miasta, ma za to kramy z tandetnymi pamiątkami z Bulgarii, drogimi akcesoriami do opalania i plywania w morzu i przekaskami.
Kupujemy banice w budce z pieczywem. To taka tradycyjna bulgarska przekaska z twarogiem w ciescie francuskim zmazonym na goracym oleju. Ceny w bułgarskich miastach sa znacznie wyższe niż w Polsce, upodabniaja się do europejskich z ‘prawdziwego zdezenia’. Spacerujemy po centrum, studiujemy ceny i drogowskazy.
Szukamy szczególnie jednego- tego, które wskaze nam droge na plaze, do morza.
Plaze bułgarskie sa z zasady bezpłatne, choc w gospodarce rynkowej pojawia się coraz wiecej firm i osob prywatnych dzierżawiących wybrzeże Morza Czarnego . Widok kasjera sciagajacego haracz na plazy nikogo już dzis nie dziwi.
Udaje nam się znaleźć miejsce na płatnej plazy bezpłatnie. Czterdziesci stopni Celsjusza w cieniu. Temperatura wody 24 stopnie. Beztroski relaks nad morzem. I tak do wieczora. Aby kupic cos do jedzenia nie trzeba nawet wychodzic do miasta. Handlarz przyniesie ci co tylko zechcesz- od gotowanej kukurydzy do olejku do opalania. Cyganskie dzieci zaczepiaja plażowiczów. Woda przezroczysta. Blekitna. Szum(n)a.

13/07/10

Tuesday, July 13th, 2010

O szostej dziesięć z Braszowa do Bukaresztu. Niespelna sto trzydzieści kilometrow w ciagu 5 godzin. Piekne widoki za Braszowem, gory, wawozy i lasy. I rozlegle plantacje słoneczników niedaleko Bukaresztu.
W poludnie Gara de Nord, spotkanie drugie już w ciagu ostatnich kilku miesięcy. Tlumy turystow, ktorych niewiadomo po co wiatr przygnal do stolicy, przybłędów, naganiaczy, handlarzy i Cyganow. Drogie piwo i zarlo, tania reklama na kartonie w dloniach starszej kobiety- pokoje do wynajęcia za 20 Euro. Agnieszka chce zwiedzac Bukareszt. Wysiadamy na Placu Unii, olbrzymie rondo, otoczone sklepami, bankami, firmami, restauracjami i budkami z papierosami i gazetami. Niedaleko gmach parlamentu, troche dalej sadu, kilka secesyjnych kamienic i zielonych skwerow. Centrum miasta.Niewiele pozostalo z dawnego Bukaresztu.
A jeszcze w okresie miedzywojennym miasto to nazywano Malym Paryzem, Paryzem Wschodu. Duza czesc śródmieścia zostala jednak zniszczona działaniami wojennymi, trzesieniami ziemi, a potem polityka Nicolae Ceauşescu, z powodu ktorej zniknęło z powierzchni ziemi wiele wspaniałych perel architektury . Można jednak znaleźć schowane miedzy blokami mieszkalnymi ocalale pamiątki wielokulturowego Bukaresztu- Synagoge Krawcow, Cerkiew Stavropoleos czy rumuńskie Ateneum.
Metrem jedziemy na plac Bohaterow Rewolucji. Naprzeciwko cerkwii lapiemy autobus do granicy rumunsko- bułgarskiej Giurgiu- Russe. U staruszek z przedmiesc Bukaresztu zaopatrujemy się w swieze pomidory i ogorki.
Ostatnie chwile w Rumunii. Miejscowy chłopak pokazuje nam droge do granicy. Piechota przekraczamy most na Dunaju. Most Przyjazni.
Dlugi, liczący prawie trzy kilometry długości most otwarty zostal w 1954 roku, wybudowany wsparciu finansowym Zwiazku Radzieckiego. Most miał na celu odciążyć promowa przeprawe przez rzeke i jednac oba socjalistyczne wtedy narody. Dzis jest często obiektem narzekan, albowiem aby przez niego przejechac trzeba slono zapłacić. Piechota da się przejść, ale tylko w jedna strone- z Rumunii do Bulgarii. Z Bulgarii do Rumunii mostem można przeprawic się tylko samochodem.
Rybak na brzegu Dunaju zlapal wielka rybe. Pokazuje nam ja z nieukrywana duma. Ruse wita nas deszczem. Po kilkukilometrowej wędrówce padamy ze zmeczenia na dworcu kolejowym. Wnetrze przypomina jednak raczej palac niż stacje kolejowa. Cisza i spokoj. Zadnych bezdomnych- psow i ludzi. Co godzine policjanci patroluja rewir. Nie ma bezpieczniejszego miejsca na odpoczynek.

