‘Zamyślenia’

Wednesday, May 14th, 2003

Ogladalem wczoraj mecz transmitowany przez angielska telewizje, ale nie dlatego, ze lubie pilke nozna, i nie dlatego, ze byl to mecz pomiedzy Ac Milan i Inter Milan, ale dlatego, ze gral Szewczenko. I nie dlatego, ze byl to Szewczenko Andrij, najlepszy pilkarz Dynamo Kijow, ale dlatego, ze, gdy uslyszalem jego nazwisko, to mi sie tak cieplo mna sercu zrobilo i raznie. I swojsko. Bo skad inad wiadomo, ze jestem filologiem, ze literature ukrainska znam w miare porzadnie, ze Szewczenko, nie Andrij, a Taras, to byl najwiekszy wieszcz narodowy Ukrainy. Dlatego wiec zasiadlem przed telewizorem, chwyciwszy w jedna dlon szklanke soku pomaranczowego, w druga paczke chipsow (chcialem chwycic slone paluszki, ale tutaj o takowych nigdy nie slyszeli) i nawet zaczalem kibicowac Szewczence, a gdy strzelil gola w bodajze 40 minucie, to i krzyczec z radosci, ze az J.P. popatrzyl na mnie z ukosa. Bo sentyment jakis i jakas melancholia wslizgnela sie do mojej duszy tego wieczora. Ale z drugiej strony przeciez Szewczenko Szewczence nierowny. Szewczenko Andrij sprzedal sie wloskiemu zespolowi za co prawda pieniadze niemale, ale przeciez pieniadz rzecz nabyta. Swego czasu, zas inny Szewczenko, Taras, pisal wiersz do Chmielnickiego- Oj Bohdane, Bohdanoczku, nerozumnyj synu…- potepiajac oddanie czesci Ukrainy w moskalom, potepiajac kolaboracje i z pewnoscia, gdyby zyl, potepilby tez Szewczenki Andrija transwer do AC Milan. Tak przynajmniej sadze.

A.S. kupila sobie nowe jeansy, koloru niebieskiego, z rozszerzanymi nogawkami. Ale nikt nie zwrocil na to uwagi.

W autobusie do Centrum Manchesteru usiadlem na zuzyta gume do zucia i mam teraz plame na spodniach.

Dzis ciezki dzien. Spotkanie w sprawie wyjazdu do Niemiec. Rzecz w tym, ze to co mialem powiedziec juz powiedzialem, a to co mialem zakomunikowac, zakomunikowalem. Zostalo jeszcze wypelnic kilka formularzy E111, kilka belgijskich dokumentow. I tyle. W nastepna sobote z lotniska w Bradford do Berlina. Potem minibusem z Berlina do Schwedt. A potem wakacje. Kozy, swinie, kury, a dookola garstka bachorow, ale co tam sielska atmosfera i to sie liczy przeciez najbardziej.

Bez opadow. Cisnienie niskie. Jedenascie stopni w skali Celsjusza. Znowu bez sniadania.

