‘Zamyślenia’

08/12/10 [studnia]

Wednesday, December 8th, 2010

Hannes nie szczędził potu, by dokopać się dna. Dwa miesiące morderczej harówki opłaciło się jednak. Trud przyniósł efekt, gdy na powierzchnię wypłynęła pierwsza woda. Patrzył z radością jak powolnie wypełnia ścianki studni. Jak unosi się do góry, jakby chciała do nieba. To była zdecydowanie święta woda, bez niej Hannes umarłby z pragnienia. Ludzie gromadzili się wokół, patrzyli z niedowierzaniem, że się udało.

Tak powstała pierwsza studnia we wsi; przez lata korzystali z niej wszyscy mieszkańcy, przyjeżdżali też tu po wodę goście z odległych miejscowości- miała ona ponoć szczególne właściwości- leczyła schorzenia, ślepym przywracała wzrok, głuchym słuch, niemym głos. Ksiądz z miejscowej świątyni używał jej podczas chrztu i bierzmowania, lekarz zalecał do spożycia w razie wzdęć i bólu w krzyżu.
Potem przyszła wojna. Hannes stracił ojca i brata. Sam też ledwie uszedł z życiem. Na szczęście wierzył w cuda. Może dzięki temu przeżył. Sześć lat później, gdy ładowano go do bydlęcych wagonów, na zachód- miał olbrzymie wątpliwości. Potem ślad po nim zaginął. I pamięć.

Stachu przyjechał do wsi wagonem- ze wschodu. Przywiózł ze sobą to co mógł- maszynę do szycia , skrzynię z ubraniami, krowę, żonę z dwuletnim dzieckiem i mnóstwo niepewności. Tęsknił za domem- każdego dnia patrzył na wschód, płakał i nie mógł zapomnieć. Zadomowił się w jednym z nielicznych, wolnych budynków. Naprawił przeciekający dach, wstawił nowe drzwi i okna, stare nie nadawały się do życia. Wyniósł z pomieszczeń stare pudła pełne niemieckich książek. Rzucał w ognisko, po kolei, historię zadrukowaną w nieznanym mu języku. Nie było mu żal, może tylko pyłki z ogniska szczypały go w oczy.

Któregoś dnia odkrył studnię za gąszczem traw. Ucieszył się, bo woda wyglądała na czystą, smakowała też wybornie. Sąsiedzi dziwili się, że Stachu nigdy nie chorował, a jego żona ciągle wygląda tak młodo. Zresztą on sam dziwił się sam sobie, nie wierząc w cuda. Gdy do wsi podciągnięto wodociąg długo się wahał, czy się przyłączyć się do innych- miał przecież najcudowniejszą wodę na świecie. Żona namówiła go jednak na wodociąg. Podpisał odpowiednie dokumenty i woda płynęła już w kranie. Do studni chodził rzadko, od święta, bo przecież nie było już takiej potrzeby. Woda z kranu nie smakowała tak dobrze, ale była na wyciągnięcie ręki. Stachu się rozleniwił, Mańka- jego żona, straciła siłę w nogach, rzadko wychodziła z domu, krzątała się tylko w kuchni, postękując od czasu do czasu. Sąsiedzi dziwili się, że Stachowie tak szybko się postarzali.

Studnia zaczęła wysychać, na ściankach pojawił się szary mech. Stachu zdziwił się, gdy na kilka dni przed Wielkanocą wyłowił z niej parkę zdechłych szczurów. Od tamtej pory Stachowie wrzucali do studni niechciane kociaki i szczeniaki, wkładali je do worków i związywali dodając kilka ciężkich kamieni. Studnia stała się grobem żywych trupów. W porze deszczowej często wydobywał się z niej zapach śmierci.

Wszyscy pamiętają dzień, gdy wnuk Stacha, Andrzej, wpadł do studni. Mawiają, że miał straszną śmierć. Że gdy go wyciągnięto miał zdeformowaną twarz i pokaleczone ręce. Że nigdy nie widzieli tak poturbowanego człowieka. Wszyscy pamiętają smród ciała; lekarz odnotował w protokole, że na chwilę przed śmiercią Andrzej się zesrał w gacie. Później próbowano zakopać studnię, zdemontować dreny, ale za każdym razem woda wdzierała się na zewnątrz. Nie pomógł nawet egzorcysta. Dopiero przyjazd wnuka Hannesa, który zainteresowany przeszłością swojego dziadka odwiedził te strony, zmienił bieg rzeczy. Dietrich stanął przed studnią i rzucił w nią grudkę niemieckiej ziemi. Od tamtej pory studnia nie wylewała już, zniknęła pod powierzchnią ziemi.

Kilka miesięcy póżniej, wiosną 1995 roku wyrosły na niej pierwsze przebiśniegi.

05/12/10 [fotografia]

Sunday, December 5th, 2010

Znalazł ją przez przypadek na strychu, grzebiąc w starych księgach. Właściwie nie była nic warta, nawet poświęcenia uwagi- kawałek zmurszałego papieru zadrukowanego czarno białym tuszem. Fotografia była stara i niewyraźna, nawet wprawne oko nie było w stanie określić co przedstawiała. Rozmazane cienie w szaro- burej przestrzeni. A jednak zakochał się w znalezisku od pierwszego wrażenia. Głaskał ją czule i ogrzewał własnym oddechem, jakby chciał w nią tchnąć życie, przywrócić pierwotne znaczenie.

Często budził się w nocy i nerwowo szukał jej na biurku, dopiero upewniwszy się, że nic jej nie jest, zasypiał ponownie.
Każdego dnia przyglądał jej się badawczo, próbując odczytać jej treść. Godzinami ślęczał nad fotografią i kontemplował jej matową powierzchnię. Zamykał się wtedy w spiżarce i nie pozwalał nikomu się do siebie odzywać.
Z czasem zdziwaczał. Stracił bliskich i przyjaciół. Rodzina przestała go odwiedzać, a on wychodzić z domu. Raz dziennie, przed świtem, kupował chleb i mleko i wracał do swojego znaleziska. Nie mógł żyć bez fotografii. Nie mógł o niej nie myśleć. Szukał w niej żywej duszy, tajemnicy do ogarnięcia, prawdy do objawienia.

Pewnego dnia wrócił na strych. Wpadł na pomysł, by raz jeszcze przewertować stare księgi. Miał nadzieję, że być może tam odnajdzie odpowiedź na swoje pytania i wątpliwości, odkryje treść kawałka zmurszałego papieru zadrukowanego czarno- białym tuszem. Niestety nie znalazł nic istotnego, oprócz kilku firmowych opakowań po czekoladkach, używanych kiedyś jako zakładki, trochę szarych piór gołębich i mnóstwo kurzu.
Wracając ze strychu pomylił nogi i spadł z drabiny tak nieudolnie, że zobaczył przed sobą wszystkich świętych. Na szczęście udało mu się wypełznąć z mieszkania i zawołać pomoc. Sąsiad nie mógł się nadziwić, że przeżył upadek. W jego wieku nawet upadek z łóżka mógłby okazać się śmiertelny.

W szpitalu lekarze nie mieli wątpliwości- uszkodzenie kręgosłupa wymagało operacji. Na osobności lekarz oznajmił mu, że z uwagi na wiek może jej nie przeżyć. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Chwycił tylko lekarza za rękaw i kazał przynieść mu jego spodnie. Wyciągnął z kieszeni fotografię, pogłaskał ją i ogrzewał ją swoim oddechem, jakby chciał tchnąć w nią życie, przywrócić pierwotne znaczenie.

Patrzył na nią godzinami przykuty do szpitalnego łóżka. W którymś momencie z oczu popłynęły mu łzy. Zaniepokojona pielęgniarka zapytała czy coś go boli. Kiwnął przecząco głową. Chwilę później uśmiechnął się szeroko. To był jego pierwszy uśmiech od wielu lat. Przytulił fotografię do piersi.

Następnego dnia zmarł na sali operacyjnej. Twarz miał pogodną i młodą. Jakby ponownie się narodził.

02/12/10 [zjawa]

Thursday, December 2nd, 2010

Gdy w nocy przyśniło mu się, że wypadły mu trzy zęby, spakował plecak i zaczął uciekać. Szedł może trzy godziny zanim stwierdził, że jest bezpieczny. Na przystanku autobusowym rozłożył karimatę, zasnął wtulony we wnętrze śpiwora. Do rana zostało mu może dwie godziny. Chciał się obudzić przed pierwszym autobusem w stronę miasta, aby nikogo nie spotkać. Tak było zawsze- pojawiał się i znikał w najmniej oczekiwanych momentach.
Wbrew pozorom lubił to więzienie- często tam wracał, szczególnie zimą. Spotykał te same mordy. Kazik odsiadywał alimenty, Witek zabójstwo teściowej, Czesiek napad na policjanta. Wystarczyło zniszczyć kilka szyb w supermarketach, najeść się do syta kiełbasą podwawelską, by wrócić za kratki. Odpowiadało mu takie życie; to była wolność o której śnił- jak mu się znudziła, brał kamień i rzucał w przestrzeń- czasem trafiał- prosto do policyjnego radiowozu.

W Dukli znali go wszyscy- mówili o nim zjawa, chodził po rynku ze swoim zielonym, wojskowym plecakiem, kreśląc ścieżki wokół ratusza, zagadując staruszki i obcych. Od czasu do czasu odwiedzał miejscowe schronisko- mógł się umyć i przespać- darmowy kąt w międzyczasie.
Każdy miesiąc w więzieniu to jedna wytatuowana przy oku kropka. Gdy zabrakło oczu, tatuował sobie nadgarstek i szyję. Nie chciał zgubić ani chwili swojego życia; miał pięćdziesiąt dwa lata, dwa lata małżeństwa, trzy lata więzienia, szmat czasu przed sobą i za sobą. Gdy nie palił wpadał w depresję i ciągnęło go do wódki.

Zimą odśnieżał ulice i dachy. Lubił zimę, bo ludzie byli wtedy bardziej szczodrzy. Zwykle za godzinę pracy dostawał całą torbę smakołyków i ciepłe ubrania. Najgorzej było latem- nikt nie zwracał na niego uwagi, może tylko bezdomne psy albo chamskie dzieci. Spał wtedy w lesie, mył się w rzece, gotował na ognisku, gadał do siebie.
Handzię spotkał w Zakopanem na dworcu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Do dziś pamięta jak się kochali na peronie drugim, pamięta jej koronkową halkę i zapach perfumy ‘być może’. Być może tak właśnie miało być- po miesiącu wszystko się skończyło- odjechał z peronu drugiego pociągiem na Kraków, bo handzia znalazła sobie innego chłopa- ponoć zakochała się w nim od pierwszego wrażenia. Nie miał do siebie żalu, może tylko od czasu do czasu przeklinał los.

Najbardziej lubił krupniaka albo żołądkową. Krupniaka pił zaraz po wyjściu z aresztu, żołądkową przed. Najlepiej mu się spożywało na cmentarzu, wśród starych znajomych. Raz nawet, po chyba drugiej butelce, próbował się dobrać do nieboszczyka, bo mu się przypomniało, że był mu winien dwie stówy ale ten ani drgnął ani nawet pierdnął.
Któregoś dnia przysiągł, że nie weźmie już ani kropli alkoholu do ust. Klęcząc powtórzył słowa wielebnego proboszcza, pocałował krucyfiks, podpisał jakiś papier i do dziś jest trzeźwy. Daje słowo, że to był cud. Boże jedyny.

Od tygodnia ma nowe buty, więc marzy mu się kolejna wyprawa. Nikt jednak nie wie, kiedy zniknie i kiedy się znowu pojawi. On sam, marszczy czoło w niepewności, pokazując palcem w niebo. Najpierw musi się ogolić, potem zrobić pranie, zjeść coś i dobrze się wyspać.

Jutro się okaże.

28/11/10 [śnieg]

Sunday, November 28th, 2010

gdy widzę śnieg, cieszę się jak dziecko. wyciągam język i łapię białe płatki w locie. spijam z nich krople, a resztę wydycham. lubię przyglądać się obłokom pary; zmazuję resztki ciepła wilgocią rąk. potem tarzam się w zaspach- nauczyłem się tego od psów pasterskich w szwajcarskich alpach; nacieram twarz garścią białego puchu, hartuję się na zimę. choruję rzadko- częściej z powodu przegrzania niż zimna; osobiście wolę mróz niż upał.
gdy pada, góry pociągają bardziej. tajemnica kusi jak magnes. niektórzy idą w biel samotnie, nie oglądając się za siebie, inni wędrują parami. ciągną czasem ze sobą sanki albo niosą narty, kruche pałacie śniegu trzeszczą pod nogami. biel gryzie w oczy, zamazuje drogi, bawi się w chowanego.
gdy pada, szare ulice zamieniają się w czyste aleje, sprawiają wrażenie szerszych, rozciągnięte między drzewami spowalniają ruch pojazdów, wydłużają czas, rozmieniają każdą minutę w rząd minutowych sekund. są tacy którzy nienawidzą śniegu; są tacy, którzy wymazują zimę z kalendarzy.
pierwszego bałwana ulepiłem mając cztery lata, tak mi się spodobał, że zabrałem go ze sobą do domu. umarł po kilku minutach. pamiętam, że nie wiadomo czemu poryczałem się wtedy jak bóbr. ojciec śmiał się z mojego płaczu więc dostał ode mnie w twarz. to był pierwszy i ostatni raz, gdy uderzyłem ojca w twarz. do dziś lepię bałwany.
gdy widzę śnieg czuję zapach świerku, kutii i pierogów z grzybami. wracają zapomniane historie. każdy płatek śniegu przywraca momentom z przeszłości ich pierwotne i ważne znaczenie.

27/11/10 [książka]

Saturday, November 27th, 2010

życie pisze historię, historia pisze książki.
najpierw musiałem ją dokładnie obwąchać , poczuć zapach drukarskiej farby, wzrokiem ogarnąć każdą literę, słowo, zdanie, wiersz, akapit i rozdział. czasami trwało to miesiącami; siedziałem jak zaklęty pod kocem i połykałem treść, mlaskałem językiem gdy mi nie smakowało, potem wracałem do słowa, próbowałem ponownie go strawić i wypluć niejadliwe treści.
w czwartej klasie szkoły podstawowej okazało się, że mam niedowagę; rzeczywiście byłem najmniejszy i najchudszy w klasie, jakoś się jednak tym nie przejmowałem i ani przez myśl mi nie przeszło, że powód drzemał pod kocem.
dalej czytałem książki; od czasu do czasu lub od wielkiego święta czytałem kilka książek jednocześnie, na zmianę, przenosząc uwagę z jednej treści do drugiej, z drugiej do trzeciej i z trzeciej do czwartej. do dziś choruję na syndrom rozczepionej uwagi, co wielokrotnie doprowadzało do frustracji niektórych z moich znajomych, a innych wprawiało w zachwyt.
często kradłem książki z bibliotek, jedną udało mi się nawet wynieść z księgarni; system bezpieczeństwa nie zadziałał, choć ja się o mało nie zesrałem ze strachu.
kiedyś próbowałem nawet przechytrzyć sprzątaczki, dać się zamknąć na noc w bibliotece narodowej; sprzątaczki jednak nie dały się nabrać i poszczuły ścierką, mając przy tym, trzeba przyznać, wielką radochę. jeśli chodzi o mnie- wprost przeciwnie zagniewałem się na sprzątaczki i nie pojawiłem się więcej w bibliotece narodowej.
z czasem sam zacząłem pisać książki- do szuflady. cudze jednak zawsze były o wiele smaczniejsze; któregoś dnia opróżniłem szufladę z własnych książek, bo zaczęły śmierdzieć.
często odwiedzałem antykwariaty, szczególnie te, w których serwowano bezpłatną kawę. Kawa i książka- to mi w zupełności wystarczało do życia. na siłownię zapisałem się tylko dlatego, żeby mieć święty spokój.
gdy brakowało książki, chorowałem, zaczynałem mieć katar, wysoką gorączkę, ba, o mały włos nie nabawiłem się też zapalenia płuc. gdyby nie przyjaciel który podarował mi Tołstoja na urodziny pewnie bym już dawno zdechł.
każdy ma swoją historię do opowiedzenia, każdy może być pisarzem i właścicielem własnej Księgi.
chwila zapisana w tej Księdze to historia życia.

26/11/10 [autobus]

Friday, November 26th, 2010

z domu do przystanku autobusowego miał niespełna kilometr drogi, ale i to wydawało się dystansem nie do pokonania o tej porze dnia. Latarki nie miał, a uliczne lampy zgasły jeszcze wczoraj. Szedł chwilę we mgle, modląc się by nie wdepnąć przypadkiem w krowią kupę, potem przestał się modlić, bo poczuł pod podeszwą miękką i śliską powierzchnię. wtedy zaczął przeklinać; znalezionym w rowie patykiem wydłubywał gówno z buta, bo nie wypadało jechać do miasta w śmierdzącym obuwiu.
na przystanku nie było nikogo oprócz bezpańskiego psa, mgła miała gęstą konsystencję, widoczność osłabiały też opady deszczu.
chwilę później usłyszał w oddali czyjeś kroki, potem zobaczył sylwetkę mężczyzny, miał problemy ze zidentyfikowaniem twarzy, ale wywnioskował, że to Bronek, pijak ze wsi- pewnie jedzie do ruskich na handel, zawsze wraca z takiej podróży obładowany dwoma torbami z alkoholem- jedna na własne potrzeby, druga na potrzeby innych.
Bronek przywitał się niewyraźnym dzień dobry na odczepnego, bo dzień był wyjątkowo paskudny. Przez parę minut palił papierosa zaciągając się mocno, potem zaczął pokasływać, oskrzelami nie mógł się pochwalić. w końcu zaczął się do niego zbliżać, najpierw po linii prostej, potem na okrągło. W końcu przystanął naprzeciwko, podrapał się po głowie i zapytał z niepewnością w głosie- ty to syn miklusza, nieprawdaż? pokiwał twierdząco głową. Bronek chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi, bo się już nie odezwał, zrobił kilka kroków w tył. i zwrot.
autobus przyjechał kilka minut za wcześnie. stary wysłużony Autosan zahamował o kilka metrów za daleko; ciężko przy takiej pogodzie o perfekcję. Ostatnie i przednie siedzenia były już zajęte. usadowił się wiec w środku, rozglądając się badawczo wokół własnej osi.
grupa nastolatków odważnie nuciła najnowsze hity polskiego rocka, potrząsała energicznie głowami i malowała jakieś esy floresy w powietrzu własnymi rękami. Jedyna dziewczyna w ich gronie próbowała przypudrować sobie policzki, ale tylne siedzenia nie były najwygodniejsze , więc przesiadła się kilka rzędów dalej, przy okazji znalazła paczkę chipsów i z dumą częstowała nimi swoich towarzyszy.
dwie kobiety z przodu dzieliły się doświadczeniami przyjmowania porodu u krów; jak się okazało krowie nie jest łatwo się ocielić a gospodarzowi nie jest łatwo wyciągnąć cielę z krowiej macicy-w wielu przypadkach potrzebna jest pomoc weterynarza, jego wprawnych rąk i szerokiej wiedzy na temat zwierzęcej ciąży.
kierowca od czasu do czasu włączał się do dyskusji- choć sprawiał wrażenie, żę nie znał się na temacie- kobiety bez przerwy przerywały mu jego dywagacje, naprawiały jego poglądy i śmiały się głośno z jego głupoty. Kierowa był pewnie mieszczuchem, krowę widział może dwa razy w życiu, ale jako mieszczuch musiał wtrącić swoje trzy grosze- skądinąd ciążyła bowiem w okolicach opinia o wyższości mieszczucha nad chłopem; wiadomo chłop durny jak osioł, a mieszczuch, jak wiadomo swoje szkoły ma.
co innego inteligent. najwyższy z hierarchii dziś nie jeździ już autobusem. stać go na więcej. na samochód albo najlepiej dwa. jeden na dni parzyste, drugi na nieparzyste, jeden na dni deszczowe, drugi na słoneczne, jeden na świątek drugi na piątek. Inteligenta nie interesują rozmowy o krowach w ciąży, nie wypada mu też nucić hitów polskiego rocka. Inteligent słucha Mozarta, rozmawia o filozofii egzystencjalnej i jeździ na wczasy do Tunezji.
siedział w środkowym rzędzie i czytał Tokarczuk, od czasu do czasu przysypiał, jakby treść książki go nudziła, budził się jednak szybko, zerkał na zegarek i po raz kolejny zanurzał się w lekturze. gdy autobus dojeżdżał do miasta mgła już całkowicie opadła i było już całkiem widno. nałożył starannie czapkę na głowę i wyszedł na zewnątrz. powietrze było świeże i czyste. oddychał głęboko. szedł przed siebie. do celu miał tylko kilka metrów.