09/07/10

Friday, July 9th, 2010

Pyszna kawa w restauracji w Borsie. Do tego darmowy internet. Okolo poludnia wyruszamy w dalsza droge. Minibusem mkniemy w strone Gury Humului. Przepiekna trasa. Najpierw pod gore, do Przeleczy Prislup, potem w dol, mijajac po drodze bukowinskie wioski. Krajobrazy nesamowite, trudne do opisania. Mnostwo serpentyn. Kilka postoi podczas jazdy. Pogoda zmienna, ale to tylko dodaje uroku trasie- raz widzimy gory w szarej powloce pary, innym razem lsniace kopuly cerkwii w dolinach.
Mloda pasazerka nie wytrzymuje szybkiej jazdy autobusem, niezaplanowany postoj, chwila na rozciagniecie kosci. Kierowca minbusa zartownis. Mila atmosfera dodaje podrozy dobrej energii.

Gura Humora to miejscowosc w poludniowej Bukowinie. Jednoczesnie brama do okolicznych wiosek z pieknymi malowanymi swiatyniami w stylu moldawskim. Miejscowosc typowo turystyczna, z zielonym centrum i bezprzewodowym internetem w calym miescie. Po niewielkich zakupach idziemy w strone klasztoru Voronet. Po drodze zabiera nas miejscowy kierowca, ktory choc mieszka kilka kilometrow od klasztoru nigdy tam nie byl. Chce pokazac dzieciom spadszczyzne ojcow. Troche opowiada o sobie i swojej pracy. Lubi Rumunie, chc widzi w niej jeszcze sporo do zrobienia,naprawienia, odbudowania.

Klasztor w Voronet rzeczywiscie piekny. Zarowno z zewnatrz- setki ikon zdobia jego mury, jak i wewnatrz. Ikony i nastroj nie pozwalajaczlowiekowi szybko odejsc. Sprzyjawia zadumie i modlitwie. Wsrod swietych i blogoslawionych.

Nocleg w lesie. Nad rzeka.

08/07/10

Thursday, July 8th, 2010

Dzis urodziny Agnieszki. Miniaturowa laurka i szyszka w prezencie- efekt nocnego czuwania na stacji Vasou de Jus. Spokojna noc, pelna snow i mysli. Potem sniadanie, kawa na wzmocnienie. W kawiarni dosiada sie do nas miejscowa kobieta. Rozmowa o niczym, a jednak pozostawia mile wrazenie. Po kilkunasu minutach czekania udaje nam sie zlapac stopa w strone Moisei, znanej glownie z masakry w ktorej zginelo kilkudziesieciu Rumunow i Zydow z rak wegierskich. Podwozi nas mily kierowca, na codzien zajmujacy sie sprzedaza starych samochodow sprowadzanych z Niemiec i Belgii. Jedzie do rodziny w Bystryci.

Na stacji benzynowej w Moisei taksowka jedziemy do Borsy. Uzdrowiskowe masteczko nie robi na nas dobrego wrazenia. Brzydka architektura, brudna rzeka, smrod i halas, zamiast przyciagac, odstraszaja. Uciekamy na wzgorza, gdzie rozbijamy namiot. Stamtad widoki cudowne- i na Pietrosul- najwyzszy szczyt w regionie i na najblizsza okolice. Podziwiamy gory i doliny, jemy kolacje, planujemy dalsza podroz. Pogoda roznorodna. Podobnie jak mysli.

Borsa krzyczy donosnym glosem. Cisza przychodzi o zmierzchu.

07/07/10

Wednesday, July 7th, 2010

Od rana pada rzesisty deszcz. To troche opoznia nasza podroz. W zwiazku z tym zamiast odwiedzic Wesoly Cmentarz w marmaroskiej Sapancie, decydujemy sie wyruszyc dalej na wschod, w strone Bukowiny.