Tuesday, May 13th, 2003

D.R. mowi- nie moge pisac, ze wczoraj strasznie smierdzialy mi stopy, bo to zdyskredytuje mnie w oczach czytelnikow, strace autorytet moralny i przestana mnie kochac te panny, ktore kochaly, a jak by przez jakis przypadek przeczytal o tym jakis wydawca, to mam u niego przesrane.
Swego czasu zadzwonil do mnie J.A. z Nowego Jorku i zarzadal wiecej realizmu, bo to moje pisanie smierdzialo mu poezja, a on poezji nie trawi. Wiec przychylam sie do prosby, dzis wiec realnie o.
S.F. to taki polski dom dziecka, ale nieco bardziej liberalny- jesli kto ma ochote moze w nim zlopac wodzie, byleby nie na korytarzu, pieprzyc malolaty, byleby nie na korytarzu, oficjalnie zabronione ale na papierze- dawac sobie w zyle, byleby nie na korytarzu, jesli kto ma ochote moze urzadzic sobie olimpiade w bojkach na piesci lub noze, byleby nie na korytarzu. Domem rzadzi X., chorowitka, ale bardzo mila kobieta, identyfikowana jako nalogowa wodomineraloholiczka, ktora na ntym wszystkim musi jakos zapanowac, jesli kto wykorzysta korytarz jaki do rzeczy wyzej wymienionych, to wyrzucic na zbyty pysk w ciagu dni dwudziestu osmiu. A jesli policja przyjedzie do w ciagu dnia lub nocy, bez komentarza na bruk. D. pedal wszyscy o tym mowia, ale on nie slyszy, pedal tez czlowiek, optymista ,ma problemy z literowaniem slow, nie mowi za wiele, pisze duzo z bledami ortograficznymi. D. czasem mlasnie jezorem na podopiecznych. Nie inaczej R.N., rozwiedziona niewdowa z coreczka, kolor skory czarny ale nie dlatego, ze jestem rasista. Usmiech od ucha do ucha, zarty sobie stroi z kazdego i z kazdym, bardzo lubi profesjonalna robote, najlepiej wolontariat. R.N. lubi D, ale nie poszlaby z nim do lozka, bo lesbija- prosto ze Szkocji- uwielbia kino, lanch o czwartej po poludniu i szybkie samochody. H. nigdy nie zapomina kalkulatora. R.i G. maja pelne rece komputerowej roboty, choc o komputerach nie maja zadnego pojecia. L. koziol ofiarny, nawet nie obsluga, wolny na kazda prosbe. O., sluchaj dzieweczko, ona nie slucha. Ladna, ale zajeta. Mieszkancy S.F. maja od 16 do 25 lat. Kalecy i pelnosprawni choc nie zawsze umyslowo, dzieci z rodzin rozbitych, wielodzietnych, sieroty. Naczelna zasada S.F.- nauczyc samodzielnosci. Roznie to pracownikom S.F. wychodzi. L.W. kilka dni temu wylecial na zbyty pysk za probe morderstwa i niszczenie mienia, L.L. razem z nim bo probowala uniknac zamordowania, ratowala meble i kochala L.W. Czasem ma sie wrazenie, ze tak naprawde porzadku pilnuje tu okolo 16 kamer video, umieszczonych w kazdym rogu korytarza, a takze na zewnatrz budynku, i w miejscach ogolnie dostepnych. Swego czasu mialem wrazenie, ze w momencie kiedy oddawalem stolec w mojej toalecie, sledzila mnie jakas dodatkowa kamera w wersji miniaturowej i wrazenie to towarzyszylo mi pozniej przez kilka dni.
B. probowala kilka razy podciac sobie zyly. Ma napady placzu co kilka godzin. S. pieprzy sie ze swoim chlopakiem tak czesto jak to tylko mozliwe. Wydaje przy tym tak glosne dzwieki, ze kazdy w S.F. wie o kogo chodzi i gdzie. J. jest niepelnosprawna. Ma specjalny kibelek, we ktorym moze swobodnie sie wysrac bez wspinania sie na muszle klozetowa. P.. urzadzil sobie w pokoju silownie, ma tez telewizor, video, sprzet hi-fi, dvd, kamere VHS. K., R., F, jeszcze tego nie maja, bo nowi tutaj i samotni jak psy. L.. ma najwiekszy pokoj w S.F. za bardzo dobre zachowanie i za to ze koziol ofiarny. Nazywany dziwak. S. pilkarz, ogolnie smioch nie z tej ziemii, do collegu wybiera sie od roku, i nie moze sie tam dowlec, bo go dupa boli. Gdybym tak mial opisywac kazdego zajeloby mi to caly dzien. Czyli ogolnie 40 osob, ktore sledzi 16 kamer video, okolo 10 pacownikow, no i sprzataczka, ktora cierpliwie czysci wykladziny zalane tanim winem. Sa tez M.G., A.S., wolontariusze z tzw. kontynentu, ktorzy narzekaja na brak czasu, spia do pierwszej po poludniu, czasem jedza wspolnie posilki, czasem nie. Pracuja, a jakze, za duzo. I za ciezko. I to by bylo na tyle. Ze wzgledu na bezpieczenstwo osobiste i bezpieczenstwo narodowe dane wiekszosci osob zostaly zmienione.

Deszcz. Diabli wiedza, kiedy zacznie lac. Temperatura jedenascie stopni. Wiatr zmienny, w porywach silny. Cisnienie wysokie, po filizance kawy.