[03/01/10]

Sunday, January 3rd, 2010

trzy czwarte nocy trzymałem się za głowę, szukałem oparcia w kątach poduszki i prostokącie kołdry. oddychalem ciezko, na wszelki wypadek przez otwarte usta. szukalem ratunku w snie, ktory nie przychodził. piłem gorące mleko na przemian z goraca herbatka z melisy. wzialem goraca kapiel. połknąlem kilka sztuk paracetamolu. potem kilka zdrowasiek i poematów do pana boga. wyjrzalem przez okno, upewniajac się, ze nie ma pełni. nie było.

dopiero nad ranem, gdy zaczęlo wschodzić słońce, zasnąłem- w prostokącie kołdry i kątach poduszki. obudziłem się kilka godzin później, przerażony, że przespałem cały dzień i noc. dla pewnoności sprawdziłem datę w telewizji. cieszyłem się jak dziecko, że nie zgubiłem czasu.

potem umyłem twarz i wyszedłem na dwór. wyprostowałem kości i po kilku głębokich oddechach wrócilem do mieszkania. skończyłem taksim stasiuka, gdyby nie osobisty szacunek do autora za jego opowiesci galicyjskie, też bym z nim skończył. zrobiło mi się niedobrze. nie wiem czy z powodu lektury, czy początku jakiejs kolejnej choroby, które ostatnio chyba mnie pokochały.

sluchałem wysockiego. okudzawy i gintrowskiego. wypiłem szklankę wody mineralnej, potem nalewke z soku z grejfruta, cytryny, pomarańczy z rozmarynem, mate, guaraną i kardamonem.

nie zauważyłem kiedy zgasło światło.

[02/01/10]

Saturday, January 2nd, 2010

początek roku to czas plannerów. kalendarzy. agend. notatników. oraganizerów. misterna walka na smierc i zycie z adresami, balansami, datami do przepisania. bez plannera, organizera, agendy, kalendarza, notatnika nie ma co rozpoczynac nowego roku. stary znajomy powiedzial mi kiedys ze nieposiadanie ktoregoś z powyższych jest poważnym uchybieniem. to tak jak być lub nie być “trendy”.

co roku więc zaopatruję się w kalendarz, notatnik, organizer, planner lub agendę. nawet jeśli czasem zapomnę toz robic z powodu sklerozy czy innego zaćmienia umysłu jakiś przyjaciel ofiaruje mi go napewno w prezencie. czasem wiec zamiast jednego organizera, kalendarza, plannera, notatnika czy agendy posiadam dwa a nawet trzy, pięć lat temu zaś aż cztery z powyższych.

plannery, organizery, kalendarze czy notatniki mają róźne kształty, objętości, kolory okładek, rodzaje gadżetów.
do prowadzenia dziennika używam najczęsciej czarnego kalendarza, formatu A5, z jednym dniem na jednej stronie. do zapisywania czynności do zrobienia używam małego notatnika, kieszonkowego formatu, najczęsciej w kratkę. do planów osobistych duży kalendarz, formatu A4 z trzema dniami na jednej stronie. nie mówiąc już o notatnikach do prowadzenia spisu wydatków czy dat do zapamiętania.

oprócz pokaźnej liczby książek w mojej domowej bibliotece znaleźć też można pokaźną liczbę kalendarzy z lat poprzednich. szczególnie płodne wydaja się lata dziewięćdziesiate minionego stulecia, gdy prawie każda strona zapisana była drobną czcionką, a czasem nawet posiadała dodatkową, doklejaną notkę.
treść notek była różnorodna. stany samopoczucia, recenzje z wypraw do kina, streszczenia rozmów telefonicznych i podsłuchanych w autobusach i tramwajach, opisy tras pociagów, napotkanych osób, komentarze do emaili i listów, minutówki z wykładów, spis porażek i klęsk bieżącego dnia, czasem kursy walut innym razem kursy autobusów, manu z barów mlecznych, ceny z hipermarketów, adresy przyjaciół podróżnych, rocznice i stany konta czytaj stany debetu. przekleństwa, rysunki diabłów i czarownic (szczególnie tych z najbliższego otoczenia), odciski palców czekoladowych, plamy po rozlanej kawie ince, bo wtedy nie byłem jeszcze uzależniony od kawy naturalnej.

patrzę na ten swoisty zbiór z sentymentem. i żalem, że minęły już czasy, gdy moje życie wypełnione było po brzegi. po brzegi słów, wydarzeń, emocji i ludzi.

samotność wypełnia dziś kartki moich planerów, kalendarzy, organizerów i agend. pustka stron do zapisania od nowa.

zawsze jest jednak kolejna szansa. zwłaszcza na początku nowego roku.

[22/12/09]

Tuesday, December 22nd, 2009

Nie golę się od tygodnia. Codziennie obserwuję jak milimetr po milimetrze na mojej twarzy utrwala się czas. Rozmazuję codzienność na koniuszkach włosów. Lustro pęka ze śmiechu.

Dlugi spacer wzdłuż własnej osi. Zbieram resztki topniejącego śniegu. Reanimuję porę roku. Jutro obudzę się rano i znów będzie jesień.

Odzyskuję wiatr w płucach. Przez kilka tygodni dyszałem resztkami sił. Wolność jest jednak piękna.

Obserwuję tłum ludzi sunących do lokalnego supermarketu. Spiesza się, wymachują smiesznie rękami, krzyczą, rozmazują się- w tle. Bezdomny zyczy mi wesolych swiat za niewielka oplata.

Góry pukają do drzwi. Codziennie budzę sie z myślą, źe to właśnie teraz, właśnie tu i stad w gory czas zacząć kolejną wędrówkę. taka podniebną i błękitną- jak kiedyś.

Wracam do pisania w cierpieniach obolałych słów. Osiemnaście lat temu szło mi tak lekko jak nigdy.

Wczoraj skończyłem lekturę notatek M.K. Zakatarzyłem się od podobieństwa myśli. Swiaty równoległe.

Trzecia kawa na dobry wieczór, gorący prysznic. Dziewczyna na moście Tomczaka, liryczne dobranoc.

[06/12/09]

Sunday, December 6th, 2009

[zasiedziałem się, zapomniałem się, zadomowiłem się, zamknąłem się, zaszyłem się, zatwierdziłem się]

gdy dom zaczyna być twierdzą, należy go zburzyć. wydostać sie na zewnatrz. uwolnić ręce i nogi, przyspieszyc oddech, wyostrzyc pole widzenia. zwymiotowac stechlizne pokoi, zmyć powierzchnę scian.

spacer pod nogami. mijanie i trwanie. trwanie i mijanie. ucieczka w czas, czasowo niedostepna przestrzen. udomawianie drogi stąd dotąd. stamtąd.

o wpół do szóstej nocna zmiana bluesa. reakcja zwrotna na dzienne brzmienie ciszy. poszukuję w sobie pozostałości treści, okruchów myśli, śladów dotyku, emocji barw. niewiadomoco, niewiadomokiedy, niewiadomojak, niewiadomogdzie, niewiadomoczy, niewiadomopoco. zmartwychwastanie zimy i ostatki jesiennej melancholii. proba reaktywacji wiersza; karma myśli do oswojenia.

ruch. pomalutku. w stronę słońca.

[11/10/09]

Sunday, October 11th, 2009

[pazdziernikowy striptiz. gra w rozbieranego. darmowe show za oknem. kontemplacja zachodzacego slonca. znikanie. opadanie. zasypianie. naga prawda. jesienna melancholia. zadumanie od mysli do mysli. powolne autobusy. droga kawa. slodka pociecha.]

ucieczka. skok w boczną drogę. marsz w stronę słońca. pomału. pod nogami dywan wielolistny. ponad głową fala wiatru. j. postanawia zniknac. na jakis czas. gór mi mało i trzeba mi więcej. palcem po mapie wędruję na sam szczyt tarnicy. r. rozpala w piecu w chacie na otrycie. matka mowi ze szczypie juz zimą.

uczę się nowych słów, znaczeń; rozbieram życie na części pierwsze i ostatnie. pochylam się, dotykam ziemi koniuszkami palców, z prostych mysli buduję dom na szczęście. na dobre jutro.

piszesz, ze nie rozumiesz. plączesz sie w metaforach i bełkocie. szukasz dwu i trój znacznosci zdań.
masz mnie juz dość.

mamy sobie tyle do powiedzenia.
tyle co nic.

[06/10/09]

Tuesday, October 6th, 2009

Jesień. Czas wzmożonej grawitacji. Lekcja plastyki. Lustra kałuż pod nogami. Zbieranina lisci, kasztanow, zoledzi, pajeczyn, kolorow, ciszy. Terapia wzrokowa.

Jestem. Czas wymienić buty, zmienic skore na zime. Rozpalić ogień w piecu, nakarmić oczy, rozgrzac dusze do czerwonosci.

Zycie zaczyna się tu i teraz. Znowu. Dzień po dniu. Od nowa. Codziennie. Zyje się. Pomalutku. Z przerwami na ciszę. Bez kalendarza.

Padam do przodu.

Uczę się szczęścia od początku.

[29/09/09]

Tuesday, September 29th, 2009

[początek czwartego zabicia psa; fragmenty zycia rozrzucone w czasie, lekcja prawdy, rachunek sumienia. chwile, ułamki sekund, mysli strumieniem pod prad.]
duszno. łapię wiatr w dlonie, piję lapczywie. gorycz. osiemnascie stopni celsjusza, cisnienie niskie, zachmurzenie czesciowe, wilgotnosc ponad normę.

szczescie według Ziglara i Kopmeyera- staram sie uwierzyc w proste recepty nie robiac uwag zwrotnych. po drodze usmiechaja sie do mnie nieznajome twarze, za funta znalezionego na ulicy kupuje troche swiezej salaty, chleb, szesc paczkow, winogrona i pol kilograma pomidorow.

na kartce papieru szkicuje plany na przyszlosc- okreslam czasoprzestrzenie, kreuje czaso-w(y)niki, tworze bohaterów. mieszkam w jurcie z dala od miasta, zywie sie warzywami z wlasnego ogrodka, slonce i wiatr dostarcza mi energii, deszcz wody do prania i mycia, cisza- spokoju. zycie- szczescia.

dziewietnasta trzydziesci. ksiezyc mruga do mnie slepym okiem, obseruje swoja twarz w okiennej szybie, przygladam sie ruchom warg, zmarszczkom na czole, zagladam gleboko w zarost, sprawdzam twardosc nosa, laskocze sie za uchem.

[niemanie, nie ma mnie, nie!]

powoli, miarowo, zapadam w sen.

[23/09/09]

Wednesday, September 23rd, 2009

Tam i z powrotem. Głód wypowiedzi i brak słów. Na skrawku koszuli zawiazuję codzienność w mocny supeł. Czasem nie do rozsuplania.
Nigdy przedtem pisanie nie bolało tak mocno, nie pociło się tak mokro, nie krzyczało tak cicho. Nigdy przedtem rzeczywistość nie dawała tak w łeb.
Senność, marzenia we mgle; spisuję stan majątku na luznej, poszarpanej kartce. Jestem wart tyle ile niewart. Próbuję zbudować schody do Nieba pustymi rękami.

od brzegu do brzegu
serce pod prąd

[cwiczę pamiec na pamięc, rysuję przyszlosc rozowa kredka- tak trzeba- mówi matka, systematycznie wracam na ziemie przed zmrokiem, wyludzam czas z braku czasu, obserwuje prognoze pogody, chodze po liniach krzywych i prostych, zataczam kręgi, cierpie na brak tlenu we krwi, powietrza w zylach, blasku w oczach, slonca]

nie pisz juz wiecej.
ani mniej.

[23/08/09]

Monday, August 24th, 2009

Od czasu do czasu odmladzam notatki z przeszlosci, wygladzam pozginane rabki zdarzen, poleruje milczace litery i symbole, rozkoszuje sie widokiem zdan zdjetych z terzniejszosci.
szukam siebie w drobinach slow, w kalamburach pamieci.

chociaz zyje tu i teraz zyje wtedy i tam na zmiane. mysli utopione w krwiobiegu historii, wyzieraja o porach dziennych i nocnych, zycie gra w puzzle, kawalki pozolklego papieru pasuja do dzis i do wczoraj. jak ulal.

w swietle nocnej lampki przezuwam godziny na sucho i mokro, chrapiac miedzy jednym a drugim zdaniem, stawiam przecinek szturhancem, podtrzymujac glowe golymi rekami, uzewnetrzniam wnetrze, wewnetrznie na zewnatrz.

gra slow. [ktos powiedzial]

gloski dzialaja wykrztusznie.

[czas. to co nie trzyma sie mnie do kupy, co obezwladnia. godziny, minuty sekundy, albo lata stulecia milenia, nie nadazam. wlocze sie za tym jak pies z kulawa noga, slimacze, sojkuje.
codziennie probuje zlapac c z a s za rogi, wytarmoszyc za uszy, dac w nos.
ile lat jeszcze musi uplynac by dac sie pogrzebac za bledny rachunek daty?]

[30/07/09]

Thursday, July 30th, 2009

powoli zacierają się granice czasu. zlizuję noc w poludnie. zaczynam dzien o polnocy. kawa zablizni zmęczenie.
podsluchuję dzwiekow dzwonu kondraka jana z lubelskiej federacji bardow, wiatr muska mi pozostalosci wczorajszych mysli. lekko, na palcach, tancze jak mi zagraja. skrzypce.

a. wpleciona w zylki codziennosci, obecna w krwiobiegu czasu, rozlana w ciszy. choc tak niewiele mowi, choc tak czesto milczy w notatkach, obecna ponad przestrzenia zycia. miedzy wierszami, szalona do bólu, wszechobecna.
poza granicami slow, w komorze serca.

uchylam rąbka tesknoty, mlaskam językiem snu.

[15/07/09]

Wednesday, July 15th, 2009

przygladam sie sobie z naganna skromnoscia. lustro wygladza zgiecia na eleganckiej koszuli, nie dostrzega porannych zmarszczek na czole, spiochow w kacikach oczu, ukrytego leku w sercu. w spoconych rekach trzymam niewyrazna mape przyszlosci. nadzieja, gluptaska, ma mnie w garsci.

rzucam sie w morze pytan, w dyktando mysli, prosto w oczy. z aniolem strozem za reke, pokonuje goliata rzutem slowa.

w sloncu, pod blekitnym niebem buduje nowa ere.

[14/07/09]

Tuesday, July 14th, 2009

kierowca pędzi pod dyktando kumpli. nieregularne odglosy CB radia odmierzają zawiłości drogi. ze sloncem za pan brat. z szumem lasu w uszach. ze smakiem porzeczek w ustach. z posciela gór w oczach. odpowietrzam wspomnienia. zyję tu i teraz. teraz i tu, w autobusie, z ludzmi co tez zyja, choc niektorzy tam i wtedy, poza, pomimo, już.

krakow od portfela. spartanska kawa na dworcu. obiad na stojąco. potykam sie o cienie kobiet i mezczyzn w centrum handlowym, kicham im w twarz resztkami wiatru. zaksztuszam się olowianym niebem.

zasypiam resztkami sił w samolocie pelnym angielskich nastolatkow, odglosow otwieranych puszek pepsi i czipsow, humoru prosto z Monthy Pajtona. budze sie juz w innym swiecie, w innym czasie i w innej przestrzeni.

na zachodzie bez zmian.

[13/07/09]*

Monday, July 13th, 2009

*[appendix do dzisiaj]
odlatuję. pozegnanie z gorami jest dla mnie wzruszeniem. los emigranta, zyciowego anarchisty, powsinogi, bywa czasem okrutny. pakowanie walizek, rozpakowywanie walizek, praca, brak pracy, smutno wesoło, raz na wozie raz pod wozem. nie jesteśmy dla siebie stworzeni pojedynczo, panie poeto, panie przemadrzaly, panie z tamtego swiata, zaprzeszlego. chwytam was gory, za szczyty, zabieram ze soba, w sercu, pod piersią, olbrzymie jak dom.
pozegnalna kolacja u szwejka. w ciszy. w trwaniu wzajemnym. wdycham ostatnie godziny tu i teraz, robię zapasy powietrza stad.

jestem nienasycony. nienasycenie wyłazi ze mnie w krzyku duszy, w tesknocie slowa, w morfologii wiersza. wybacz aldaron, bracie stad i stamtad, ze mijalismy sie w pół wzroku, czasem za mało czasu, by stanąć naprzeciw siebie i sie wzrokiem nie minąć. wybacz kasiu, samotność bywa jak choroba przykuwająca do łóżka, drętwieje. wybacz aniu, do zobaczenia w odrzykoniu na skałkach następnym razem, gdy bedzie jeszcze piekniej.
wybaczcie ci co nie tyle w słowach ile w myslach i w sercu ci co nieuchwytni w oczach ci co w cieniu drzewa ci co nieslyszalni was przepraszam najmocniej bo wy wszechobecni

‘ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą’

[13/07/09]

Monday, July 13th, 2009

duszno i parno po tej stronie świata. powietrze zawiesza się w bezwietrznej przestrzeni, na listkach mlodych drzewek i ulicznych lampach. źycie nadaje tempo biegowi zdarzen, a człowiek poci się w biegu, dusi się i przewraca o wystajace kłody.

lubię ten północno- wschodni kawałek sanockiego rynku. lubie przypatrywać się wędrującym tam i z powrotem przechodniom, wschłuchiwać w muzykę pobliskiej fontanny, wpatrywać w przestrzeń co przede mną i nade mną, odmierzać czas miejscowym hejnałem z pobliskiego kościółka, podsłuchiwać wyznań miłosnych, skarg, zażaleń, lęków i kłótni.

droga wiedzie mnie  krętą ścieżką, wsród lasów i pól, za rękę, z aniołem stróżem od niedorozwiniętych.