Po poludniu pociagiem do Vasou de Jus. W pociagu mieszanka Ukraincow (bo trasa wiedzie wzdluz ukrainskiej grancy), Rumunow i… Polakow, ktorych dzwieczna mowa roznosi sie na pol wagonu. Polacy to glownie turysci- studenci, chcacy zaliczyc szczyty Karpat Orientalnych. Same wagony- rodem z Polski okresu PRL- rozchodzace sie siedzenia, niedomykajace sie okna, zarzewiale drzwi.

Pociag ma piekna trase- wzdluz Cisy. Gdzieniegdzie widac jeszcze slady lokalnych podtopien czy powodzi, jaka przeszla przez okolice kilka tygodni temu. Jedziemy wzdluz granic gor i panstw. W wysokich gorach burza, para unosi sie na wysokosc kilkudziesieciu metrow. Konduktor spokojnie sprawdza bilety i co ciekawe, zamiast tradycyjnej, kraglej dziurki, wycina na bilecie dziurki w ksztalcie… krzyzyka. To jedna z osobliwosci kolei rumunskich.

Po kilku godzinach jazdy docieramy d celu. Vasou de Jus to mala stacyjka na trasie Baia Mare- Borsa- Suczawa i jedna z niewielu w polnocnej Rumunii owarta cala dobe. Niewielki ruch, przyjazni ludzie wokol, zaciszna poczekalnia to wspaniale warunki, zeby sie tu przespac. Jeszcze tylko krotkawzedrowka po miejscowosci, wieczorna toaleta i juz mozemy zaczac snic o dalszej podrozy.

06/07/10

Tuesday, July 6th, 2010

Wedrowka grzbietem gor. Powolna. Od pajdy chleba do wody mineralnej. Zanurzamy się w przestrzen. Zielone serce swiata. Z gory wszystko wyglada normalniej.
Trzydziesci kilometrow marmaroskich szlakow za nami. Vadu Izei, Budesti, Calinesti, Harnicesti- te malo mowiace dla niezorientowanych nazwy miejsc, dla nas maja suwerenna wartosc, wypelniona przezyciami, obrazami i slowam.

Kolejni ludzie zapraszaja nas do siebie, czestuja wodka, chca pogadac. Kbieta zabiera nas na stopa, potem starszy mezczyzna sam proponuje podwiezienie. Szczescie znowu sie do nas usmiecha. I choc od czasu do czasu siapi zimny, gorski deszcz, nam nie jest wcale do placzu.

Potem powrot do cywilizacji, wirtualne sotkanie z bliskimi. Zakupy. Spacer po Sygiecie Marmaroskim tym razem spokojniejszy, bo bez leku przed nieznanym.

Rozbijamy sie za miastem, chwile przed ulewa. I znowu mamy szczescie. Zasypiamy w takt marmaroskiej muzyki. Sasiad zza plotu wyraznie jest stad.
My tez.

05/07/10

Monday, July 5th, 2010

Znowu mijamy piekne marmaroskie wioski. Powoli wdychamy to miejsce, stajemy się jego czescia, tak bardzo, ze znika uczucie wyobcowania, pojawia się zas poczucie bliskości i powolnego zakorzeniania się, swojskości, zrozumienia. Chleb kupiony w sklepie po drodze smakuje lepiej niż kiedykolwiek, uprzejmość ludzi zadziwia, ale tez potwierdza regule, ze nie wazne czy zyjemy w biednym czy bogatym kraju, wazne jest jakimi jesteśmy wewnątrz, w stosunku do innych.
Zadziwia nas fakt, ze chociaż nie potrafimy powiedziec po rumuńsku ani slowa, wszyscy traktuja nas z życzliwością i otwartością godna pozazdroszczenia.
W jednej z marmaroskich wiosek dwie staruszki zapraszaja nas do siebie, częstują chlebem i slonina, serem i gorzalka. Niby nie maja wiele, narzekaja na bol krzyza, niska rencine i samotność, ale maja wielkie serce. Staraja się ugościć nas tak dobrze, abyśmy czuli się jak u siebie. Traktuja nas jak wlasne dzieci- otaczaja opieka i przyjaznia.
Dzis przekroczyliśmy 25 kilometr naszej pieszej wędrówki przez Maramuresz. Nogi bola od przemierzonych odległości, plecy od noszenia ciezkich plecakow. A jednak jesteśmy sczesliwi. Tak po prostu. Jak dzieci.
Nocleg na wzgorzu i piekny zachod słońca. Olsniewajace krajobrazy, wokół szczyty gor, geste lasy, ludzie przy zbiorze siana, rzace konie.
Tak niewiele potrzeba do zycia.