Saturday, May 10th, 2003

A wiec, lalunia do roboty, dopisz sobie jeszcze pare imion, wyzlob sobie jeszce pare miejsc w stopach, rozpal sie do granicy slow. Bo tak mi sie niespodziewanie zrobilo, tak panoramicznie, gdy zamiast grac, zamilklas, zamiast wodzic palcem po literach, chwycilas je w dlonie.

Hania, Sonia, czy Bog wie jeszcze kto to zaledwie pare swiatow, ktore sobie pezsprzecznie zagarnelas na wypas, ktore ukradlas moze komus, a moze nie.

Snilas mi sie dzis w nocy z M.Z., plotlas wianki z mleczy, podarowalas mi jeden, ale byl za maly. Wiec wrzucilas go do rzeki, a on sobie tak odplynal, swobodnie gdzies.

I gdy tak walesasz sie i czasem najdzie Cie ochota przygarnac mnie w swoich myslach–

Ja nie wiem co z ciebie za wariat.

Mam ochote na lody truskawkowe.

Sunday, May 4th, 2003

Gdy R. rozmawia przez telefon ma rozpiety rozporek. Nie szuka metafor w sluchawce. Taka poezje to moze sobie kupic w ksiegarni albo poczytac w bibliotece. Gdy R. rozmawia przez telefon nerwowo zaciska dlon na rozgrzanym penisie. Wycisnie z siebie kilka mililitrow spermy za ktore zaplaci kilkanascie funtow.

Gdy L. rozmawia przez telefon, placze. Szuka poreczy dla slabnacych slow, dno za glebokie, Niebo zbyt ciemne.Gdy L. rozmawia przez telefon podcina sobie zyly. Wycisnie z siebie kilka (nascie)mililitrow krwi, za ktore zaplaci zycie.

Kiedy M. rozmawia przez telefon uklada zgrabnie stos dokumentow na biurku. To to to tamto do zalatwienia od zaraz to to to tamto moze kiedys przy okazji.
Kiedy M. rozmawia przez telefon nieznany sprawca podklada bombe w windzie. M. zaplaci za nia Smierc.

I moze to niepoetyckie, moze szorstkie, moze absolutnie niemoralne, sterczec tak, podgladac, pisac zbyt wulgarnie, przesiewac Nieba i nic sobie z tego nie robic.

I moze to nie tak.
Jak mialo byc.
Ale jak?

Saturday, May 3rd, 2003

Fotografia. Ze wszystkich – jedna dwa na trzy. Slowo nie ma roli. Chwyt jednakowy. Flesz. Kartka papieru A5. Zadziorne litery w tancu. Kierunek nieznany. Ja wiem- nie rozumiesz.

Oni. Coraz ich wiecej i coraz mniej Ciebie. Budujesz. Chwiejesz sie. Chowasz glowe. W sen. Organki milcza.
Kartka papieru A4. Zapoetyzowanie chwili. Zachwilowanie rany. Kawalki laki i piorko. Na szczescie. Guzik z petelka. Intratna iluzja. Troche zyciowej prozy. Niech ma. Olowek tez. Kresli slowa a przeciez- Wiersz na szczescie przez szczescie lgnie- Zawolalo sie. Organki nie zagraly.

Ja wiem- nie rozumiesz.

Puste miejsce na pustym stole zabliznilo sie. I. To juz nic. Zula Iskierka. Podaj reke. Podaj!

Kto pierwszy wskoczy w ogien?
Pozar

Niespodziewanie rozmowil sie na korytarzu drzwi w drzwi. Otworzyl.
Blizny

Opoznienie pociagu moze ulec zmianie

Zabordowialy czs. Zapijaczona noc. W umiarze. A.P. o glowie. Vidlitajucza holowa. Uratowalem. Kawalek. Fragment zyciorysu.

…..piekne to…wiesz…? Wolnosc…Jestes we mnie i wokól jestes, a jednoczesnie nie zaciskasz kurczowo, nie trzymasz, nie gniota sie moje przywykle do Swobody skrzydla… Potrzebuje Wolnosci jak koloru nieba, czy blasku gwiazd… Mysle, ze czujesz podobnie…

Nocny pociag do K. Starsza kobieta nasluchuje slow. Nie rozumie. Zart nie zapiety na ostatni guzik. Smiech. Spotkanie z J. Orgazm na pietrze pod oslona Ikon. Blizej Nieba. Blizej w gorach. Lody na patyku albo oranzada nie pamietam.Serek przesolony. Spotkanie z J., dzieciaki I matka. Boska ponoc. Od. Na Jaworzynie zwietrzale kanapki. Tatry z burta. Glowa boli od Nieba. Piecze czas. Osobno przed switem. Ten jeden raz. Ja Ci mowie,ze ten G.S. to dziwak. Ty milczysz.