[12/07/09]

Sunday, July 12th, 2009

poranna msza u franciszkanów nie przyciąga tłumów. ławki naprzeciwko ołtarza świecą pustkami. za to na zewnątrz formuje się kilkumetrowa kolejka do wejścia. rzecz w tym, ze nikt nie wchodzi. nikt sie nie rusza. nikt nikogo nie przeprasza, ani nie pyta, dlaczego tak stoi, w kolejce. w progu świątyni zawisła jakaś niewidzialna przeszkoda, jekieś niewidoczna ściana, która nie pozwala zrobić kroku przed siebie, do boga. 
po mszy dorośli idą na piwo, dzieci na lody, ksiądz do zachrystii. ukrzyżowany chrystus zostaje sam.

moja bezbożna niedziela. moja bezskuteczna próba przedarcia się przez niewidoczną ścianę do zewnątrz. do środka. do stóp.
do miłości.

[11/07/09]

Saturday, July 11th, 2009

zajmuję metr kwadratowy sanockiego rynku. północno-wschodni kraniec z widokiem na góry słonne.
myślę o domu, ciele pachnącym źywicą i lasem, z oknem na poludnie i kominem w niebo. zalewam kawą poranną chrypkę, rozmazuję- jak za starych dobrych czasów- krople rosy na betonowej posadzce, gladze kilkudniowy zarost pod włos.
za mną okruchy drogi. rozsypane wsrod pól, wzgórz i dzikich sadów, dzwieki zaklete w drewnianej chalupie na koncu swiata, uczucia obmyte gorskim potokiem, emocje uderzone bryza beskidzkiego wiatru…

rownie dobrze mógłbym być tu i tam
teraz i przedtem
dziś i jutro

[10/07/09]

Friday, July 10th, 2009

maczam stopy w lipcowym sanie, woda lagodnie wdziera się między palce, slonce suszy mokrą skórę w mgnieniu wiatru.zanurzam się w nadbrzeznych trawach po czubki oczu, robaczki, komary, mrówki, żuczki łapią się na otwartą dłoń. Kradnę kaźdą sekundę dnia, tego pobytu nadbrzeżnego, z dala od ulicy, od wichury miasta.

nieopodal, za ścianą, czai się szara codzienność

[09/07/09]

Thursday, July 9th, 2009

ulewa zamyka drzwi na świat, bóg wyzyma pranie po grzesznikach. przegrywam partię warcabów z amerykańskim hipisem wlóczęgą- jakoś mu się odwdziecze, kilka godzin pozniej. jadalnia staje sie miejscem dlugiej opowiesci. od osobistych historii puchna szyby, mysli i glos. pozniej słońce na łeb na szyję.

szarlotka z bita smietana na pokrzepienie zoladka. spacer po sanockim rynku w te i we w te, wiersze rymkiewicza na przeczekanie, lody na potem.

potok krokow, glosow, ruchow, ksztaltow, zapachow, barw. rytmiczna, nieslyszalna wymiana oddechow. powietrze to jedno z niewielu rzeczy, bez prawa własności. jak niebo- dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba.

[08/07/09]

Wednesday, July 8th, 2009

budowniczy wstaja o szostej czterdziesci piec. witaja sie glosnym szeptem i poranna kawa. medrkuja nad kazdym centymetrem sciany, rozkladaja narzedzia niczym na hali targowej gotowi na kazda tranzakcje za marny grosz. o siodmej dziesiec ida w ruch wiertla, betoniarki i koparki. zadna poduszka nie jest w stanie wytrzymac takiej symfonii. codziennie o siodmej dziesiec zrywam sie z lozka na krzywe nogi, zaparzam poranna kawe, spryskuje twarz zimna woda, przegladam sie w lustrze i zapominam o sprawie. 

na rynku w dukli opalaja sie bezrobotni, smieja się z budowniczych, wypominajac im kazdy centymetr nierownej sciany. budowniczy jakby w odwecie krzycza ze u bezrobotnych nierowno pod sufitem.

często odwiedzam dworzec autobusowy w dukli choc nigdzie nie wyjezdzam. przygladam sie ludziom z dystansem podroznego, ktorego autobus nigdy nie odjedzie. starsze kobiety z olbrzymimi plociennymi torbami wyciagaja zbolale nogi pelne zylakow, zadrapan i siniakow daleko przed siebie, jakby sie chcialy ich pozbyc, chocby na chwile, chocby do czasu planowego odjazdu autobusu do rodzinnej wioski, chocby na moment- precz od siebie, od tego, co jeszcze bez zylakow, zadrapan i siniakow, daleko od smierci.

dzieciaki chlapia sie w kaluzach. jakby niechcacy wpadaja do wody, potem narzekaja na kazdego klapsa, ze za co. rodzice gestykulują śmiesznie rekami i ustami, rodzaj macierzynskiej i ojcowskiej traumy.  krzykiem reguluja kazdy ruch dziecka, a dziecko, jak to dziecko- na to wszystko skacze.

ci, co jada do krosna, ubrani odswietnie; do stolicy nie wypada inaczej, w dresie albo dzinsowych spodniach. do stolicy jedzie sie zalatwic WAZNE sprawy, zjesc obiad w porzadnej restauracji, zrobic zakupy w markowym sklepie. w dukli nie ma sie czego wstydzic- ani workow pod oczami, ani oderwanego guzika w marynarce, ani niepolakierowanych paznokci, ani dziry w rajstopie, ani zylakow na nodze, ani strupa na czole, ani ani. w dukli sie nie krepuj.

ci, co jada do polan, ubrani po uszy, mawiaja ze gdy w dukli nie pada, to w polanach leje, a gdy w polanach leje to w dukli pada. kobiety i mezczyzni w srednim i podeszlym wieku w kurtkach ortalionowych lub wysokich golfach, choc na zewnatrz dwadziescia stopni pare, wiaza kosy i siekiery, pily i  czesci od traktorow, proszki do prania i proszki na reumatyzm. Pod paznokciami grudki ziemi, dlonie w smarze lub widocznych odciskach, u tych, co jada do polan, linie zycia wyrazniej widoczne niz linie snu. 

kilku studentow z torbami podroznymi po ostatnie zaliczenia do rzeszowa, dziewczyny w dobrze skrojonych bluzkach i ogolonych nogach, z ulozonymi porzadnie wlosami, z delikatnymi dlonmi, bez linii zycia ani linii snu, z pomalowanymi oczami pod kolor ubrania, z poczuciem wyraznej wyzszosci zarowno nad tymi co do krosna i tymi co do polan. 

ni z stad ni z owad para gorolazow, z plecakami ponad glowami, i buciorami oblepionymi glina. z potem na czole i cuchnacymi koszulkami polo. z mapa na wznak, na katowice wroclaw lodz i olsztyn.

wieczorem wracam do pokoju na pietrze, piję kawę, wypełniam aplikację, słucham muzyki i zapominam o całym, bożym świecie.

[07/07/09]

Tuesday, July 7th, 2009

chwila w krosnie, na rynku wsrod kawiarnianych parasoli i kamienic. wdeptuje do pobliskiego baru, ktory oferuje prawdziwie tureckiego kebaba sa prawdziwe tez pieniadze. odchodze z wyrzutami sumienia, ze prawdziwych pieniedzy u  mnie jakby brak a i ochoty na kebaba tez. 

w bibliotece miejskiej wirtualne spotkanie ze światem. potem słony rachunek na szczęście.

za drobne uciułane z grubych banknotów kupuje bilet powrotny do dukli.

[28/03/09]

Saturday, March 28th, 2009

znow widze swiat we fragmentach. fragment artykulu z psychologii, fragment kanapki na kolacje, fragment z danilo kisa, fragment liscia- na ktorym zachowal sie fragment jesieni

deszcz powaznie zawrocil mi w glowie, zmoczyl mysli i przeziebil slowa,
czas ulotnil sie zanim spojrzalem na zegarek

czarna kawa na kolacje, przegryzam mullanem historie kosciola na ostro, szukam pretekstu do rachunku sumienia i religii, wierze w cuda.
mam prywatnego boga, od aniolow i swietych.

pod powierzchnia skory wyczuwam pustke duszy; za gorami za lasami hula wiatr.

[26/03/09]

Thursday, March 26th, 2009

linia nocy. naszkicowana w pośpiechu, na życzenie. chwila snu. letarg błogi.
cisza nie ta, ksztusząca się skrzypieniem drzwi, drżeniem okien, wyciem łóżek pod ciężarem snów.

r. szuka muzyki w szafie, cierpi na ból dźwięku.
d. w otwartych ustach przeżuwa powietrze, zamarł na wznak, w kształcie krzyża.
j. ogląda spóźnioną bajkę na dobranoc, dorosłość wtacza się po szynach jak ciężka lokomotywa.
a. wyje do księzyca, ratuje się biciem w piersi, że to nie on pan twardowski.
l. liczy na palcach godziny do rana.
b. liże dywan, rozkoszuje się kwadratem stóp i trójkątem dłoni.

linia światła. namalowana grubym pędzlem. z dokładnością co do każdego szczegółu. detaliczna sprzedaż ciała w błysku flesza. jawne prawdy o każdym z nas. krzywe palce, garbaty nos, łysa głowa, wydatne piersi, długie nogi, duże oczy. pod światło wszystko wygląda inaczej.

linia cienia. długa jak życie. zawsze obok, wzdłuż żywego ducha. cienie jak nieproszeni goście, w drodze za cmentarzem o krok do tyłu strachy na lachy. wyrzeźbione dobitnie, prawie realnie w każdy ślad. zwierciadło nienarodzonego brata bliźniaka. sens lęku o każdej porze. czarna smuga nocy. fatamorgana dnia.

tik tak. tak tik. z każdą chwilą bliżej słońca.

wędrowałem kiedyś nocą czerwonym szlakiem na Chreszczatą, w ręce miałem inną rękę łapczywie chwytającą drogę. z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi dłońmi mijałem dźwięki i urwiste słowa, szczekanie psów w okolicy, wyniuchanej z dali. trzask łamanych gałęzi pod stopami i próżnię ścieżki. wyobrażałem sobie świat, na podstawie zapachów, dotyku i słuchu. wyrażnie czułem wszystkie linie miejsc, ufałem ludziom jak dziecko.
budowałem mosty od do ponad przestrzenią nieba.
uczyłem się od boga wszechobecności. wytyczałem linie życia.

linia kolejowa. powykręcana na prawo i lewo. mocna jak stal.
nocny pociąg z krakowa do olsztyna połykał kilometry gwiazd. przytulony do własnego życia czytałem poezję pod księżyc. kroki konduktora odmierzały czas wyraźniej niż zegarki. bawiłem się nocą jak lunatyk, wykradając tajemnicę meteorów.
poniżej dudnił stukot kół i wrzask pary. po linii prostej i krzywej docierałem do celów.

w zeszycie w linie zapisywałem słowa na pamięć.

[25/03/09]

Wednesday, March 25th, 2009

.dom na skraju łąki, w dolinie, podniebie.
szykuje się wiosna, w magnoliach i sasankach, w wymierzonej pod rozmiar sukience traw. słońce mruga czasem okiem, aż żar. w porywach wiatru czai się deszcz. prasole na baczność gotowe do tańca, że hej.

a. ostrożnie przemierza przestrzeń wzdłuż prześcieradła, nietknięta, udaje, że śpi.

do słowa daleko, bo za górami, za lasami. niemowa odwraca język na drugą stronę ciszy.

coraz bliżej podróży wzdłuż świata. świętowanie z dnia na dzień, liturgia obmycia twarzy i stóp, modlitwa do kawałka drewna, krzyk do kamienia, spokój w kieszeni.

niewiele trzeba do szczęścia. w duszy melodia mew i gołębi.

pozbieram całą złość, pychę, smutek, żal, wrzucę w ogień i umyję ręcę. zrobię miejsce na nic. zmieszczę się jak ulał.

potajemnie wyciągam obrazki rozrzucone w dzieciństwie w ogródku, odkopuję zakopane listy trzydzieści dwa kroki od czereśni, karmię pamięć językiem smarkacza; bez ogródek czytam historię życia wpław.

czekam na niedoczekanie.

[20/03/09]

Friday, March 20th, 2009
kwiaty

Urodzinowe kwiaty marcowe agnieszkowo- dominikowe. Dziękuję!

czekoladowa noc, pod kołdrą historia własnych narodzin, płomienie świecy zdmuchnięte jednym ruchem ust, marzenie ukryte pod tajemnicą dymu. raz w roku w jednym rzędzie z Owidiuszem, Napoleonem Bonaparte, Skinnerem i hetmanem Mazepą.

historia początku. pierwszego oddechu, pierwszego ruchu ręką, pierwszego mrugnięcia, pierwszego słowa, pierwszego krzyku.
powrót cudu. święto ciszy.

dżungla słów, życzeń tradycyjnych, kartek wirtualnych, bo choć pamięć szwankuje, to powiadomienia z internetu załatają sklerozę, przygotują gotowce, jedyne co musisz, to kliknac. i poleci cała ta miłość w otwartą przestrzeń świata. zrobione. zasłużyłeś.

trzydzieści dwa lata temu na oddziale intensywnej terapii grupa pielęgniarek i lekarzy przywróciła ci życie. za oknem padał śnieg, przykrywając łyse główki przebiśniegów. w piecu syczało od mokrego drewna. babka malowała kolyskę na niebiesko.


Czytaj też Urodziny [pięć lat temu]

[19/03/09]

Thursday, March 19th, 2009

słodko kończę dzień, zasługując na pajdę razowego chleba z masłem orzechowym. przegryzam zawzięcie każdą chwilę, oblizuję każdą sekundę kurczącego się czasu. takie moje ostatki przed jutrem.
w oknach gasną światła, łożka skrzypią od obolałych ciał, gdzieniegdzie wszyscy święci bawia się w chowanego, gdzieindziej ni żywego ducha.

w nocy topią się mury miasta. sny kłębią się jak mgła na ulicach, upiory maja ucztę jak nie pisał z antonycza.

kołysanka gintrowskiego pod językiem, na biurku niedokończony fragment uliczników, na podłodze rozrzucone szczątki ubrań.

w tajemnicy opuszczam ciało wieku.

[18/03/09]

Wednesday, March 18th, 2009

między dniami cisza marcowa. uczę się życia teraz, od samego początku. boli rutyna, niepewność i bezsilność, a w duszy gra wiosna.

czytając notatki aldarona, cierpię na odpływ, czekając na przypływ. brak mi ludzi- wokół i we mnie, świadomości oddechu w ciszy. śnią mi się ręce, od brzegu do brzegu. jestem rzeką, która wyschła. wody mi trzeba. i wiatru.

przestrzeń zmieniła kolor i zapach, przedwiośnie. dni wybielały od nadmiaru słońca.

wszystko będzie dobrze.

[15/03/09]

Sunday, March 15th, 2009

nasłonecznienie wysokie. lekkie stężenie myśli.
w telewizji recesja, wojna i koniec świata- w radiu czerwony tulipan- zawikłany uwikłany- tylko jak się z tego wyrwać- pustka boli.

pod stopami skrzypi wiosenna trawa, miękkie lądowanie palców, łaskotanie pięt. doświadczanie życia na bosaka.

a.k. rozpaczliwie szuka drogi, droga pnie się ku górom, góry jak najbardziej święte. coraz mniej ludzi w centrach handlowych, coraz mniej wyprzedaży, coraz więcej żywych bezdomnych na ulicach, wyrośli jak grzyby po deszczu, pełni toreb ze szmatami, kartonami, butelkami i bóg wie jeszcze czego, uśmiechają się chytrze do słońca. wiosna już choć jeszcze nie wiadomo co.

czas się zbierać, przewietrzyć się, napowietrzyć, ogarnąć kawałek swojej własnej tęsknoty, zapakować do plecaka i ruszyć.

w samym centru miasta s. recytuje fragmenty pisma świętego. gestykuluje energicznie każde wypowiedziane słowo. tupie w miejsce wykrzykników. wieczorem s. schowa świętą księgę w torbie, poszuka oazy u Św. Juliana, spotka tam ladaczników, alkoholików, kryminalistów i narkomanów. zaśnie w zamian za chleb z masłem i gorącą herbatę. daj mu boże sen.

[dręczy mnie pragnienie wody z górskiego strumyka, krąg przyjacielskich rąk, przychylność nieba]

[14/03/09]

Saturday, March 14th, 2009

[wymarzyła mi się nirvana-  otrzepałem sie z kurzu lat, uzbroiłem w niepewność dni;
rozrzuciłem chłód poranków i zmierzchów w oceanie słów, poleciałem z wiatrem;
przylgnąłem do ziemi jak trawa, w trawie zanurzyłem oczy, rosą przemyłem sen;

narąbałem drzewa, zbudowałem szałas, rozpaliłem ogień
spaliłem się

w popiół]

[8/03/09]

Sunday, March 8th, 2009

[wstęp do psychologii płci]

bawię się okruszkami imion od a do zet. lubieżnie przeglądam światy zaprzeszłe. dodaję kolejne litery do spisu treści.  dzień kobiety we mnie. o połowę za dużo albo dwie. dwunastego września roku pańskiego i.s. wplątuje szereg Kamili, Lidek, Oli, Ani, Goś i Eliz w resztki moich włosów.  do dziś trudno je z nich wyplątać. zadredziały.

zachmurzenie duże, ciśnienie wysokie, opady możliwe, wilgotność lepka. 

a. szuka kwiatów pod poduszką myśli. nie rozumie.

jutro też będzie dzień.

[7/03/09]

Sunday, March 8th, 2009

pisze się miniony dzień po pólnocy. kawa wódka wyznanie w kącie na pięcie. kroków kroczna melodia wśród jezior, bagien i traw. 

przegryzam dzień kawałkiem jabłka ewy. słońce uwięzione w porywach zimowego wiatru. majaczy mi się czas, a wszyscy święci zachwyceni modlitwą dzielą się na pół.

jeszcze wszystko przede mną.

[6/03/09]

Friday, March 6th, 2009

zimno. węwnątrz, na zewnątrz, tak. przywołuję aniołów i wszystkich świętych.

e. ma gębę po uszy, mlaska językiem na wszystkie strony świata. jej ostry, męski głos, skrzypi od słów. mroźny potok zalewa wszystkim usta.

j. płacze oczami, przegryza nieufność kawałkiem tostu. na zewnątrz słońce huśta się na drzewach.

a. pyta czy ufam ludziom, a ja pytam czy ona ufa ptakom. zawieszeni na drobiazgach dobijamy do brzegu świata.

modlę się do mojego boga. przez ramię.