04/07/10

Sunday, July 4th, 2010

Niedzielny poranek. W drodze na ukrainsko- rumuńskie przejscie graniczne mijamy grupy ludzi ciągnących do miejscowych cerkwi. Mijamy tez handlarzy na rowerach i kilku turystow z Niemiec. Handlarze wioza papier toaletowy, wodke, chleb i twarog. To ma u sąsiadów wziecie.
Po drugiej stronie Cisy wita nas Sygiet Marmaroski. Wstepujemy na chwile do miejscowej cerkwii, calujemy ikony i modlimy się każdy do wlasnego Boga. Potem już prężnym krokiem kierujemy się w strone centrum.
Na placu zabaw duzo dzieci z tatusiami. Objadaja sie lodami lub bawia sie na zjezdzalni. Nieliczne grupki Cyganow rozmawiaja glosno po swojemu.

Mala przekaska, odpoczynek, troche pamiatkowych fotografii i ruszamy w strone Maramuresz, niezwykle pieknej krainy, bogatej w zabytki architektoniczne i ciagle kultywujacej stare zwyczaje w zywej, egzotycznej formie.
Probujemy zlapac stopa na rogatkach miasta, bez rezultatu. Nikt nie chce siezatrzymac. Wiekszosc samochodow ma komplet pasazerow, ludzie wracaja do polozonych w odleglych wioskach domow rodzinami.
Po godzinie bezskutecznego machania reka, mila niesodzianka- wlasciciel jednego z domow z naprzeciwka zaprasza nas do siebie na poczestunek. Zdziwieni, zaskoczeni- nie odmawiamy jednak. Stol zastawiony jest wszelakiego rodzaju jadlem i napitkiem. Zastanawiamy sie czy nie trafilismy przypadkiem na jakies wesele lub podobnego typu urozystosc. Okazuje sie, ze nie- za to dowiadujemy sie, ze raz w roku w uroczystosc swietych Piotra i Pawla mieszkancy Maramuresz maja obowiazek zaprosic nieznajomych gosci do stolu, nakarmic ich i napoic. I my bylmi szczesliwcami. Zaspokoilismy glod rosolem i golabkami, pragnienie zas winem wlasnej roboty. I chocinalelismy ani jednego rumunskiego slowa, dogadywalismy sie dosonale.Mile zaskoczeni wielka goscinnoscia gospodarzy i obdarowani pzez nich swiezo upieczonymi paczkami wyruszylismy w dalsza droge.

Oto pierwsze oznaki Maramuresz- ozdobne, recznie zdobione bramy przy domostwach, charakterystyczne, drewniane koscioly ze strelistymi iezami, mezczyzni w specyficznych, malych kapelusikach na glowach, kobiety w koorowych chustach i szerokich spodnicach. Najbarej urzekly nas jednak dzieci w tradycyjnych strojach, ktorych rodzice ie odwrocili sie od tradycji i zyw ja kultywuja.

Oto drugie oznaki Maramuresz- drewniane chaty i ciagle uzywane zurawie przy studniach, konne furmanki i wszedzie obecna tadycyjna muzyka w magnetofnach i radiu.

Agnieszka nie ukrywa zachwytu. Pogoda sprzyja naszej wyprawie. Krajobrazy koja zmeczenie.

Jestesmy w sercu Swiata.
Maramuresz.