[5/03/09]

Thursday, March 5th, 2009

a więc słowo sie rzekło. realne. słyszalne. czytalne. po latach upierzonych wędrówek w myśleniu, czas na wędrówki w zamyśleniu. na ile bóg pozwoli, głód nada sens, a wiara siłę.
stworzyć nowy początek. nowy porządek świata. nową energię, co wypełni po brzegi światłem, zmobilizuje do ruchu, doda skrzydeł do lotu na własny rachunek sumienia. jak kiedyś, pod kasztanowcem, między światem w. i t. , gdy umysł otworzył sie szeroko i stworzył opowieść.
pierwsza zapisana kartka w pamiętniku. pierwszy poważny kataklizm, gdy całe lata życia żmudnie zapisywane w notatniku utopiły się w wiśle, pierwsza rada na przyszłość- nie siadaj za blisko brzegu.
a potem kolejne odrodzenie. każdego dnia nowe zmartwychwstanie.
wraz z t. skończyła się jakaś epoka. wędrówka zamieniła się w harówkę, radość w wyuczoną akceptację. zmęczenie pozbawiło myśli barw, wyostrzyło widzenie czarno na białym. papier stał się zbyt kruchy, by kreślić na nim jakieś litery, jakieś znaki, symbole, szlaki. wolność przywiązała się do miejsca, opustoszał radosny dom w górach. góry stały się zbyt dalekie na wyciągnięcie ręki.

a potem, jak na spowiedzi, postanowienie poprawy. kilka zdrowasiek na szczęście w nieszczęściu. walka o każdy kawałek słowa. kolejna porażka i kolejna spowiedź. zgodnie z przykazaniem pewnego księdza z miasta g. spowiadać trzeba się regularnie, szczerze, pacierz odmawiać codziennie, w pokorze.
a siły jak na lekarstwo.

siedem lat na emigracji. siedem tłustych i chudych lat. siedem lat zadomowienia i oddomowienia. mało dużo kto to wie.

wystarczy jeden pewny krok, by zacząć chodzić.

Okna

Wednesday, July 23rd, 2008

Kilka lat temu odkrylem kilkanascie wlasnorecznie naszkicowanych rysunkow. Rysunki przedstawialy budynki mieszkalne zawieszone w przestrzeni. Kazdy budynek posiadal dwa okna, ale nigdzie nie moglem dostrzec drzwi. Drzwi byly poza zasiegiem wzroku, poza zasiegiem olowka.

Mieszkam na poddaszu. Mam okno z widokiem na niebo. Leze na podlodze i przenikam wzrokiem szybe. Za szyba gwiazdy i ledwie widoczne klebowiska chmur. Drzwi, na parterze, szczelnie zamkniete- na klucz.

Bedac dzieckiem uwielbialem wychodzic na zawnatrz przez okno- szybciej i ciekawiej. Gdy ojciec stanal w drzwiach, okno bylo jedyna droga ucieczki. Wszedzie wokol byly sciany. Tylko duchy potrafily przechodzic przez sciany.

Babcia hodowala na oknie doniczkowe rosliny- szczegolnie pelargonie . Kilkanascie pelargonii w doniczkach stalo na strazy okien- widzialem swiat z perspektywy pelargonii. Gdy babcia umarla, umarly pelargonie, nikt nie pilnowal juz okien, bo nikogo nie bylo.

Gapie sie w monitor i czuje sie, jakbym gapil sie w okno- widze swiat na zewnatrz w doskonalym zblizeniu. Jestem w posiadaniu swiata, wlascicielem okna.

Od lat szukam drzwi. Na zewnatrz swiata.

Monday, January 7th, 2008

Od kilku miesięcy Ilona Iłowiecka publikuje korespondencje z Kosowa. Teksty krótkie, dobrze sformułowane, etnologiczne. Nie ma w nich przemadrzałych słów czy sensacji. Jest zwyczajność, codzienność ludzi, która wbrew poglądam niektórych może zainteresować. Lektura bloga Ilony Iłowieckiej dostarcza mi więcej, niż lektura przewodnika turystycznego czy ulotki informacyjnej o Kosowie.
Zwyczajność może zachwycać. Wbrew tendencjom kultury, która wręcz wymaga od każdego bycia nadzwyczajnycm, ponad przeciętnym, oryginalnym… Właściwie każdy naród ma swoją zwyczajność. Nie opisuje jej się w gazetach, nie rozmawia o niej na ulicy, nie plotkuje pokątnie w mieszkaniach. Zwyczajność przestaje być naturalna, a zaczyna być banalna. To z kolei pierwszy krok do obojętności w stosunku do zwyczajności, a co za tym idzie- obojętności do zwyczajnych ludzi, którym nie powiodło sie w skoku ponad przeciętność, obojętności w stosunku do tradycji i rutyny.
Kiedy w 2002 roku przekraczałem granicę z Wielką Brytanią- wszystko było dla mnie egzotyczne- język, zachowanie służb imigracyjnych, jazda po lewej stronie drogi, domy rzędowce i centra handlowe w środku miasta, dwa krany nad wanną w łazience, otyłe dziewczyny świecące gołymi brzuchami w samym centrum zimy…
Zdaje się, że po pięciu latach, przywykłem. Już nie mam rozdziawionej miny, kiedy w godzinach wieczornych, widzę rzesze młodych ludzi przebranych za pingwiny maszerujacych do nocnych klubów, poklepujacych samochody na czerwonym świetle, już nie mam rozdziawionej miny, gdy nikt nie czeka na odpowiedz jak się mam.
Po prostu mam SIĘ. Więc nie powinienem sie przejmować. Zachodnia kultura zamiast skupić sie na Społeczeństwie, skupiła się na Jednostce. Jednostka to istota indywidualna. Indywidualność musi się wyróżniać. Musi świecić, by była widoczna. A to, co niewidoczne, to społeczeństwo- gdzieś w tle, na drugim planie, zależne.
Społeczeństwo brytyjskie przechodzi kryzys wwłaściwie na każdej płaszczyźnie- religijnej, ekonomicznej, politycznej, edukacyjnej… Angielskie szkoły mają najniższy poziom w Europie, kościoły świecą pustkami, ogromna przepaść uwypukla różnice pomiędzy bogatymi a biednymi.
Zwyczajność nie jest atrakcyjna dla brytyjskiego rządu. Całego społeczeństwa uszcześliwić nie da sie nigdy, za to jednostki- jak najbardziej.
Przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii wierzyłem w angielski raj- w szczęsliwe społeczeństwo żyjące w dobrobycie i radości. Z zaciekawieniem czytałem artykuły o królewskiej rodzinie, o potężnych możliwościach na przyszłość i otwartość na innych.
Mit padł w pierwszej minucie pobytu w tym kraju- kiedy angielski urzędnik imigracyjny potraktował mnie jak refugee, nielegalnego najmity czy opryszka.
Od jakiegoś czasu zaczynam przyglądać sie bardzo skrupulatnie angielskiej codzienności. Zaczynam rozumieć ten kraj z perspektywy społeczeństwa, nie z perspektywy kilku jednostek, które kreują nie zawsze prawdziwy obraz rzeczywistości.
Kultura brytyjska, poprzez brak zainteresowania tym, co zwyczajne i przeciętne oderwala się od ponad połowy społeczeństwa, która codziennie wstaje z lozka, idzie do pracy, po pracy bawi się z dziećmi lub oglada telewizję. Brytyjska kultura oderwała sie od połowy społeczenstwa, ktore przyzwyczaiło się do tego, ze nikt juz na nich nie zwraca uwagi.
Zyczajność może być jednak interesująca.
Jeśli zdobędzie zainteresowanie.

Friday, December 28th, 2007

Piszę niecodziennie, to widać. Widuję codzienność nieopisywalną, która zamiast mieścić sie w notesie, nie mieści się w głowie. Owa codzienność często rujnuje moje myśli, przykleja się do warg, zakleja je szczelnie, słowa stają sie niewypowiedziane, a zdania niedokończone.
Mam niemy syndrom. Za to nie brakuje mi oczu- patrzą to tu to tam, przyklejają sie do miejsc, ludzi i przedmiotów niecodziennego użytku. Bolą od przeczytanych książek, skadrowanych wydarzeń i zeza na wszystko.
Piszę niecodziennie. Dziś też jest niecodziennie, wiec piszę. Piszę między Początkiem i Początkiem, bo końca nie widać.
Zamyśliłem się. Jak zwykle. Myśli utkwiły w martwym punkcie, gdzieś między. Owe zamyślenia to rodzaj epilepsji- rzeczywistość pstryka ci palcami przed uchem albo daje plaskacza w twarz, z reguły pomaga. Z reguły wracam do siebie, staję na równe nogi, wyprostowuję się, maszeruję pewnie po ziemi. Z reguły zwyciężam myśli. Więc tak naprawdę nie muszę sie niczym przejmować.
Normalność wyprostowuje każde skrzywienie.
Koniec roku to koniec jakiejś historii. A może inaczej, koniec roku to koniec fragmentów jakiejś historii. Jak pisze Bogusław Jasiński w 741 numerze “Twórczości” : Z fragmentu tak naprawde nie może nic wynikać, bo nie daje i dać nie może gotowych odpowiedzi, skończonych diagnoz i analiz, a zwłaszcza żadnej całościowej wizji czegokolwiek.
Nie jestem wizjonerem. Nie potrzebuję dokonywać żadnych analiz czy poddawać diagnozom czegokolwiek. Koniec roku to dla mnie początek jakiegoś Innego fragmentu, Zycia od Nowa, na Nowo.
Chciałbym ten fragment przeżyć mądrze.
To takie egoistyczne życzenie noworoczne. Niecodzienne. Jak moje pisanie.

Tuesday, April 4th, 2006

Pociag z Warszawy Zachodniej do Hajnowki przez Siedlce wjedzie na tor osiemnasty przy peronie czwartym.

Ludzie gnaja na peron pokonujac stopnie nie dzialajacych od miesiaca ruchomych schodow. Kobieta probuje wytlumaczyc dziewczynce ze siusiu teraz zrobic nie moze bo pociag nadjezdza i zeby sie na jakis czas powstrzymala.Pan w musztardowkach zwija nerwowo gazete w rulon i probuje schowac ja w wypchanej po brzegi walizce. Konduktor nawoluje do odsuniecia sie od brzegu peronu. Sprzedawczyni w przenosnym kiosku w pospiechu wydaje reszte. Mloda kobieta caluje ukochanego na pozegnanie.
Pociag z Warszawy Zachodniej do Hajnowki przez Siedlce wjezdza na tor osiemnasty przy peronie czwartym.
Kobieta trzyma dziewczynke za reke. Dziewczynka dzielnie powstrzymuje sie od ‘siusiu’,pan w musztardowkach poprawia kolnierz plaszcza, konduktor milczy, sprzedawczyni dopija kawe, mloda kobieta macha ukochanemu na pozegnanie.
Pociag z Warszawy Zachodniej do Hajnowki przez Siedlce wjechal na tor osiemnasty przy peronie czwartym. Kobieta z dziewczynka, pan w musztardowkach oraz mloda dziewczyna zajmuja miejsce w przedzialach. Konduktor pedzi na poczatek skladu, sprzedawczyni chowa kubek pod lade.
Pociag z Warszawy Zachodniej do Hajnowki przez Siedlce odjezdza z toru czternastego przy peronie czwartym.
Kobieta prowadzi dziewczynke do toalety, pan w musztardowkach rozwija pognieciona gazete, mloda dziewczyna wyjmuje z torebki walkmena. Konduktor zaczyna sprawdzac bilety, sprzedawczyni z przenosnego kiosku juz nie widac.

W pociagu panuje senna atmosfera. Nikt sie nie odzywa. Dziewczynka, ktora wlasnie wrocila z toalety ma zakaz zadawania jakichkolwiek pytan. Pan w musztardowkach zasypia nad artykulem w gazecie, mloda dziewczyna wpatruje sie w okno. W Siedlcach wsiadaja robotnicy. Wyciagaja butelki z piwem. Atmosfera zaczyna sie rozluzniac. Starzy graja w karty, mlodzi rzucaja miesem. Mloda dziewczyna zdejmuje walkmena. W takim halasie nie da sie sluchac. Chlopak w kombinezonie roboczym zaczyna prawic jej komplementy. Dziewczyna sie czerwieni. Piwo znika szybciej niz krajobrazy za oknem. Kobieta z dziewczynka przesiadly sie do innego przedzialu kilka minut przedtem. Mezczyznaw musztardowkach zdjal okulary potem. W przedziale poci sie powietrze. Co chwile ktos przegrywa w pokera. Ktos wyciaga kielbase parowkowa z reklamowki. Ktos otwiera okno. Pijany tlum z Siedlec zaczyna spiewac Bialego Misia z repertuaru Top One.
Robotnicy wysiadaja w Siemiatyczach i Syczach. Ostatni pijany mezczyzna wlecze sie z konca wagonu do wyjscia na stacji Hajnowka. Na stacji czeka na niego zona i corka. Wysiada tez pan w musztardowkach i kobieta z dziewczynka, wysiada mloda dziewczyna ktorej oswiadczyl sie mlodzieniec w kombinezonie roboczym.

Pociag z Hajnowki nie wroci do Warszawy Zachodniej. Dyrekcja Polskiej Kolei zlkwiduje linie kilka miesiecy pozniej.

Sunday, March 5th, 2006

Co kilka dni zamawiam angielskie sniadanie w jednej z angielskich restauracji, wypijam kilka filizanek cappucino po przystepnej cenie, przysluchuje sie konwersacjom nieznajomych, rysuje symbole na rogu serwetki, tesknie za czyms lub za kims, marze o czyms lub o kims. Czasem placze. Niby ze cos wpadlo do oka ide do toalety zmyc swoja slabosc.
Matka mawiala- synu nikt nie zna czasu ani godziny, nikt nie wie gdzie go wiatr zawieje. Matka mawiala- a nuz synu, kiedys bedzie lepiej- kiedy na sniadanie zamiast angielskiej parowki i jajka byl chleb z cukrem i woda, a zamiast cappucino kawa zbozowa albo kawa Inka.

Co kilka dni na placu przed Katedra w Bristolu wyciagam przenosny komputer, lacze sie ze znajomymi w Ameryce i Australii, we Francji i na Malcie. Smieje sie do mikrofonu a ludzie wokol mysla, ze smieje sie do samego siebie- szalony. Lecz czasem placze. Niby, ze cos wpadlo mi do oka ide do toalety w pobliskiej bibliotece miejskiej zmyc swoja slabosc.
Matka mawiala- synu, telefon teraz taki drogi, moze za dwa trzy lata zalozymy linie. Matka mowila- a nuz synu, kiedys bedzie lepiej- kiedy zamiast telefonu komorkowego i laptopa byl dwugodzinny marsz przez zaspy sniegu do przyjaciela.

Co kilka dni odwiedzam markowe sklepy w poszukiwaniu nowej koszuli czy marynarki, przymierzam, marudze, marudze, przymierzam- a to nie taki kolor a to nie taki kroj a to nie taki material. Spedzam godziny na przypatrywaniu sie sobie w lustrze, robie minki, ustawiam sie na bacznosc, spocznij i odpocznij. Czasem jednak dostrzegam w zwierciadle lzy na wlasnej twarzy. Niby, ze cos wpadlo mi do oka ide do toalety w centrum handlowym zmyc swoja slabosc.
Matka mawiala- synu ciotka Ci przyniosla sweter po Michasiu, chlopak wyrosl, a na tobie lezy dobrze lezy. Matka mowila- a nuz synu, kiedys bedzie lepiej- kiedy zamiast markowego garnituru byl stary znoszony rozpinany sweter po siostrzencu.

Czasy sie zmieniaja. Przeszlosc zostaje.

Friday, March 3rd, 2006

wstawaj idziemy do kosciola- mowila matka- a on wstawal.
wdziewal najlepsze buty, jakie mogl znalezc w szafie, najlepsze i najmodniejsze spodnie, najdrozszy sweter i najeleganszy plaszcz.
przed kosciolem zdejmowal najmodniejsza czapke. zegnal sie najlepiej jak potrafil przed obrazem Najswietszej panienki. siadal zawsze w pierwszej lawce wpatrujac sie w ornament na oltarzu. sluchal kazan z rozdziawiona geba. do tacy wrzucal banknoty nigdy monety bo monety wstyd wrzucac. na lekcje religii uczeszczal systematycznie systematycznie uczyl sie modlitw na pamiec. wieczorem wspolnie z matka odmawial pacierz na kleczkach. zasypial z bog zaplac.

kilka lat pozniej znowu uslyszal zza drzwi-

wstawaj, idziemy do kosciola- mowila matka- lecz on nie wstal. nie czul sie najlepiej, bolala go glowa i plecy. matka ponaglila- wstawaj, idziemy do kosciola- lecz on zdenerwowany odpowiedzial, ze nie ma ochoty. wtedy matka po raz pierwszy uderzyla go w twarz. zdziwiony, zdenerwowany, poruszony, prawdopodobnie nawet nie zdajacy sobie sprawy co sie wlasnie stalo, szarpnal matke za ramie, popchal ja w kierunku drzwi. matka potoczyla sie jak pileczka. miala juz ponad piecdziesiat lat, ponad trzydziesci lat pracowala na roli. matka potoczyla sie jak pileczka w strone drzwi i uderzyla glowa w klamke.
pozniej wszyscy mowili ze to byl wypadek. na jej pogrzebie ksiadz mowil o przeznaczeniu. ze kazdego czeka smierc.
syn stal pierwszy przy trumnie i pierwszy rzucal kwiaty do jej grobu.
ludzie mowili- matka zostawila wspanialego syna i jak on sobie teraz biedny bez niej poradzi.

to miala byc najwspanialsza prywatka w jego zyciu. najlepsze jedzenie, dobra muzyka i dobrane towarzystwo. konczyl osiemnascie lat a wiec rocznica bardzo symboliczna i do tego wazna. zaprosil najbliszych przyjaciol, zamowil wykwintne potrawy w najblizszej restauracji, zaprosil lokalny zespol,bo konczac osiemnascie lat musi miec zespol grajacy muzyke na zywo.
wieczorem wszyscy zjawili sie o umowionej porze. z kwiatami,prezentami i zyczeniami. zespol zaczal grac ulubione przeboje, przyjaciele zaczeli jesc wykwintne potrawy i popijali to wszystko dobrym,wysokoprocentowym alkoholem. cieszyl sie widzac wszystkich zadowolonych. a szczegolnie cieszyl sie prezentem od dziewczyny swojego zycia. kilkustronicowy album ze zdjeciami z pieciu lat ich wspolnego bycia.
dlugo zabawial gosci, staral sie dogodzic im we wszystkim.
nad ranem zdecydowal sie zmienic muzyke i zaprezentowac gosciom przeboje z jego ulubionych plyt. poszedl w kierunku wlasnego pokoju, lecz to co zobaczyl wewnatrz zaskoczylo go. zdebial. na lozku lezala jego dziwczyna calujac namietnie przyjaciela z podstawowki. nie myslal dlugo. chwycil przyjaciela za wlosy. rzucil go na podloge i zaczal kopac. kopal wszedzie- w glowe, brzuch, plecy. kopal gdzie popadnie. kopal mocno najmocniej jak potrafil i najsilniej jak mogl. kopal bez opamietania.
mieciac pozniej sedzia orzekl kare-dwanascie lat pozbawienia wolnosci.
w wiezieniu mial mnostwo czasu by myslec. myslal tak intensywnie ze zaczal siwiec i tracic wlosy. po dwunastu latach wyszedl na wolnosc prawie bez wlosow.
gdy przekroczyl mury wiezienia nie wiedzial co poczac- gdzie pojsc, do kogo sie odezwac.starzy przyjaciele odwrocili sieod niego dwanascie lat temu, nowych nie mial. domu tez nie mial- rodzice zakazali wstepu.
niedaleko byl kosciol. zdecydowal sie wstapic. nie wierzyl w boga. nigdy wczesniej nie byl w kosciele. nie wiedzial, ze przed wejsciem do swiatyni trzeba zdjac czapke, ze najlepiej siadac w pierwszym rzedzie, ze trezba odmowic modlitwe na kleczkach i ze trzeba wrzucic banknot do tacy. wiedzial ze chce wejsc do kosciola. nie wiedzial dlaczego.
usiadl w ostatniej lawce. jego wzrok przyciagnal obraz w bocznej nawie. ukrzyzowanie chrystusa. golgota. sam nie wiedzial kiedy i dlaczego lzy pojawily siew jego oczach. sam nie wiedzial dlaczego spedzil w kosciele kilka godzin placzac. sam nie wiedzial dlaczego rok pozniej zdecydowal sie wyjechac na misje do Indii. sam nie wiedzial dlaczego dotykal tredowatych i opatrywal rany biednym. sam nie wiedzial co sie stalo.
umarl majac piecdziesiat trzy lata nic nie wiedzac.
.nawet tego dlaczego umarl i kiedy.