03/07/10

Saturday, July 3rd, 2010

1. Noc w pociągu z Uzhorodu do Solotwyna. Plackarty za dwadzieścia hrywien kazda. Pod względem Ce biletow kolejowych Ukraina prowadzi chyba w grupie najtańszych panstw w Europie. I chyba w zadnym inym panstwie europejskim w pociagach nie serwuje się pasazerom wrzatku z zabytkowych samowarow za darmo, ani oferuje krochmalonej poscieli.
Ocia z Uzhorodu do Solotwyna mija na swojej trasie trzy panstwa- Slowacje, Wegry i Rumunie I choc nie rzejezdza przez żadne z nich, symbolicznie je laczy, umacnia te trzy wspólnoty.
Pociag z Uzhorodu do Solotwyna przemierza niecale 100 kilometrow w szesc godzin- mamy wiec czas na sen, na refleksje, na spojrzenie w przszlosci przyszłość, na dotkniecie tezniejszosci.
2. Potem świeży chleb z miejscowego targu, kontakt z miejscowmi, spacer nad jeziorem i lody. Sloneczne Solotwyno to goscinna ziemia. Na skraju Karpat, Ukrainy, Europy, Swiata. Placza się tu jezyki nie tylko przybyszom ale i tutejszym. Tyle jezykow ile ludzi.
Z pobliskiego wzgorza spoglądamy na jeziora. Daniej nikt ie myślał o zarabianiu na nich pieniędzy. Teraz za wejscie na plaze trzeba slono zapłacić. Ale ponoc wato- miejscowy właściciel pensjonatu zachwala walory wody- duzo wniej soli i jodu, porównując niewielkie bajorka do Morza… Czerwonego.
Prawie trzydzieści stopni Celsjusza. Szukamy cienia.
Po poludniu nieoczekiwana zmiana pogody. Burza i deszcz zastaja nas w drodze na ukrainsko- rumunska granice. Przemoknieci i wyziębieni prosimy o slonce. Prosimy i… otrzymujemy. Po godzinie nieudanej ucieczki przed deszczem slonce znow pojawia się na niebie. Rozbijamy się na wzgorzu i suszymy mokre ubrania. Przy okazji stajemy się atrakcja dla miejscowych ludzi, którzy z zainteresowaniem przyglądają się nam z daleka. Nasze biwakowisko wyglada jak oboz wędrownych Cyganow. Stajemy się atrakcja również dla miejscowych… koz, które odważnie zbliżają się do naszego namiotu i skubia suszace się rzeczy.
Noc zamiast w Rumunii, na Ukrainie. Dwa kilometry dalej, po drugiej stronie Cisy zasypia rumunski Syghet Marmatei.

02/07/10

Friday, July 2nd, 2010

1. Koszyce zwiedzamy na zmiane. Przygladamy sie miastu z dwoch perspektyw, spojrzen, roznorodnosci doswiadczen i upodoban. Stare i nowe miasto. Kunszt zabytkowych kamienic i przerazajaca prostota blokowisk. Laczy je niewątpliwie platanina torowisk i linii trolejbusowych, przez które co chwila przedziera wedrowka ludow ze starego do nowego swiata. Ze starego do nowego porzadku zycia.
Na koszyckim rynku sklepikarki zachwalaja miejscowe suwieniry, kelnerzy od progu zapraszaja na piw lub dwa.
Kawa i ciastko w lokalnej cukierni. Regeneracja zuzytej energii. Chwila nostalgii i wirtualnego kontaktu ze swiatem. Pote wedrowka na koszycki dworzec. Stad się wyjedz i tu się wraca. Prawdziwy poczatek i koniec swiata.
2. Starym, ledwie dyszacym ukraińskim autobusem, do Uzhorodu. Podroznych można w nim podzielic na dwie grupy- bardziej liczebna- przygranicznych handlarzy i przemytnikow, którzy jada do samej granicy bez biletu, znaja się nawzajem i SA za pan brat z kierowca. Jest i tez druga grupa, mniej liczebna, właściwie niestniejaca- turystow z biletem do celu, kupionym za uczciwa cene w uczciwym biurze turystycznym, za to milczaca, bo osamotniona w tym dobrze ze soba prosperującym tlumie pasażerów na gape.
A wiec podazamy ledwie dyszacym, kraińskim autobusem, do Uzhorodu. Wschluchujemy się w historie ludzi z innej strony Eurpy. Europy nieuprzywilejowanej, prowincjonalnej, a czasem nawet pogardzanej. I jakby na przekor czasom i dzielącym nas granicom- odnajdujemy się w historiach tych ludzi- niby obcych, wyalienowanych, a jednak Az do bolu w sercu- bliskich.
W ostatniej wiosce po slowackiej stronie grzecznie ustawiamy się w kolejce do sklepy spożywczego- pozbywamy sie zbędnego bilonu w eurowalucie. Troche kiełbasy na zoladek i lod na podniebienie.
Granica wylania się prawie natychmiast. Z jedne strony to dobrze, ze istnieje- wyznacza suwerenna, kulturowa i narodowa przestrzen, wskazuje na drebnosc, indywidualność panstwa. Z drugiej jednak strony- dzieli- kategoryzuje ludzi, przyczynia się do faworyzowana lub de faworyzowania narodow. O g r a n i c z a.
Dlatego trzeba umiec graniczyc. Trzeba umiec dobrze ganiczyc. Budowac dobrosasiedzwo i tolerancje. Nie ograniczając wolności.
Tu, na slowacko- ukrainskej granicy, daleko jeszcze do wzorowego graniczenia. Tu obywatel Unii Eropejskiej ma przywileje obywatela lepszej kategorii, służby celne nie obmacuja go i nie traktuja go tak przedmiotowo jak obywatela z ukraińskim paszportem. Pochodzenie jest jak rysa w zyciorsie, jak czarna plama- nie do oplamienia.
Tu, na slowacko- ukraińskiej granicy Ukrainiec placi za swoja prowincjonalność i kulejaca gospodarke swojej ojczyzny- wyszydzeniem, ponizenem i waluta- ciezko zarobiona, jakims cudem lub nadludzka praca.
3. Uzhorod to miasto, gdzie przez wieki przenikaly się style wielu kultur- wegierskiej, ukraińskiej, rumuńskiej, żydowskiej i niemieckiej. Pierwsze wrazenie sprawia jednak odmienne. Olbrzymie, betonowe dzielnice zalewaja miasto. I tylko dworze kolejowy i stara zydowska synagoga przypominaja historie kiedys prężnego osrodka kultury i gospodarki. Za to w rynku powstaja croaz liczniejsze puby i kluby w stylu zachodnioeuropejskim i amerykańskim. A na obrzezach miasta disnejowski zamek zachwyca miejscowe dzieciaki .

01/07/10

Thursday, July 1st, 2010

zachod slonca z widokiem na bardejowska starowke. magia kolorow, zapachow i dzwiekow. nasza obecnoscia zainteresowalo sie stado bykow z pobliskiego pola ale oprocz tego zywego ducha- tylko wiatr od czasu do czasu uderza o scianki namiotu.

rano sniadanie w cieniu brzoz. mozolna proba wydostania sie z miasta. cyganie sprzataja trawniki, usmiechaja sie do nas tajemniczo. cyganskie dzieci spaceruja w grupkach, ida sie kapac do miejscowej rzeki albo sie opalac. do zycia podchodza z przymrozeniem oka, bo zycie jest tylko jedno. ciesza sie z tego co maja i w przeciwienstwie do Slowakow- nie narzekaja, ze dziurawe kieszenie.

w samo poludnie pociagiem podobnym do drezyny jedziemy do presova. proba umycia sie konczy sie niepowodzeniem. w kranie brak wody. kilkudziesieciu podroznych w wagonie poci sie na widok slonca.

ladny rynek w presovie. jakis doroczny przeglad zespolow ludowych na miejscowej scenie. pyryzky z makiem na dworcu. spacer starowka, sesja fotograficzna miasta. odpoczynek pod lipa.

grupka dzieci cyganskich probuje okrasc miejscowego grajka. bezskutecznie. potem pociag do koszyc. ciemnosci miejskie. wygodne lozko i odswiezajacy prysznic.woda na pragnienie. kronikopisanie. dobranoc.

30/06/10

Wednesday, June 30th, 2010

wyrzucilismy plan podrozy do kosza. wykreslilismy z kalendarza wszelkie czasowe ograniczenia, zobowiazania, ktore zamiast z wiatrem, czynily nasza podroz pod wiatr.

Agnieszka lapiaca stopa na Slowacje

pobudka na stokach cergowej, poranna toaleta w pobliskim strumyku, kawa z imbirem i gozdzikami w dukielskiej restauracji. krotka podroz autostopem do tylawy, zapis ciekawej rozmowy z kierowca, ktory, choc w sile wieku z nami chcialby wyruszyc w podroz, gdyby tylko mogl.

Relaks na rynku w Bardejowie


piesza przeprawa na slowacka strone. kilkugodzinna proba lapania stopa do Svidnika- w efekcie autobusowa wyprawa do Bardejova. Wieczor na Rynku w Bardejowie, kolacja i lody owocowe w miejscowej kawiarni. cisza miarowa, kolorowa terapia wzroku. oddychamy powoli w cieniu lip. od czasu do czasu dzwony Bazyliki daja glos. w tlum.