Faith is a journey not a destination
(napis na jednym z protestanckich kosciolow w anglii)

Tuesday, February 7th, 2006

Na Pikton Street ktos urzadzil wystawe grafiki prymitywnej- betonowe plyty wytapetowal kreskowkami antywojennymi. Do wloskiego sklepu dostarczono wlasnie swieze bulki prosto z Mazowsza i chleb czarny prosto z Kijowa. Kilkoro pijanych Rosjan probuje zasiedlic pustostan po nieczynnej juz fabryce, oby do wiosny. Przy sklepie rybnym zrobil sie tlum, bo odkryto wlasnie, ze ktos komus rower ukradl bez uprzedzenia. W barze na Stoke Croft za niecale dwa funty mlody Afganczyk kupuje fisburgera i frytki, a puszke pepsi dostaje gratis. Uczennice katolickiej szkoly powszechnej przechodzaulice na czerwonym swietle. Dwie Polki ida do kosciola na Chelthenam Road na wieczorna msze. Sprzedawca kradzionych rowerow, wlasciciel garazy niedaleko Bristolian Cafe probuje znalezc psa wilczura, ktory uciekl, gdy zobaczyl zbyt wielu klientow. Na stacji kolejowej Montpelier robotnicy czekaja na opozniony pociag do Easton. Ktos sie poslizgnal na skorce od banana na Gloucester Road, teraz siedzi i placze. Co kilka minut jakis ambulans wlacza sygnal alarmowy, zawsze predzej mozna wrocic po pracy do domu. Mlode dziewczyny w krotkich spodniczkach i obcislych bluzkach podazaja do najblizszego pubu zeby sie zabawic przy kilku drinkach. W night clubach kelnerki uzupelniaja automaty do prezerwatyw. Kilka mlodych ludzi z Serbii spedza wieczor w kawiarni internetowej skypujac do znajomych w Belgradzie bo im sie juz teskni.

Kiedy po raz pierwszy przyjechalem do Anglii, rozdziawialem gebe. Teraz tylko ziewam.

Monday, February 6th, 2006

Zamieszkalem w garazu bo chcialem byc artysta. Zaczalem spac na materacu, szkicowac postaci w ruchu podazajac za radami poradnikow dla poczatkujacych plastykow, robic zdjecia dzieciom w dziwnych pozach i budowlom o komicznych ksztaltach.
Otoczylem sie kwiatami w doniczkach i fotografiami z podrozy do Europy. Postanowilem, ze bede czesciej przegladal prase codzienna i robil notatki na marginesach stronic. Kupilem gramofon z 1979 roku i kilka plyt jazzowych, blusowych i soulowych.
Wieczorem zaplanowalem godzinne sesje relaksacyjne oraz kubek goracej czekolady na dobranoc. Zredukowalem uzywanie internetu do minimum. Przeznaczylem nawyzej piec minut dziennie na rozmowy telefoniczne. Zaplanowalem miesieczne wizyty wfilharmonii i teatrze.
Zamiast kupowac filmy zdecydowalem sie je wypozyczac w bibliotece miejskiej oszczedzajac dzieki temu kilka funtow tygodniowo, przeznaczajac tez kilka funtow tygodniowo na rozwoj duchowy. Postanowilem tez sie nawrocic kupujac ikone Rublowa. Wykluczylem z diety spozywanie pepsi coli na rzecz soku z czarnej z porzeczki.
Chcialem byc Artysta wiec zamieszkalem w garazu.

Cos na przekor pop kulturze. Cos na rzecz alterantywnego zycia.

Sunday, February 5th, 2006

Od lat nic sie nie zmienilo. Ciagle budze sie i zasypiam. Czasem wstaje lewa noga, czasem sie usmiecham. Kupuje ksiazki w antykwariatach i odpisuje na listy z kilkumiesiecznym opoznieniem.
Ciagle mi sie marzy i marzy mi sie zawsze COS. Wlasciwie od lat nic sie nie zmienilo. Moze poza poglebiajaca sie dyslekcja i dysgrafia, lysina, brzuszkiem i skleroza.
Od lat nie napisalem ani jednego wiersza, ani jednego slowa w pamietniku, od lat nie dostalem tradycyjnego listu, ba nawet matka nie wysyla mi ponaglen bankowych od lat.
Gdzie ja sie podziewam od lat?
Od lat nic sie nie zmienilo. Jestem to tu, to znow tam. Poznaje mniej wiecej tyle ile znaczy mniej wiecej. Studiuje zywoty ludzkie nie wylaczajac siebie.
Mam gruzlice pamieci.
Wiele razy mysle, ze musze cos zmienic, lecz nie wiem co.
Co roku jestem w stanie przygotowac plam dlugoterminowy i krotkoterminowo o nim zapomniec.
Lecz dzis obudzilem sie z silnym postanowieniem ZMIANY.
Dzis sie obudzilem z nadzieja ze w koncu sie cos zmieni. Ze przestane wstawac lewa noga, ze zaczne sie usmiechac nie tylko czasem, ze odpisze na wszystkie listy bez opoznienia, ze zaczne brac leki na skleroze, strace brzuszek a lysina przestane sie po prostu przejmowac.
No i ze napisze kilka nowych wierszy i przynajmniej jedno slowo w pamietniku. Ze zaczne byc bardziej TU niz tam. Poznam wiecej niz mniej. Ze zrobie cos z poglebiajaca sie dyslekcja i dysgrafia.

Jednego jednak nie zmienie- przekonania ze zawsze moge sobie przeciez pomarzyc. I wymarzy mi sie zawsze COS.

Saturday, March 5th, 2005

.Peccavi.
.a potem na rogu ksiazki namalowal ksiezyc jak palcem na niebie wytracona gwiazda. przetarl stopy przegubem dloni, wychlostal sie woda wytrzezwiec to nie taka latwa sprawa. ujal to tak jak sie ujmuje pol zartem pol serio. wyrwal sobie zab madrosci na wlasne zyczenie za darmo. naocznie okulary mialy barwe zgnilych czeresni albo gotowanych kalafiorow od ani s czy jak jej tam. zrobil sobie test na porost zludzen. dwa razy sie nie wchodzi do tej samej rzeki ale rzeka nie ta sama. geometrycznie okreslil polozenie ciala w przyblizeniu. wyrzygal sie ze strachu i wysral z przepicia.

.mowia ze zycie to marna gra albo jeszcze gorzej idealna scena. popatrzyl na pacynke przez jedno oko zobaczyl rekawiczke przez drugie. zdjal czapke obok kosciola inaczej klaps od babki. wytrzreszczyl sobie znajomosc fizjonomii i anatomii egzamin dojrzalosci. wyszedl oblany potem nie zdazyl.

.w bibliotece szukal moiry wsrod leksykonow i podrecznikow astrologii. uderzyl sie w glowe na poddaszu jeszcze mu za to zaplaca.

.zbladl gdy dostrzegl ze nikt go nie zrozumial

Thursday, October 28th, 2004

.droga wiedzie pagórkami, wije sie między starym lasem a młodą łąką, wdziera się w stare kamienne mosty, kamienne ogrodzenia tłumią owczy śpiew. droga wiedzie pagórkami, wznosi sie i opada. piasek krzyczy, buty tłumią krzyk. uwaga wakefield. to jest alarm.

.loreta układa puzzle zaczynając od ramy obrazu, pozniej kawałek po kawałku uzupełnia obraz ku środkowi. cieszy sie jak mala dziewczynka widzac statek pirata na środku wzburzonego morza. loreta smaruje chleb maslem orzechowym powoli ale bez gracji. stara sie wypelnic cala przestrzen rowniutkim brazowym kremem.

.kot stracil noge i cierpi. na szyi ma specjalne plastikowe zabezpieczenie przed samookaleczeniem z powodu cierpienia. kot miauczy niewiele, przymila sie do kazdego. Terry lubi tego kota. kot nie zaprzecza.

.pennine way biegnie w strone gor szkockich. dwoch mlodziencow biegnie w strone wakefield. w domu boyne hill czeka lunch.

. na zachod od wakefield jest koniec świata.

Thursday, July 29th, 2004

.ktoregos dnia sie obudze.

.zobacze to nieja.

.uchwyce sie krawedzi wiersza.

.ktos obuchem rabnie mnie w glowe.

.to bedzie koniec swiata.

Thursday, July 29th, 2004

/’kiedy stalem w Przedswicie a Synaj’/
.kiedy stalem w Przedswicie huragan ploszyl chmury. niebo rosilo lzami deszcz. ksiezyc wyl do wilkow. ludzie z gor w doline i z doliny w gory szli. to byl slynny dziewiecdziesiaty czwarty.
/’kiedy stalem w Przedswicie a Synaj’/
.kiedy stalem w Przedswiecie chmury ploszyly huragan. deszcz rosil lzami niebo.wilki wyly do ksiezyca. ludzie z doliny w gory i z gor w doline szli.

.prawie dziesiec lat pozniej nic sie nie zmienilo. lecz harasymowicz umarl.

Thursday, July 29th, 2004

.najpierw jest tecza i rozdziawiona geba.
.potem zamkniete usta pelne teczy.

.w koncu rzygasz ustami tecza.

.to sie nie zmienia.

Wednesday, July 28th, 2004

.intuaicje wyostrza rozmazywanie kropli wody na plaskiej tafli plyty pilsniowej, marmuru, gladkiego betonu, blacie stolu, szybie i lustrze i tak dalej. a on rozmazuje strup na twarzy. lajdak.

.ze nie potrafi. mowia. smieja sie. ze czarno widza. przepowiadaja. tracaja lokciem. nie wyglada na takiego co by mu sie w zyciu moglo szczescic. nie te muskuly, nie ta szczeka wgieta wewnetrznie w jame oddechowa. nie ten nos garbaty. z dziasel krew co rana maci poranne mycie zebow ploszy. on mysli, ze oni maja racje.

.kobiety przychodza odchodza. zmieniaja sie jak pory roku. nastepuja po sobie. raz cieple raz zimne. raz nijakie. on ma trudny charakter mowia. rzeczywiscie pismo bufoniaste ale. on sleczy nad nocami i oglada pajaki. i tak mozna.

.teskni. przygryza wargi. oni mowia ze nie ma szans. on rozmazuje strup na twarzy. i plynie rzeka.

Sunday, July 18th, 2004

[z serca plyna tylko slady wody kolacza sie w plucach niewypowiedziane slowa tam gdzie sie wszystko konczy wszystko rodzi sie od nowa pan bog stapa powoli pod gore]
zaprawde powiedziane to i zapisane, zaprawde przemyslane to i wyplakane, zaprawde wypatrzone to i zgubione, zaprawde uslyszane to i zapomniane, a wszystko za te jedna martwa prawde
to nieprawda ze umieram
[powoli]

Sunday, July 18th, 2004

[z serca plyna tylko slady wody kolacza sie w plucach niewypowiedziane slowa tam gdzie sie wszystko konczy wszystko rodzi sie od nowa pan bog stapa powoli pod gore]

zaprawde powiedziane to i zapisane, zaprawde przemyslane to i wyplakane, zaprawde wypatrzone to i zgubione, zaprawde uslyszane to i zapomniane, a wszystko za te jedna martwa prawde

to nieprawda ze umieram

[powoli]

Saturday, July 17th, 2004

W ostatnim numerze magazynu The Guardian zamieszczono obraz ‘The lament for Icarus’ autorstwa Herberta Drapera, dzielo o tyle interesujace o ile zamkniete w w szczelnych ramach nazwijmy to symbolizmu ludowego zaczerpnietego prosto z romantyzmu.
I choc sam tworca reprezentowal klasycyzm angielski, w jego wiktorianskiej odmianie, nie obce mu bylo, jak sie pozniej okazalo, przeslanie dziewietnastowiecznej Europy. Obraz wycienczonego Ikara otoczonego pieknymi kobietami przywolal jednoznaczne skojarzenia z dziewietnastowiecznymi wyobrazeniami duchow lesnych i wodnych w romantycznej literaturze slowianszczyzny poludniowej i wschodniej. Niewykluczone wiec ze Herbert Draper znal literature poludniowych i wschodnich Slowian i sie na niej wzorowal. Jedno jest pewne- obraz ‘The lament for Icarus’ mnie zachwycil i zostanie w mojej pamieci na dlugo.
Wsrod moich ulubionych pisarzy i poetow wspolczesnych rzadko bywaja osoby z poza Europy Srodkowej. Obca mi jest zachodnia kultura- co jest paradoksem-choc mieszkam obecnie w Europie Zachodniej, nie potrafie sie odnalezc zarowno w swiecie obyczajow, kultury jak i literatury. Jednak gdy dwa miesiace temu wpadla mi w rece ksiazka Jeanette Winterson ‘Oranges are not the only fruit’ zmienilem nieco zdanie. Wciaz nie potrafie odnalezc sie w swiecie zachodnioeuropejskich obyczajow, kultury i literatury, lecz w swiecie Winterson odnajduje sie znakomicie. Jesli ktos tak jak i ja uwielbia krotkie teksty, zwiezle i na temat, do tego napisane z artystycznym polotem, nie zawiedzie sie siegajac zarowno do ‘Oranges…’ jak i ‘Written on the body’, ‘The powerbook’ czy ‘Lighthousekeeping’.
Skonczylem ‘Liturgie wedrujaca’. Wciaz nie moge otrzasnac sie od tesknoty do wedrowki gorskiej wsrod pol przez laki na szczyty lasem, od tesknoty dzieciecej za reka brodatego stefana b., od obrazow i mysli wsrod polonin i potokow. Od smaku chleba pieczonego na ognisku z maki wlasnej roboty i od piesni wiatru wsrod drzew.
M. chce wyjsc za mnie za maz, nauczyc sie polskiego, urosnac dwa centymetry, kupic nowe buty i suknie slubna najlepiej w Polsce, bo tansza i miec dziewczynke o imieniu Ania.
W katedrze w Wakefield dziekowalem za zycie i plakalem jak dziecko. [Nie szkodzi]

Friday, July 16th, 2004

[na marginesie ksiazki 'Pedagogika waldorfska w praktyce'- olbrzymie znaczenie w pracy z ludzmi uposledzonymi umyslowo ma dobroc- a dobroc wcale nie znaczy akceptacja czy bezwzgledy nawet nieszczery usmiech- dobroc to droga wychowania w madrosci]
trzy godziny spedzilem nad ksiazka Michaela Luxforda ‘Children with special needs’, ktora pozyczylem sobie na wlasne ryzyko z biblioteki collegu st martin. oprocz tego co juz napisano nic wiecej nie napisano. choc historia curative education ciekawa.
tesknie za listami z polski dobrowolnymi za gladkoscia kopert za bledami ortograficznymi k. za namowa na jakas podroz podniebna s. poza tym nie tesknie.
od tygodnia nie moge dodzwonic sie do matki.

Friday, July 16th, 2004

[na marginesie ksiazki 'Pedagogika waldorfska w praktyce'- olbrzymie znaczenie w pracy z ludzmi uposledzonymi umyslowo ma dobroc- a dobroc wcale nie znaczy akceptacja czy bezwzgledy nawet nieszczery usmiech- dobroc to droga wychowania w madrosci]

trzy godziny spedzilem nad ksiazka Michaela Luxforda ‘Children with special needs’, ktora pozyczylem sobie na wlasne ryzyko z biblioteki collegu st martin. oprocz tego co juz napisano nic wiecej nie napisano. choc historia curative education ciekawa.

tesknie za listami z polski dobrowolnymi za gladkoscia kopert za bledami ortograficznymi k. za namowa na jakas podroz podniebna s. poza tym nie tesknie.

od tygodnia nie moge dodzwonic sie do matki.

Thursday, July 15th, 2004

[przemilczalem kilka miesiecy jak mysz pod miotla zasiedzialem sie w leku niewyrazalnosci przetoczylem historie jak pory roku zrywajac boki od bolu i szalu]
otaczam sie przedmiotami nieswiadomie chowajac sie od ludzi a potem wyje do ksiezyca ani pan twardowski ani pani
koncze dawno rozpoczety tekst ‘liturgia wedrujaca, zaczynam dawno nierozpoczety tekst ‘swiadectwo jako kerygmat’ w poczekalni ‘stainer heretyk czy mistyk’, ‘daleko od szosy czyli rzecz o literaturze prowincjonalnej’ oraz ‘zajrzyj mi w oko a potem’(kolejny fragment ksiazki o pracy z osobami uposledzonymi umyslowo)
m. mi mowi ze go nie obchodzi moja gra a ja mu mowie ze mnie nie obchodzi jego film. w duszy gada zwierciadlo.
reszte pozostawiam L. zapalczywie stopami przez wyrostki i przez skore przez ucho od kubka powiedzmy ze to kolejne spietrzenie serca [choc tesknie cholernie]
[z wypisow codziennych- otwarty, moze gadac i gadac, pozytywny i aktywny, zmierzajacy w w strone zycia, odwazny i utalentowany, przyjacielski, elastyczny i dostepny... echo echo echo drzy]
echo echo echo milczy
[nieprawda]

Wednesday, July 14th, 2004

.wytarl nos rekawem i chuchnal w dlon. za dwa zlote kupil grochowa i kilka pasztetow drobiowych z burakami. na kolacje kisiel. poczerwienial ze zlosci. potem byl sen o restauracji za rogiem.

.lubil plawic sie w luksusach. trzydaniowe obiady, desery w restauracjach, wino do sera. sie smial. kupil matce prezent za osiemset zlotych a szescset dal w lape. czasem bolal go brzuch.

.potencjalnie byl jednym z wielu ktorym udalo sie jechac na wozie i lezec pod wozem.

.ale on tego nie zrozumial.

Friday, April 16th, 2004

Paradoks codziennosci. Siadasz za biurkiem znuzony, przegladasz setki niepotrzebnych papierow, robisz notatki niewiadomopoco, obgryzasz paznokcie, tarmosisz slowa za uszy, slysza juz wiecej niz myslisz. Mam na mysli wszystkie wiersze, opowiadania, miniatury, szkice, zdaje sobie sprawe ze nie zaistnialyby, gdyby nie snop swiatla, ktory przeniknal do serca jak krew. Caly dzien przy obrobce szkla- wycinanie, polerowanie, lutowanie czesci metalicznych, uginanie sie pod ciezarem bolacych plecow, karku i rak. Obiad smakuje bardziej po godzinnej koncentracji na stojaco.
Deszcz tu i owdzie. Tu i owdzie chlod. Cisnienie niskie. Wiatr umiarkowany w przeciwnym kierunku. [Anne ma w sobie dusze na glebokosc dna]

Tuesday, April 6th, 2004

.masz, czlowieku, nogi po kolana, w górach, ramiona rozlozyste skrzydla, pióra szare, a w oczach kamyki z wodospadów, sosny w dloniach i laki we wlosach.

.masz, czlowieku, los na glowie i karku przestarzale kleski przedwczesne sukcesy wypalone radosci rozzazone smutki do granicy nawet albo ponad.

.masz, czlowieku, nienapisany zyciorys kropka w kropke nietkniety pauza w pauze przez dziurke od klucza.

masz, czlowieku, garnuszek, a w garnuszku wino, a w winie wiosne o czwartej nad ranem jednym haustem polykasz i caly zakwitasz w kwiaty.

.masz, czlowieku, masz co chciales.
.i jak.

Monday, April 5th, 2004

.pod skora zagniezdzily sie grudki ziemii z New Mills krzaki wrosly sie w ledzwie oczy zachlysnely sie obrazami bez tytulow, dwa fotoreportaze prawie gotowe do publikacji i juz wkrotce na stronie- troche tez o tworczosci Emily Bronte, Haworth i deszczowej piosence na sucho.
.strasznie duzo dzieje sie wokol, mysli nie nadazaja, spojrzenia ulatniaja sie,zielono i gdyby jeszcze tak w sercu.
.poczatek drogi z Jerozolimy na krzyz przez palmy sady i osady przez zdrady i milosci przez nienawisc i noc. i oby tak do dnia.
.odezwal sie syndrom haliny rzeczywiscie zaczalem pisac nekrolog. wiecej w plusquamperfectum. i jeszcze wstep do autobiografii na mokro: .anatomia ciala, fizjologia duszy, choreografia mysli. zakodowany tekst tylko dla wybranych i pod napieciem.
.listy od k.p. i k.n. matka o domu jak zwykle szaro i smutno. bankowe przepoje dopiero sie zaczely, a wkrotce wyprawa do hiszpanii- pili, xema, laura czekaja. a potem jak zwykle parszywe powroty.
.wieczorne kino domowe- komedia czego pragna kobiety. w roli glownej mel gibson. komedia na trzy czwarte gwidka.
.cisnienie wysokie. sok pomaranczowy na drugie sniadanie.

Monday, April 5th, 2004

.pod skora zagniezdzily sie grudki ziemii z New Mills krzaki wrosly sie w ledzwie oczy zachlysnely sie obrazami bez tytulow, dwa fotoreportaze prawie gotowe do publikacji i juz wkrotce na stronie- troche tez o tworczosci Emily Bronte, Haworth i deszczowej piosence na sucho.

.strasznie duzo dzieje sie wokol, mysli nie nadazaja, spojrzenia ulatniaja sie,zielono i gdyby jeszcze tak w sercu.

.poczatek drogi z Jerozolimy na krzyz przez palmy sady i osady przez zdrady i milosci przez nienawisc i noc. i oby tak do dnia.

.odezwal sie syndrom haliny rzeczywiscie zaczalem pisac nekrolog. wiecej w plusquamperfectum. i jeszcze wstep do autobiografii na mokro: .anatomia ciala, fizjologia duszy, choreografia mysli. zakodowany tekst tylko dla wybranych i pod napieciem.

.listy od k.p. i k.n. matka o domu jak zwykle szaro i smutno. bankowe przepoje dopiero sie zaczely, a wkrotce wyprawa do hiszpanii- pili, xema, laura czekaja. a potem jak zwykle parszywe powroty.

.wieczorne kino domowe- komedia czego pragna kobiety. w roli glownej mel gibson. komedia na trzy czwarte gwidka.

.cisnienie wysokie. sok pomaranczowy na drugie sniadanie.

Saturday, March 20th, 2004

Ech laki gwiezdne, ksiezyce swietlne, metna polano ze snu, ech, sie zrobilo sentymentalnie nagle, nagle sie zakrztusilo i przypomnialo sie, ze to juz dwadziescia siedem lat miklusz hasa sobie po ziemi jak rak nieborak albo jakis inny bosko nieboski chrabaszcz. A do tego sie przypomnialo ze sie urodzilo na Warmii, ze sie wychowalo przy kopcu z kartoflami i gnojem i tak jakos sie zrobilo. tak podniebnie jak nigdy.
i chociaz ten kawalek tortu wcale nie byl mikluszowi przeznaczony, pizza a la Kiev nie mikluszowi pisana to sie zjadlo i tort i pizze i sie oblizalo. oprocz anity sostaric nikt za bardzo nie zauwazyl ani dzisiejszych urodzin miklusza, ani owidiusza, ani sie nikt nie udlawil swietem, ani.
powrocilem do klimatow olsztynskich bo kiedys trzeba kiedys wrocic do domu, wkrotce duzo tematow lokalnych na stronie cernuusa , gdzie oprocz moich warminsko-mazurskich miniatur wiele tez i innych tekstow tylko czytac oceniac wchlaniac trawic przezuwac i rzygac
no i sie lezka w oku zakrecila niebieska lezka z bozego stoku, gdy sie przeczytalo o wiewiorkach na jednej ze stron internetowych bo przeciez duzo tez o wiewiorkach czyli eichhorn rowniez i na moich stronach.
a stachura na to wszystko kicha

Saturday, March 20th, 2004

zrosly sie rzesy
usta zamknely drzwi
po poreczy plynie marzanna
marcowa gwiezdna tratwa
rece wolaja do nog
nogi stoja na bacznosc
zeby sie smieja do sztachet
oczy jak szklanka kruche
szukaja snu

a potem
idioto
potem
dwadziescia siedem na karku
jak topór

alex czyli droga do greenhouse

Friday, March 12th, 2004

.uwaga, pomylily ci sie nogi, nie odwracaj slow do gory brzuchem, nie pien sie tak obrzydliwa slino, nie pytaj durniu, przeciez wiesz, nie dotykaj bo dostaniesz w morde, w cholere te wszystkie pierdolone twarze az niewiadomo co, ej, nie przeklinaj ej. droga do greenhouse mokra i sliska.

.ponad dziesiec lat temu odkryto gen odpowiedzialny za kruchosc chromosomu x, ktory pelni bardzo wazna role w prawidlowym funkcjonowaniu organizmu czlowieka. kobiety zazwyczaj posiadaja dwa takie chromosomy, mezczyzni jeden. mutacja genu, ktora zachodzi w mozgu czlowieka powoduje, szczegolnie u mezczyzn, problemy w rozwoju psychoruchowym, trudnosci w uczeniu sie, nadwrazliwosc sensoryczna, nagle powtarzanie slow, zdan, nadruchliwosc i nadpobudliwosc. osoby z syndromem choroby fragle x czesto zaliczane sa do spolecznosci autystycznej, mieszczacej w sobie cale spectrum zaburzen psychofizycznych.

.alex czyta gazete do gory nogami, przerzuca kartki w tempie sprinterskim, wzrok skupia na pilce noznej i rughby, gdy spiker cedzi przez zeby wyniki meczow alex az sika z radosci, podskakuje na kanapie, albo krzyczy przez mury lub smieje sie przez drzwi do innego swiata. potem wystarczy zapytac o kazdego pilkarza, kazdego strzelonego gola, kazda rozgrywke w ciagu najblizszego roku, a alex odpowie z profesorska powaga wiedzy, wykrzyczy wlasciwa odpowiedz, az trzescza pytania ze zlosci, az krzywia sie miny ze zdumienia i zazdrosc z niewiedzy.

.w poniedzialek o wpol do dziesiatej alex pedzi do ogrodu, lewy but na prawej nodze prawy but na lewej nodze, ej shet face, ej, wyrazy z rekawa jak reka te same pytanie pietnascie razxy w ciagu minuty,retoryczne, rece rzucaja sie na boki, twzrz w grymasie- alex, w tej chwili do greenhouse. i pojdzie. spusci glowe jeszcze kilka razy rzuci ci blotem w twarz, usiadzie w szklarni, przytuli policzki do szyby i rzucajac oczy w rozne strony bedzie myslal, myslal, myslal, taka dola. w koncu mu przejdzie.

.cechy fizyczne frigle X to wydluzona twarz, uwydatnione czolo, wysokie podniebienie,problemy ze wzrokiem, nieszczelna zastawka w sercu. czeste oznaki chorego zachowania to gryzienie rak, klaskanie, slaby kontakt wzrokowy. wg encyklopedii medycznych frigle X to jedna z oznak autyzmu.

.alex wysoki chudy dlugie rece i nogi mala glowa, okulary, blon wlosy, wystajace przednie zeby, slina w ustach mrugajace oczy, niestabilny wzrok. alex przegryza kazdy poranek tabliczka czekolady, pije sok ze swiezych owocow, ma obsesje na punkcie kota. oprocz pilki noznej, rugby alex kocha british telecom, podczas warsztatow plastycznych uzywa czerwonej i czarnej kredki obrysowujac kontury slow, nigdy nie narysowal zadnego przedmiotu. alex ma slepa wyobraznie.

‘Na początku lat 90-tych opracowano testy nazwane badaniami wiązań DNA. Badanie to wymaga analizy krwi wielu członków rodziny , jest kosztowne i pracochłonne ale daje 99% pewności diagnozy. Używając tej metody analizuje się określone części DNA w skład którego wchodzą geny FRM1. Gen ten ma powtarzający się kod CGG / C- cytozyna G- guanina G- Guanina/ o różnej długości u poszczególnych jednostek. To pozwala odróżnić ludzi mających syndrom kruchości chromosomu X od tych ,którzy go nie mają. Badanie to pozwala również zróżnicować stopień metylacji* genetycznej. Jeśli gen FRM1 jest aktywny to produkuje białko FRMP które jest niezbędne do prawidłowego rozwoju , jeśli nie jest aktywny nie produkuje FRMP. Podczas analizy DNA liczona jest ilość powtórzeń genu FMR1 i stopień metylacji. U osób ,które nie mają kruchości chromosomu X ilość powtórzeń kodu CGG jest mniejsza niż 45 i ten obszar DNA nie jest zmetylowany . U osób z kruchością chromosomu X ilość powtórzeń jest większa niż 200 i w tym opszarze DNA mamy do czynienia z metylacją co powoduje ,że nie jest produkowane białko FMRP co powoduje kliniczne objawy kruchości chromosomu X.’*

.nie kazdego stac na przeprowadzenie takich badan, nie kazdy wie, ze sa one mozliwe, nie kazdy ufa medycynie. Jeden mezczyzna na cztery tysiace i jedna kobieta na osiem tysiecy jest dotkniety/a/ lta choraba lub w przyszlosci jej doswiadczy.

.alex wcale nie jest wyjatkiem. alex rzuca slowa na wiatr a one wracaja.

*za: Biuletyn Polskiego Stowarzyszenia Terapii Integracji Sensorycznej.

Friday, February 27th, 2004

.drzwi otworzyly sie w poprzek drogi. glosy zaczely powoli uchodzic w sina dal. cisza przerazliwie piekla w twarz. niebo mialo kolor zgnilych sliwek. oczy same mowily dobranoc w pocie czola. nagle ogromny snop swiatla uderzyl cie w twarz. na policzkach stopily sie odlamki lodu.

.ktoregos dnia przestrzen pod stolem wydala sie zbyt ciasna. twarz ojca zbyt szorstka od miesiecznego zarostu. skrawek dywanu zbyt maly dla musztrujacego gniewu. ramiona zbyt wiotkie by utrzymac blat.

.bales sie bolu. najlepsza smierc bezbolesna. widziales wisielcow, ale od razu obraz pekajacych kregow zaciskal ci mysli. widziales topielcow ale obraz pekajacych pluc pozbawial powietrza. widziales nozownikow, ale obraz krwawiacych zyl zalewal ci usta.

.zbierales wiec pudelka po zapalkach i ukladales w stos. Zbierales pastylki na ostatnia godzine z przeznaczeniem na pierwsza dobe.cien przychodzil pozna noca. siadal na skrawku twojego lozka. przed oczyma migotaly ci jak w kalejdoskopie twarze i slowa, radosci i smutki, krzyk jak pomieszanie z poplataniem, wyroki ze banal zycie. z oczu plynela rzeka jak historia. poduszka pelna byla lez a lzy pelne pierza.

.nad ranem swiatlo przenikalo izbe i cien znikal. zasypiales pelen swiatla w plucach, zylach, kregach, ustach, oczach.

.rankiem odrywales suche lzy ze spuchnietych powiek.

* czasem myslisz ze swiatlocieniem gasisz zal

Wednesday, February 18th, 2004

.na placu grzybowskim przystanela. obejrzala sie. zwiazala wlosy w konski ogon. poprawila kolnierz w plaszczu. wytarla nos w przegup dloni. przeskoczyla kaluze. pogloskala bezpanskiego psa. uniosla brwi. poczula wiatr w sercu. nerwowo mlasnela jezykiem. upadla na beton.uderzyla sie o kant chodnika. struga krwi zmyla szarosc ulicy. strzal padl czternastego kwietnia tysiac dziewiecset czterdziestego roku.

.czekajac na rachel obgryzasz paznokcie do krwi. probujesz rozwiazac krzyzowke z magazynu dla szaradzistow. co kilka sekund przesuwasz dlon po kancie firanki. niecierpliwie parskasz i unosisz sie myslami po same niebo. sciskasz mocno szklanke herbaty, ktora dawno wystygla. wstajesz, krazysz wokol odswietnego stolu, uderzasz pieta o brzeg podlogi. marszysz czolo o brzeg palcow. czujesz wiatr w sercu. szyba w oknie trzeszczy od emocji az rozbija sie w koncu na tysiace kawalkow.

.czekasz na rachel.

.ona nie przyjdzie.

Monday, February 16th, 2004

[najpiekniejsz historie to niewypowiedziane historie]

dotknij, ziemia tez ma dusze, wewnatrz metafory metafora gladzi metafore po jezyku, D.N. przegryza fragmenty historii o Parzivalu, natretne mysli, drabina od piekla do raju, a potem slonce swieci po raz pierwszy inaczej

beth ciagnie za rekaw jak za jezyk nogi rwa sie do tanca isabel ma wyczucie rytmu, puls ziemi pulsuje w jej zylach

w swiecie publicznym i.s upublicznia sie i upupia gdzie sie podzialy wiersze z rekawa swieze, gdzie sie podzialy stare dobre malzenstwa pegaza, czarne chmury nad smolarek

[zapamietac- zanim podejmiesz decyzje daj sobie czas do jutra, a potem zastanow sie jeszcze raz i dlaczego jestes taki skapy?]

wydaje sie ze jestem w powaznych tarapatach to tylko cisnienie wysokie, temperatura siedem stopni w skali celsjusza wiatr umiarkowany z poludnia

Friday, February 13th, 2004

[dwa ostatnie dni stekanie w lozku zoladek kipi od bolu herbata ziolowa nie pomaga niebo ma kolor zgnilych truskawek myslenie nie wypala rece dretwieja jezyk placze sie w goraczce mocze nogi]

czekolada nawilza podniebienie kilka herbat mietowych w lozku a potem jeszcze chor anielski w jezyku staro-cerkiewno-slowianskim asia dzwoni numer nieznany pedza mnie modly w pole a potem kamila pe majaczy w myslach jak istotna zawierucha ciekawe czy to zrozumieja

lubie jak listy przychodza a one jakby na przekor nie ludzie pijani wokol spac sie jeszcze nie klade choc pora piatek trzynastego minal fart

[agenda na jutro- zadzwonic do biblioteki w manchesterze, wyprac ubrania kolorowe, wyprasowac koszule do teatru, zadzwonic do polski, hiszpanii i jeszcze gdzies, napisac list do kasi en usiasc odpoczac i zasnac]

temperatura osiem stopni cisnienie wysokie ksiezyc nisko

Monday, January 26th, 2004

Czesio, slynny wojownik o flaszke z Malborka twierdzi ze swiat jest jak gowno. Na oba dziala prawo wymiany.

Czesio mowi, ze w y m i e n i a l n e jest wszystko. Gdy Czesio kupuje wisniowke, wymienia cztery zlote na flaszke czerwonego plynu. Czerwony plyn wymienia zas na struge rzygowin, struga rzygowin wsiaka w ziemie uzyzniajac ja i ustepujac miejsca zielonym roslinkom. Prawo wymiany dziala wszedzie i we wszystkich dziedzinach zycia. Nie ma konca ani poczatku. Nie ma granic.

Prawo wymiany pocalunku za pocalunek, usmiechu za usmiech, zeba za zeba, uscisku za uscisk, slowa za slowo, spojrzenia za spojrzenie, milosci za pieniadze, pieniedzy za milosc, zycia za smierc, smierci za zycie.

Czesio wymienil ostatnio uszczelke w kranie, dzieki czemu kran nie cieknie. Witold, szanowany emerytowany nauczyciel wymienil stara, klasyczna laske na laske z Paragwaju, dzieki czemu zyskal uznanie wsrod staruszkow.

Czesiu, pijeczek z Malborka, dowiodl prawdy, ze wymiana to akt nieskonczony i nieskonczenie wymienny.

Wednesday, January 14th, 2004

.przejasnialo sie. konczylo sie nocne popoludnie. wstawal nowy dzien. sie nie pamietalo, jak dlugo sie szlo i ktoredy sie szlo (pewnie gora przez arboretum)do miejsca gdzie sie teraz stalo: za miastem, nad rzeka Huron, opierajac sie o pien nadbrzeznego drzewa, palac papierosa, nie myslac juz o niczym, nasluchujac pantareicznego plusku wody.*

.mowia, ze wszystko zaczelo sie od przydroznego kamienia. kamien mial ksztalt scietego stozka, wazyl niewiele. ktoregos dnia wyrosl mu przed stopami, wybuchl jak gejzer raniac mezczyzne kantem ciala. mezczyzna upadl na wznak. piasek zatkal mu usta. kaluza zachlysnela oczy. mowia, ze wlasnie wtedy wstapil w niego Szatan.

.mezczyzna mieszkal na skraju lasu. hodowal drob, mial maly ogrodek. nigd nie widzial oprocz niego zywego ducha. martwe duchy omijaly to miejsce z daleka.

.mezczyzna mial sen. w snie pojawil mu sie aniol i szepnal do ucha pare slow. mezczyzna wstal, skierowal sie w strone lasu, zniknal tam na jakis czas i pojawil sie wlokac za soba mloda brzoze. codziennie budowal z niej cos na ksztalt drabiny do nieba. im wiecej budowal tym dalsza byla droga do niebios.

.po kilku latach udalo mu sie jednak zbudowac drabine odpowiednio wysoka. oparl koniec o chmury i zaczal powoli wchodzic po mocnych szczeblach. meczyl sie i sapal, ale usmiechal sie. w koncu wspinal sie prosto do nieba. slonce razilo go w oczy.

.przy ostatnim szczeblu zawahal sie. podwinal rekawy koszuli. zmarszczyl czolo. przed nim byly drzwi. zdecydowal sie je jednak otworzyc. gdy otworzyl jedne, zaraz pojawily sie nastepne.

.w koncu otworzyl ostatnia furte do nieba. zdziwil sie gdy zobaczyl nicosc. pusta przestrzen wciagnela go wglab i udusila.