29/06/10

Tuesday, June 29th, 2010

Znowu w drodze. W przestrzeni krajobrazow, ludzi, dźwięków i mijającego czasu. Nowa podroz. Doswiadczana we dwojke. Wspolna i odrebna zarazem, bo wieloplaszczyznowa, naznaczona meskim realizmem i logika oraz kobieca intuicja i cieplem.

Pozegnanie na stacji Kluczbork

1. Pociag z Wroclawia do Przemysla. Przez Slask, potem Malopolske i czesc Podkarpacia. Agnieszka spi, gdy niespiesznie lokomotywa sunie wzdłuż Gliwic, Rudy Slaskiej, Katowic i Jaworzna. Slask można przespac. Wlasciwie to można tez calkowicie o nim zapomniec. Odrapane rudawe kamienice, popisane sprayem kolejowe wiadukty i ploty, baczne kominy z dymiaca lawa ciepla. Slask można tez mimowolnie przeoczyc na mapie, w przewodnikach turystycznych, folderach dla zagranicznych inwestorow. Slask to rezerwat górniczy, gdzie szyb po szybie, po malenku zaczyna się walic, skad mlodzi ludzie uciekaja do stolicy albo Raichu i tylko od czasu do czasu, w katowickim spodku, zostawiaja pieniadze zarobione na plantacjach truskawek i ogórków- taki ich wkład w rozwoj ojczystej ziemi , haimatu, podworka.
Wielokrotnie mijalem Slask w swych wedrowkach po Polsce, wysiadając jedynie na stacji w Katowicach by kupic tanie paczki lub rozpuszczalna kawe. Ani razu nie przeszlo i przez mysl- zajrzec glebiej- może za furtki tych rudawych, odrapanych kamienic, może za betonowe ploty upackane koslawymi graffiti. Pociagi maja to do siebie, ze nie stoja dlugo na peronach i jeśli ktos nie zdazy wysiąść w pore, pojedzie dalej, na inna stacje, w inna przestrzen.

Podroz czas zaczac...

2. Za Rzeszowem Agnieszce udaje sie złapać stopa prawie do samej Dukli. Przy okazji kierowca jest fascynatem tutejszych ziem, a do tego niezłym przewodnikiem turystycznym. Wiezie do matki telewizor kolorowy, bo wlasnie kilka dni temu zdecydowal się wyrzucic go za drzwi swojego mieszkania.
W Miejscu Piastowym postoj bibliotece wiejskiej, uzupelnienie plynow- upal straszny- ponad 30 stopni. Miejsce Piastowe to miejsce szczegolne- nie gdzie indziej jak nie tutaj gmina sprawila swoim mieszkancom prezent- bezplatny internet bezprzewodowy- stad i my korzystamy z tego konfortu- surfujac bez przeszkod na przystanku autobusowym.

Poza tym jestesmy na rozdrozu- w Miejscu Piastowym krzyzuja sie drogowe szlaki na Przemysl, Sanok, Krosno, Rzeszow i Barwinek. Rownie blisko stad na Slowacje jak i na Ukraine. Do Rumunii i na Wegry blizej stad niz nad Morze Baltyckie.

Tak, miejsce Piastowe to szczegolne miejsce.

Nocleg na zboczu Cergowej

3. Stopa do Dukli lapiemy niemal natychmiast. Zatrzymuje nam sie starsze malzenstwo. On- koniarz z zamilowania, ona z zamilowania turystka. Zazdroszcza nam podrozy i gdyby nie wiek chetnie by sie z nami wybrali w nieznane. Czas mija szybko, az szkoda ze musimy sie pozegnac…

Rynek w Dukli. Taki sam od lat. Kolacja w miejscowym barze, piwo na ochlode, zdjecie na pamiatke. Miejscowy manel okazuje sie nie taki miejscowy- bo z Bukowiny Tatrzanskiej i czort wie skad sie tu znalazl. Jedno jest pewne- nie lubi miejscowych, bo nie daja na wino.

Meczacy spacer na zbocza Cergowej, zachod slonca w oczach. Sen prawie natychmiast.