.nikt nie widzial wiecej mezczyzny. drabina rozsypala sie. niebo zachmurzylo sie. wiatr przybral na sile.

*Stachura E., Opowiadania, Czytelnik, Warszawa 1982, s.310

Friday, August 22nd, 2003

[W swiat isc, po nitce. Do klebka. Droga dluga, zmudna. Lecz warto isc. Chocby po Nic.]

Kilka godzin spedzam w Gey village niedaleko glownego dworca autobusowego w Manchesterze. Licze na palcach homoseksualistow i az mi sie oczy zaokraglaja ze zdziwienia, ze nie brakuje mi palcow. Piwo sie leje, brac sie smieje. Lokalni bezdomni czekaja na chleb na rogu Oxford Road.

Mijaja dnie, mijaja noce. Mija czas. Autor nieznany.

Wednesday, August 20th, 2003

[Po porannej kawie czuje sie wysmiewicie, humor psuja mi tylko informacje na pierwszych stronach gazet, ze znowu zabito zolnierzy amerykanskich w Iraku i wysadzono w powietrze samochod w Jerozolimie. Nawet najbardziej opiniotworcze dzienniki smierc uznaja za cos chwytliwego, pozadanego przez spoleczenstwo, kierujac sie tym samym w strone brukowcow, tytulow, ktore zamiast dodawac otuchy, te otuche odbieraja.]

B.E. probuje przytulic sie do mnie, objac, ba nawet pocalowac w policzek. Przed kilkoma minutami palila hasz, stad ta spolegliwosc.

Z I.H. oraz jej narzeczonym konwersacja na temat angielskiej pomocy socjalnej tylko wyostrza sceptycyzm. Wszystko ma swoje granice. I swoj koniec.

Tuesday, August 19th, 2003

[Przechodzac przez ulice natknalem sie na szara wiewiorke. Przycupnela tuz przy mojej nodze, machnela ogonkiem i pobiegla w strone najblizszego drzewa. Dzien zaczalem od szczesliwego spotkania] W Manchesterze zimno, wietrznie, chmurno. W The Guardian ciekawe artykuly o angielskiej edukacji. Tekst o szkolach dla mniejszosci narodowych. W internetowej skrzynce pocztowej kilka listow rekomendujacych strony pornograficzne. Bezplatna dawka wizualnego seksu. Rozmowa z L.D. na temat wyjazdu do Niemiec. O maly wlos nie poklepalem jej po ramieniu. Duzo we mnie emocji. Nigdy nie slabna. Trzy czwarte dnia spedzam przy komputerze. Mam problemy ze wzrokiem. Sluch mi sie tepi. Ludzie mowia, ze ja to nieja. Czas szlocha we mnie.

Monday, August 18th, 2003

Gdybym mogl glaskalbym Twoje wlosy pod wiatr. Gladzil policzki miekko zanurzajac oddech. Ploszyl spojrzenia szeroko rozszerzonych zrenic. Plotl koszyk z dloni dla kwiatow i serca. Sluchal cierpliwie krokow z kazdej strony glosu. Szeptal radosne slowka muskajac zadziornie opuszki zdan. Czekal skrzypienia drzwi gdy Cie nie ma. Gdybym mogl zapoetyzowalbym chwile na przekor czasu. Objal ramieniem kazda udreke. Szedlbym pod slonce po ksiezyc. Widzialbym Cie przez gory. Nauczylbym sie latac. Na sniegu szukal krokow i szedl po krokach do Ciebie.

Niebo nie zawsze jest gwiazdziste. Gwiazdy nie zawsze spadaja.

Monday, August 18th, 2003

[Ciesze sie kazdym listem jak dziecko. Samotnosc kasa jak zmija. Place cene za nieswoje grzechy.]

W Bibliotece Miejskiej w Manchesterze. Potem w sklepie z przeroznymi towarami z Afryki, Azji i Ameryki Poludniowej kupuje kartke dla X. Obiad w barze pakistanskim przy Old Bury Road. List od K. na dobranoc i od J. na dzien dobry. Ospalosc i jeszcze raz. U I.H. narzeczony. Wczoraj wrocili o drugiej w nocy taksowka za dziesiec funtow. J. szuka nerwowo pieniedzy w sejfie. Alkohol paruje uszami, kac ma co robic.

W glowie wciaz swieze wspomnienia z Brieselang i Berlina. Twarze widoczne w megapikselach. Tesknota korci. Ogolnie rzeczy sie maja dobrze. Z Londynu przyszedl zalegly certyfikat uzyskania bardzo dobrego wyniku z egzaminu Pitmana. Ktos mowi, ze teraz moge angielskim wojowac. Chowam glowe w piasek.

W Manchesterze kropi. Pietnascie stopni Celsjusza. Cisnienie niskie. Wiatr umiarkowany. Na glowie luszczy mi sie skora. Od przegrzania niemieckim sloncem.

Monday, August 18th, 2003

[Ciesze sie kazdym listem jak dziecko. Samotnosc kasa jak zmija. Place cene za nieswoje grzechy.]

W Bibliotece Miejskiej w Manchesterze. Potem w sklepie z przeroznymi towarami z Afryki, Azji i Ameryki Poludniowej kupuje kartke dla X. Obiad w barze pakistanskim przy Old Bury Road. List od K. na dobranoc i od J. na dzien dobry. Ospalosc i jeszcze raz. U I.H. narzeczony. Wczoraj wrocili o drugiej w nocy taksowka za dziesiec funtow. J. szuka nerwowo pieniedzy w sejfie. Alkohol paruje uszami, kac ma co robic.

W glowie wciaz swieze wspomnienia z Brieselang i Berlina. Twarze widoczne w megapikselach. Tesknota korci. Ogolnie rzeczy sie maja dobrze. Z Londynu przyszedl zalegly certyfikat uzyskania bardzo dobrego wyniku z egzaminu Pitmana. Ktos mowi, ze teraz moge angielskim wojowac. Chowam glowe w piasek.

W Manchesterze kropi. Pietnascie stopni Celsjusza. Cisnienie niskie. Wiatr umiarkowany. Na glowie luszczy mi sie skora. Od przegrzania niemieckim sloncem.

Thursday, August 14th, 2003

[Berlin ZOO Garden wypelniony po brzegi podroznymi. Na placu przy Katedrze mloda kobieta gra na perkusji z powodzeniem gapiow. Turecki sprzedawca pyta czy kebab z kurczaka czy z wolowiny. Od dwoch miesiecy nic sie tu nie zmienilo.]

Maruszka ma ciemne oczy. I. mowi, ze urode hinduska, L. dodaje ze charakter anielski. Maruszka uczy mnie niemieckiego, opowiada o Malcie- biale koscioly okazuja sie kremowe, a piasek na plazy ma barwe zlota. Maruszka zaplata warkocze i spiewa. Na Malcie uczy arytmetyki i algebry. W glosie spokoj. Spokoj ponad wszelkie glosy.

R. probuje poderwac I., K. caluje sie publicznie na wietrze. Na lodzi wikingow temperatura niska, na moich nogach rolki- nigdy wcyesniej cos takiego nie.

Skupienie nie warte uwagi. Mysli opadaja.

Berlin. Temperatura dwadziescia osiem stopni. Wszelkie lody topnieja.

Wednesday, August 6th, 2003

[Dostaje telefoniczna informacje, ze wkrotce wyjezdzam do Berlina z grupa mlodziezy zakochanej w futbolu. Dodano, ze nie sa to kibice, wymagaje jedynie opieki. Po cichu- ze nie sprawia zadnych problemow. Coz, zgadzam sie, coz mi zostalo- takie zycie na walizkach od kraju do kraju. Od lotniska do lotniska.]

W nocy snila mi sie wojna, zolniez skierowal w moja strone karabin maszynowy i wycelowal- wlasciwie to nie czulem kuli- tylko oslabienie. Czulem jak sie ulatniam, centymetr po centymetrze. Nie bolalo. Obudzilem sie szukajac potu na skroniach. Nie znalazlem.

M.M. pisze ‘Odnosze wrazenie, ze to Ty sam boisz sie przeszlosci, dlatego do niej nie wracasz.Ale czy jestes pewien, ¿e przyszlosc przyniesie Ci zadowolenie i radosc, spelni twoje marzenia i pragnienia? Moim zdaniem jest ona bardziej niebezpieczna niz przeszlosc Te druga juz znasz…To smutne, ze spojrzec mi w oczy z usmiechem jest dla Ciebie takim trudnym zadaniem…’

Niestety jest wiele rodzajow Usmiechow. I wiele rodzajow Spojrzen.

Wednesday, August 6th, 2003

[Dostaje telefoniczna informacje, ze wkrotce wyjezdzam do Berlina z grupa mlodziezy zakochanej w futbolu. Dodano, ze nie sa to kibice, wymagaje jedynie opieki. Po cichu- ze nie sprawia zadnych problemow. Coz, zgadzam sie, coz mi zostalo- takie zycie na walizkach od kraju do kraju. Od lotniska do lotniska.]

W nocy snila mi sie wojna, zolniez skierowal w moja strone karabin maszynowy i wycelowal- wlasciwie to nie czulem kuli- tylko oslabienie. Czulem jak sie ulatniam, centymetr po centymetrze. Nie bolalo. Obudzilem sie szukajac potu na skroniach. Nie znalazlem.

M.M. pisze ‘Odnosze wrazenie, ze to Ty sam boisz sie przeszlosci, dlatego do niej nie wracasz.Ale czy jestes pewien, ze przyszlosc przyniesie Ci zadowolenie i radosc, spelni twoje marzenia i pragnienia? Moim zdaniem jest ona bardziej niebezpieczna niz przeszlosc Te druga juz znasz…To smutne, ze spojrzec mi w oczy z usmiechem jest dla Ciebie takim trudnym zadaniem…’

Niestety jest wiele rodzajow Usmiechow. I wiele rodzajow Spojrzen.

Tuesday, August 5th, 2003

[Dwa dlugie, sympatyczne listy ze Slovenii i Lotwy. A.S. pisze, ze w Lublianie ponad trzydziesci stopni celsjusza, ludzie nie wychodza z domow, w sklepach zabraklo wody mineralnej, a parasole zamiast do ochrony przed deszczem sluza do ochrony przed sloncem. R.G. spotyka w Rydze coraz wiecej pijanych osob, potykajacych sie o wlasne nogi, komunizm tam jeszcze nie upadl- komuny alkoholikow oblegaja miejskie parki i skwery, w urzedach i administracji nie zaczyna sie dnia od kieliszka wodki.W Anglii gazety notuja najwyzsze od lat temperatury, pociagi spozniaja sie, linie kolejowe staja sie elastyczne, karetki pogotowia w Londynie co kilka minut woza omdlale osoby do szpitali i klinik. dziura ozonowa to juz nie wydumana historia naukowcow, dziura ozonowa to fakt.]

Choruje od lat na bezsennosc, wierce sie, przewracam z boku na bok, pije wode mleko, ale to nie przynosi ulgi. Wstaje w nocy, pisze, czytam, slucham klasyki, rozmyslam, patrze w niebo, hipnotyzuje sie, noc jest dla mnie jak klatwa. Ciemna.

Na stacji kolejowej w Oslo nie rozmawia sie po angielsku. Tam sie w ogole nie rozmawia.

Tuesday, July 15th, 2003

iluzja to taki stan kiedy wiara mocna. patrzy tym samym wzrokiem sypiac te same iskry. rozlupuje skorupki nieba krzyczac. glaszcze palce namietnie szukaja ujscia. pyta wytrwale nie bez odpowiedzi. pomija trudna przeszlosc machajac ogonem. harda. przegrywa jak sie ma. walczy drapieznie zdziera skore z czlowieka wyrywa. serce. podnosi glos az krzycza przynozne kamienie. rozdziera granice na dwie polowy. wyzwolenie ma w sobie cos z pogardy. gdy mowisz sam nie wiesz co mowisz. kazdy kąt parska falszywym smiechem. ile nad tym myslalas. konsekwencja musi byc. trzeba zgladzic.

“Felix qui potuit rerum cognoscere causas”

Tuesday, July 15th, 2003

.nie zapalaj swiatla ja placze. widzisz ja nienormalna. zarzekam sie siebie az nie moge patrzec.

.szykuje sniadanie dogadza sluzy przynosi krzesla rozstawia talerze prasuje. na tym zdjeciu jest mala dziewczynka na tamtym panna. ci chlopcy wspaniali rok temu teraz nie. ciotka hoduje nutrie przeciez trzeba z czegos zyc. adas. to moja siostra ojciec gdyby nie wasy przystojny. tanczy. czeka czekajac na cud. do zobaczenia. babcia mieszkala w Petnej.

‘Zima pale w piecu. Nie boje sie, tu jestem bezpieczna. Place tyle ile zuzyje. Mam kompleksy. Jestem gruba za gruba tak. Nie podobaja mi sie moje wlosy. Spie sama bo jestem w nocy niebezpieczna. daje prezenty na ktore mnie stac. Piare recznie, czasem wioze brudne rzeczy do domu. Nie piszę wierszy. Kiedys dostalam pamietnik. Studiuje. Pisze prace magisterska. Nie mam komputera.’

.usmiecha sie do mnie szczescie a ja uciekam od szczescia.

Tuesday, July 1st, 2003

.i pamietaj mow powoli spokojnie nie klep po ramieniu zbyt czesto to peszy smiej sie ale nie za glosno i tylko wtedy gdy powinienes nie machaj zbyt nerwowo rekoma nie mow z pozycji biurka odstaw biurko siadz na sofie patrz w oczy ale nie nachalnie przestrzen nie jest tylko do twojej dyspozycji zrob herbate kawe ale woda najlepsza niegazowana dla przelkniecia slow wszystko co powiesz bedzie skierowane przeciwko tobie pamietaj nie trzeb jezorem nie histeryzuj to nie twoja dzialka nie nauczaj zostaw to nauczycielom i lekarzom nie jestes psychiatra jestes czlowiekiem.pamietaj.

debby przychodzi spozniona. wcale nie chce usiasc na sofie woli krzeslo przy scianie z wielkim obrazem Maneta. rece spocone oczy gdzie oczy tam o tam przeciez o to chodzi zeby zobaczyc. zobaczyc jej twarz do jasnej cholery ujrzec bol zmiazdzyc go jedlym slowem rozsuplac. debby siedemnascie lat ciaza aborcja a teraz nie ma teraz lekarz powiedzial normalny zabieg a debby ma przeciez prawo do normalnych zabiegow i wlasnych decyzji.debby wyciaga z wargi kolczyk i co chwila go wklada wyciaga wklada krzywie sie ze tak mozna i ze nie boli mowi malo mniej wiecej nic to ja mowie cholera szkoly psychologiczne poszly sie jebac. poce sie caly sie poce a ona tak nie tak nie a ja pytam. debby pije wode mineralna ze szklanki potem przyglada sie odciskowi wargi slina przyczepila sie i wyzlabila wawoz. po godzinie wiem tyle co wiedzialem. jestem wsciekly cholernie nienawidze siebie nienawidze tejze glupoty ktora we mnie chyba sie upije.

.i w ostatniej minucie w ostatniej sekundzie jakby na przekor. debby mowi ze chcialaby urodzic dziecko, ze nastepnym razem urodzi, napewno urodzi, nie zabije, nigdy wiecej nie zabije czlowieka. dziecko to bedzie jej najwieksze wysnione szczescie.

.nie ma takiego Szczescia.

Saturday, June 28th, 2003

. i wrzucasz po kolei zdjecia, listy, stare przezrocza, dlugopisy, piora, kartki pocztowe swiateczne i widokowki, ksiazki z autografem i bez, nagrania sprzed lat miales wtedy taki chlopiecy glos, pierwsze pismo rozebrane na czesci, slowniki, referaty wygloszone i niewygloszone, bajki na dobranoc napisane noca, sny,iluzje, plany o wygietych rogach, obrazki z mlodego technika kolejek podmiejskich, ikonki swietych i kawalek swetra, fragment ksiazki autorskiej autobiograficznej, wypracowania z klasy siodmej be, telegram ze dofinansowanie w drodze, bilety stamtad tu i stad tam, perfume aromatyczna nagietki.
.i wrzucasz wszystko do jednego pudla z tektury az trzeszczy. i juz Cie nie ma.

Gdyby Mistrz nie byl niemy, powiedzialby: ‘Dosc!’

Wednesday, June 25th, 2003

.nie zapomnij ze masz dziurawe skarpetki. nie zapomnij ze nie masz domu. (dom runal)nie zapomnij ze wlosy na glowie policzalne. nie zapomnij, ze przyjeciele dobrzy tylko do wodki. nie zapomnij, ze nie wiesz czego chcesz, a jak nawet wiesz czego chcesz to ci sie tylko wydaje. nie zapomnij, ze nie masz za co kupic chleba bo odkladasz pieniadze na czarna godzine. nie zapomnij ze czarna godzina wkrotce. nie zapomnij ze snia ci sie koszmary. i ludzie umieraja kto nastepny. nie zapomnij, ze pociag do tylkow zwierzecy. nie zapomnij ze smierdzisz od czasu do czasu. nie zapomnij, ze praca masie jak piernik do wiatraka. nie zapomnij ze samotnie przezywasz kleski. nie zapomnij sie podpisac na odwrocie kartki.

nie zapomnij ze jestes wielki. nie zapomnij ze inni powinni sie do ciebie zwracac panie redaktorze. nie zapomnij kogos zbluzgac za zbyt patetyczny i banalny wiersz. nie zapomnij ze jestes wielkim poeta nieuleczalnie chorym na metafore. nie zapomnij, ze czeka cie wielka slawa i kariera bo dlaczego nie. nie zapomnij, ze umiejetnosci masz nie od parady. nie zapomnij, ze mozesz zdobyc przeciez Nagrode Nobla. nie zapomnij kupic garnituru to podkresla wielkosc.

.czasem zapominam kim jestem.

Thursday, June 19th, 2003

[Zakleic cisze. Fragmentami nieopublikowanych wierszy, strzepkami wspomnien ujetych ciezka metafora. Punkt wokol ktorego kreci sie ziemia ma ksztalt niedorozwinietego atomu. Kazdemu po jego mysli. Tyle moze tylko wariat]
Wlasnie zdalem sobie sprawe, ze jest pomiedzy dwoma punktami czasu olbrzymia niewypelniona niczym Przepasc.

Wiec trzeba wywalic.

Wednesday, June 4th, 2003

Noc w pociagu miedzy Gdanskiem a Olsztynem. Ojciec wiezie dzieciaka do jednostki wojskowej w Gizycku. Dzieciak pije wodke zbozowa kieliszek za kieliszkiem. Mowi ze sie stresuje. Ze w dupe dostanie jak chuj. Ale kaze sobie sie nie martwic. Bo przeciez jakos tam bedzie. Ojciec klepie syna po ramieniu. W przedziale wyksztalcony Pan probuje rozmawiac o Unii Europejskiej. To taki temat zastepczy, gdy dzieciak jedzie do jednostki wojskowej na rok. Zeby zapchac ten kawalek leku, zniecierpliwienia. Bo przeciez w Polsce bedzie lepiej i nikt nikogo nie bedzie juz lal w dupe o trzeciej nad ranem, bo zainstaluja kamery w salach z pietrowymi lozkami, nie bedzie kotow i katow. Bedzie cisza.

W Olsztynie serwuje sobie solidna dawke soku marchwiowo-pomaranczowego. Bladze miedzy kasami a informacja kolejowa. Patrze jak wskazowki zegara zmieniaja swoj bieg z minuty na minute i czuje jak pachnie bezdomnosc. Szare kombinezony SOK-u probuja przytloczyc atmosfere.

Zamiast radosci przywitania krzywoprzysiestwo. To sprawia, ze nie ma powrotow.

Nic. takie sobie nijakie zakatarzone slowo. Gest przestrzeni. Gest cial. Okrzyk. mam zaufanie do swiata. Albo i nie. Nic

Tuesday, June 3rd, 2003

Pobudka o piatej nad ranem. Cieply prysznic nie rozjasnia umyslu. Szybkie sniadanie okienne- kilka opakowan jogurtu, banan, troche szynki na chlebie tostowym. Rowerem z Crussow do Schwedt. Prawie dwadziescia trzy kilometry. Droga latwa, wzdluz dolnej odry, przez rezerwat. Ciezka czasem dysze pod gore wlokac cialo. W Schwedt nikt nie wie gdzie jest kosciol protestancki. Religia to skostniala masa nie dla mas. Z F.M. do granicy z Polska. Nikt nie pyta ile wodki w plecaku. Plecak pusty. Nie w te strone. W Krajniku do Szczecina przez Gryfino. Oferta studencka bogata. Otarlem sie o zebraka o wpol do dwunastej. Od wpol do pierwszej do siodmej wieczorem ze Szczecina do Gdanska. Spotkanie z A.S. Niezapowiedziane jakby na przekor. Nic to. Wielki hamburger na dworcu glownym rozbudza we mnie czkawke. Dworzec autobusowy zamkniety.

Friday, May 23rd, 2003

Nie spalem dzisiejszej nocy. Taka moja zachcianka. A.R. wraca do Wloch. Trzeba pozegnac. Przytulic. Pocieszyc. A jak sie ma, to i dac prezent- niezapominajke. Tylko kulawe bylo jakies to ‘do widzenia’. Bez wyrazu, bez twarzy, bez checi.

Z L. w jej domu w Longsite. Spodziewalem sie spotkac niemowe z Wloch, ale akurat zabladzila miedzy Oxford Road a Chorlton Street. L. mowi, ze zna mnie w kazdym calu, ze potrafi przewidziec moje zachowanie. Jak chocby to, ze wiedziala, ze tam o sobie znac w ostatniej chwili. [Nie rozumiecie? Nie musicie rozumiec!] L. ma zamiar obejrzec Matrix 2- bo wszyscy pedza do kina obejrzec Matrix 2.

Dala sie we znaki A.S. Chce mnie odprowadzic na dworzec. Wyjezdzam do Niemiec na pare tygodni, a kiedy wrroce, nie zastane jej juz w S.F. I chyba dobrze, ze. Chyba milo. Ale.

Najtanszy bilet do Madrytu z Manchesteru 118 funtow. Tanszy bilet do Nieba.
Slonecznie. Temperatura jedenascie stopni w skali Celsjusza. Nie komentuje mysli I.S., bo znowu sprostuje i tyle bedzie w moim dzienniku mnie ile jej.

Thursday, May 22nd, 2003

A.R., A.S., R.G.,J.P.

To byla piekna bajka. Przyjaciele w kazdym calu. W kazdym skrawku mysli. Chodzili razem na piwo, rozmawiali do trzeciej nad ranem czasem, wzajemnie przerzucali problemy z ramion wlasnych na cudze. Nosily ich uczucia intymne, spragnione ciepla, zrozumienia, akceptacji. Przyrzekali sobie wiernosc do konca zycia i lojalnosc do Konca. Patrzyli w przyszlosc, z optymizmem, ze tam po drugiej stronie, ciagle beda razem. Nie o Niebo tu chodzi, nie o Pieklo. Tamta druga strona to Przestrzen. Mieli sobie wiele do powiedzenia. Do opisania. Do wyznania. Otaczali sie murem, getto dla garstki. Garstka znaczyla dla nich wiecej niz Caly swiat.

Gdy zjawil sie niespodziewanie, patrzyli nieufnie. Kosztowali kazdy skrawek jego slow. Probowali go pocieszac, jestes nasz. Mur stawal sie jednak tezszy, zamkniety i ostrozny.

Chodzili z nim na piwo, rozmawiali czasem do trzeciej nad ranem, przezucali swoje problemy na Jego ramiona. Czasem nosily ich uczucia intymne, pragnienie ciepla i akceptacji. Przyzekali sobie wiernosc do konca zycia i lojalnosc do Konca. Patrzyli w przyszlosc z optymizmem, ze tam, po drugiej stronie, ciagle beda razem. Nie o Niebo tu chodzi, nie o Pieklo. Tamta druga strona to Przestrzen. Mieli sobie wiele do powiedzenia, do opisania, do wyznania.

O trzeciej nad ranem prysl czar. Ksiezniczka stala sie Kopciuszkiem. Bo kazda bajka miec musi Kopciuszka.

Thursday, May 22nd, 2003

A wiec mialem wczoraj spotkanie z L.D., dyrektorem S.F. Rozmowa miala charakter poufny, nie przebiegala na granicy biurka, twarde obicie krzesla nie uwieralo w plecy. Siedzielismy w wygodnych fotelach i zwyczajnie gadalismy o naszych doswiadczeniach. Spalilem sie, kiedy L.D. zaczela wyrzucac z siebie morze komplementow w moja strone, bo zawsze bardzo dziwnie czuje sie, gdy ktos mnie chwali. Sam chwale innych z ograniczona odpowiedzialnoscia. Wiec stad pozar

Niewiele dzis moge powiedziec. Deszczowka zapycha mi usta. I tylko modle sie, by sie nie udusic.
A jutro spotkanie z E.V.

Aha, i jeszcze fotografia ludzi, z ktorymi spedzilem kilka miesiecy mojego zycia na klotniach, rozmowach, odwiedzajac liczne puby i parki, jedzac wspolne obiady i laczac wspolne problemy.

Wednesday, May 21st, 2003

Obiad w chinskiej restauracji naprawde pyszny. Zwlaszcza, ze pyszna cena tez. Placi A.S. To tak na odchodne. Prezent za mile spedzony czas w Salford. I jeszcze adnotacja na chinskiej chusteczce, ktora ukradlem na pamiatke- ze to byl szalony czas razem spedzony. R A Z E M. Bo moi drodzy A.S. spedzila ze mna mile czas na pogaduszkach, wpolnych wyprawach i posilkach. Bo moi drodzy, nawet gdy A.S. I palnela jakas glupote, wlazla w nietakt, to bylo to mile. I przyjemne w koncu. No i chyba najwazniejsze A.S. dala mi buzi. Ale zeby tak! Po pijanemu!

W nocy, okolo drugiej, uslyszalem dziwny halas wydobywajacy sie z drugiego konca pokoju. R.G. mial atak padaczki.

Podczas,, gdy I.S. prowadzi w pelni tworcze zycie, zarywajac wieczory i noce, zapijajac sie na Poezje, zaludniajac kartki, ja wrzucam w kat biografie S.Plath, ktora zdecydowalem sie przetlumaczyc na polski, malo czytam, malo jem, chyba wcale nie w glowie mi jakas Poezja,zarywam noce tylko w przypadku koszmarnych snow, pije wino zamiast wodki, w niewielkich ilosciach bo drogie, przyziemnie ogladam sie za kobietami, rozprasza mnie wiezowiec za oknem i nielad na biurku.

I jeszcze mysle o domu. Czy kazdy ma czy nie. Ale to nie moj temat.

Cisnienie wysokie (dwie puszki Red bulla), temperatura dziesiec stopni. Mzawka.
Starzec do starca: ‘A po co ci ta trzecia noga?’

Okolo 10.30 czasu londynskiego I.S. prostuje informacje. I S. nie zarywa wieczorow i nocy, nie zapija sie na Poezje, nie zaludnia kartek. Co robi? Bog raczy wiedziec. Aha, poza tym nie prowadzi tworczego zycia. To zycie ja tworczo- prowadzi.

Tuesday, May 20th, 2003

[Rozmiar czasu nie miesci sie w szczelinach mazliwosci. Sporo wyjazdow, konferencji, warsztatow, szkolen. No a do tego niedlugo zaszyje sie w niemieckiej gluszy i tyle mnie beda widziec i slyszec ile uszy i oczy pozwola. ]

Sny jak robaki, sny jak mary, sny jak drzazgi za paznokciami. Wyzeraja nadzieje po kawalku i tylko tylko niewiele do leku. Budze sie ostatnio kilka razy w srodku nocy, mam sucho w gardle, mleka pic nie moge, bo to negatywnie wplywa na zoladek, widze na jawie zgubna przyszlosc, stres przegryza resztki wlosow na glowie, atakuje niepewnosc. Radosc? I.S. mowi, ze mam smutne oczy. I ogniki jakos tak tancza zalobnie.

W restauracji Praga, w wiosce gejow i lesbijek, jak nazywaja to miejsce miejscowi pije piwo z M.K. Z sasiedniego stolika usmiecha sie do mnie mezczyzna w spodnicy, upudrowany, wymalowany, wlosy ulozone zgrabnie, paznokcie rowno przyciete wylakierowane. Usmiecham sie tez, a M.K. mowi, zebym przestal, bo sobie pomysli.

A.S. nie przestaje mowic o tym jak bardzo bedzie tesknic za A.R., R.G., J.P., B.M. Kazdemu w prezencie wywoluje po kilka zdjec na pamiatke. A.R. wrecza kazdemu stokrotki. Martwe, sztuczne. Na pamiatke.

Mam rower, ale nie uzywalem go od marca. To znaczy nie mam roweru.

Do zrobienia: dwa plakaty, ulotka, rezerwacja biletu do Bradford, lekcja polskiego, torba podrozna wypozyczyc od L.S., kamera video koniecznie kamera video.

Deszcz. Codzienna porcja zimnej wody na glowie. Cisnienie wysokie. Jedenascie stopni w skali Celsjusza.

Saturday, May 17th, 2003

[Mialem sen. Inny niz zwykle. Mezczyzna w wieku okolo czterdziestu lat uciekal od kogos, kto go scigal. Rzecz miala miejsce nieopodal stacji benzynowej. Zdesperowany mezczyzna widzac, ze scigajacy (nie widzialem twarzy) go dogania, chwycil wozek z benzyna i pchnal w strone zaparkowanego nieopodal samochodu. Samochod zaczal plonac. W srodku znajdowalom sie okolo czterech osob, dwoje dzieci. Widzialem jak dzieci plona, nie wydawaly z siebie zadnego dzwieku, nie probowaly uciekac, marszczylu tylko czola, prawdopodobnie z cisnienia w samochodzie, widzialem jak kawalek po kawalku ich twarzy zmienia sie w zar. Mezczyzna otworzyl drzwi samochodu, by je zamknac od srodka. Widzialem jak mezczyzna plonal. Nie krzyczal z bolu. Usmiechal sie. To bylo najdziwniejsze. Samochod nalezal do jego rodziny. W samochodzie znajdowaly sie jego dzieci i zona. Chwile pozniej samochod eksplodowal. Obudzilem sie. Nie ogladalem zadnych filmow akcji ani dzien wczesniej ani tydzien wczesniej. Filmow akcji nie lubie, wiec nie ogladam. Nie widzialem podobnego obrazka w Rzeczywistosci. Stad pietno snu, ktore przylgnelo do mojej pamieci jak rzep.]

R.G. kazdego dnia udowadnia mi, ze telefon komorkowy jest dla niego tak samo wazny jak narzeczona, matka, Bog. Nie moze sie go pozbyc, bo nie pozbywa sie Milosci.

A I.S. w dzienniku o figurze zgrabnej czyli proba usprawiedliwienia, wyjasnienia, zdementowania poglosek, ktore i tak zyja wlasnym zyciem, wlasna historia. Postanowilem wiec, ze nie bede czytal do konca. Chyba jedyny bardzo banalny tekst w kilkumiesiecznej historii dziennika.

Zachmurzenie duze. Dziesiec stopni w skali Celsjusza. Imieniny Weroniki. Wszystkiego dobrego. [mam wrazenie ze kopiuje Krystyne Jande, ale naprawde tak mi sie pomyslalo]

Friday, May 16th, 2003

[Czuje sie tak, jakbym sie jeszzce nie obudzil, jakbym snil ze wlasnie pisze te slowa. Mgla przeslania litery. Odglosy z zewnatrz dochodza z rzadka, czasem przypominajac przelewanie wody z wiadra do wiadra, lub odglosy wydawane przez pacjentow w szpitalu psychiatrycznym]

Przypomnialo mi sie ze zapomnialem o jednym z tych nudnych wykladow o Rosji, ktore wyglasza slawny profesor Uniwersytetu w Moskwie,ten slawny profesor, w okularach przyduzych, szkla jak musztardowki, albo i nie. Przypomnialem sobie, ze ja bardzo, chcialem w tym jednym z niunych wykladow uczestniczyc osobiscie, ale jakas sila kazala mi zapomniec.

A.S. poczula sie urazona, ze ja R.G owca nazywa. Miala niespokojna noc z tego powodu, snily jej sie koszmary. Patrzyla co9 jakis czas w lustro szukajac podobienstw miedzy jej twarza a twarza owcy, no i zdaje sie, ze w k o n c u znalazla.

Jakze chytre sa techniki przemilczania. M.W. milczy kiedy ma miesiaczke, kiedy musi zmieniac podpaski co kilka godzin. R.W. nigdy nikomu nie powie, ze cierpi na epilepsje, bo straci przyjaciol. J.G. nigdy nie pochwali sie, ze ma problemy ze wzwodem, bo miec problemy ze wzwodem to nieludzkie. I.S. wytnie kawalek cytatu o Morissonie, czyli B.Cz, bo nie pasuje do fragmenu tekstu i za bardzo ponoc intymny. Ja nie napisze, ze wczoraj prowadzilem zajecia z jezyka polskiego z samym soba, bo nikt nie przyszedl. Za bardzo swiadczy o tym, ze nie potrafie zmotywowac ludzi do nauki. A.S. nigdy nie powie B.M., ze go kocha woli za to szeptac o tym dom ucha A.R. H.G. nie przyzna sie, ze to on osral cala muszle klozetowa, bo akurat mial problemy zoladkowe i gowno bylo rzadkie, bo przeciez to makabrycznie niepoprawne. Jakze chytre sa techniki przemilczania. Mowimy zawsze tylko o ty, o czym chcemy powiedziec. Gornicy, dyrektorzy firm, sprzedawcy jogurtow, poeci- wszyscy bez wyjatku oblepiaja swiat polprawdami. I na te polprawdy jestesmy skazni zyjac. Nie wierze w ludzka prawde, bo zbyt marna. Nasze zycie polega na zonglowaniu. Musimy byc bardzo skoncentrowani, by nie pomylic sie, nie upasc. Milczec to nie to samo co przemilczac.Przemilczac to zajecie ludzkie. Milczec to zajecie boskie.

Deszcz. Cisnienie niskie. Wciaz czuje, ze mowie przez sen.

Friday, May 16th, 2003

[To nie jest metafora, to nie jest zaden poetycki chwyt, to prawda, ze uderzylem sie glowa o fragment listu M.M. po latach i nie moge pozbyc sie guza. To nie jest bol jak slepa kiszka boli przed wycieciem, to nie jest migrena przedmiesiaczkowa, bo nigdy we mnie, to nie jest jakby szlag trafil w czolo- to Slowo]

Az strach pomyslec ze organizowalismy sesje terapeutyczne we dwojke, najpierw raz w tygodniu, potem czesciej. Ze probowalismy poznac sie chyba nazbyt czasem na oslep. I jeszcze listy, gdzie kipialo od Exupery’ego, gdzie pachnialo rozami, a czasem opodal przemknal cien lisa. I jeszcze gwiazdy zbyt wysoko, by dotknac.

Albo zmagania z literatura ukrainska przy tym samym stoliku- przed nami A.L., ktora niebezpiecznie bala sie pajakow, za nami P.S., ktory kloaka byl zwany, pamietasz?
Wydaje mi sie ze to byl czas, kiedy za bardzo przylgnelismy do etykiet. I etykiety rzadzily nami- bo kto przyjaciel, wrog, znajomy, kochanek.

Ile lat potrzebowalem by uderzyc sie w glowe? Ile lat potrzebowalas, by uderzyc?

Thursday, May 15th, 2003

A wiec to bylo tak.[zawsze ilekroc pragne zrelacjonowac jakies wydarzenie pod czaszka klebi mi sie zbyt wiele mysli, zbyw wiele do powiedzenia, do wygadania, do przekazania i skomentowania, do przezucia, wyrzucenia prosto serca, duszy, z rekawa, z...]Ukradlem wczoraj znak drogowy. [Sam nie wiem dlaczego to zrobilem, moze dla zabawy, moze dla odrobiny szalenstwa, moze z powodu ekshibicjonizmu, moze z powodu wodki u J.P., moze ze zlosci, z tesknoty, zeby co udowodnic albo sam nie wiem dlaczego]Znak dogowy z wykrzyknikiem.[Uwielbiam wykrzykniki no i pamiec mi mowi, ze kiedys bylem ranny z powodu wykrzyknika i znaku drogowego, a wszystko przez Bozena B., ktora teraz farmaceta w G. jest]Lezal sobie w rowie [Lezal wiec wzialem. W rowie wiec ktos wyrzucil. A wiec nie ukradlem, nie ukradlem znaku drogowego i ta mysl dodaje mi otuchy. Tylko mnie zastanawia jedno- dlaczego jak nioslem ten znak drogowy pod pacha (czasem pomagal mi R.G.) to ludzie patrzyli jak na zlodzieja. ( a moze jak na wariata, nie pamietam)]Najwiekszy problem mialem z transwerem znaku drogowego do S.F.[ skadinad wiadomo ze sledzi to miejsce kilka nascie kamer video- po dokladnych ogledzinach udalo mi sie wpakowac znak drogowy niezauwazony przez okno na pierwszym pietrze, dzieki pomocy L.W., ktory sam nie wiem czy zdawal sobie sprawe czy cokolwiek widzial bo pijany byl]A wiec mam znak drogowy z wykrzyknikiem [i sam nie wiem po co mi on]

E.V. nie pije kawy, herbaty, wodki, wina, piwa, czekolady na goraco. Tylko spi. Zmeczona.

Alez mi sie wczoraj brzydki wiersz napisal. Banal taki, ze az wstyd, wiec nie bede cytowal.

Poklocilem sie dzisiaj pieknie po angielsku z kobieta lat okolo piecdziesiat trzy bo mi nadepnela na palce u nog i nieomal nie polamala. Myslala, ze jak przeprosi to wystarczy. A ja mam teraz siny paznokiec, bo to byla kobieta tega, a do tego miala ciezki plaszcz. Klotnie zakonczylem tradycyjnie, po polsku- kurwa mac.

Zimno, ale slonecznie. Cisnienie wysokie. Opadow nie przewiduja. Kupic nie kupic telefon komorkowy za 20 funtow. taki sam jak zgubilem kilka tygodni temu. Co siostry byl. Wiec kupic nie kupic. Co tam. Dla niepoznaki.