Ja wiem- nie rozumiesz

Laki. Kawalek na sciezce do L. Oczy bola. Ukradniesz trawy do wlasnej kolekcji. W L. spotkanie z A.D. Pozna muzyczna sjesta z M.CZ. Cicha noc, nie wypite piwo, milczec znaczy tyle co nie narzekac. Lub odwrotnie. Pociag z G. do . Czas gdyby umial stanac w miejscu. Zagoniony. Piszesz wiersz juz napisany:

nad sladami stóp

naszych schylona

oslaniaj

powietrzem zdziwione dlonie

od gzygzaku

zmij

troskliwie ukladaj

pijane rzesy do

snu

spiewnie gloski otulaj

kiedy do siebie idac – -

- milkniemy

Madonno

z beskidzkiej ikony

Opoznienie pociagu moze ulec zmianie

W Cz. rozpieci pod drzewem B.M. Sniadanie, obiad, kolacja czasem po schodach. Spotkanie z J.D. , D. SZ. W sklepie spozywczym lody. Tyle wiem. Deszcz. Dragonskie rozmowy. A ty sie boisz wracac do P.

Wpol drogi. Wyboje. Wgryzamy sie w siebie. W pyl. Dzieciaki graja w pilke nozna co jakis czas rwac nasze Niebo na kawalki. Tlusta konserwa tyrolska i chyba hod dogi. Jezioro zywe, bo nie tkniete ludzka stopa. W obskornym barze miejscowy poeta pisze o mnie wiersz. Pociag osobowy do K. nie odjedzie o godzinie 12-tej. Zasne na lawce do wpol do drugiej.

Albo ciasny korytarz. Za oknem rwacy deszcz. Ten egzamin zdam bez slowa. Zbyt mocny makijaz zmywasz kilka godzin pozniej.

Ja wiem- nie rozumiesz.

W P. jezioro. Mokra sukienka, osowiala noc. Sperma pachnie dzis woda. Ja nie umiem plywac.

Nie nawidze P. Nie cierpie Morrisona. Ukladasz sie miedzy ciasna wyzarta przez mole przeszlosc. Ja trace cierpliwosc. Ale pamietasz- lzy, wodka chyba absolut albo weselna. Uciekam. Nad Malta musialas powiedziec o B.Cz., D.J. i… jeszcze sikac mi sie zachcialo w dodze powrotnej i tylko odwrocilem sie na piecie. Twoj Morrison narysowal mnie ze zlajdaczala twarza.

W K. Twoja siostra placze. Ty piszesz: Daleko

W Z. pierdolony czas. Chociaz tyle

I jeszcze spotkanie w L.K. Wspomnialas K. i jeszcze kogos przeciez. Ty do P. Ja do T. Slowa, slowa, slowa. Urwane wpol. Gwizdek.

Plus listy powrotne plus jakas nadzieja ulotna plus

Pociag osobowy wjechal na tor przy peronie

Ja wiem- nie rozumiesz

Wednesday, April 23rd, 2003

Bohdan!Bohdan!Slysze ciagle malujace sie w przestrzeni wokol mnie wolanie. Takie niewymuszone, nieporadne, niepoprawne w brzmieniu. Kraza obrazy, ktore pozostana wyryte w pamieci ponad zapomnienie. Kolejne dusze odlecialy w swiat oswojone do zycia Gdzie Indziej.

Jestes smutny? Xema ogarnia mnie przenikliwym spojrzeniem. Jestes smutny. Odpowiada sobie bez oczekiwania na odpowiedz.

Pili potrafi powiedziec jedynie do zobaczenia. Nie probuje sie zegnac. Spotkamy sie przeciez. Nie mamy innego wyjscia.

Tego dnia w autobusie z Longsite do Piccadilly Garden muzulmanskie kobiety rozmawialy o klopotach gastrycznych.

Nie wiedziec czemu rozplakalem sie na srodku ulicy. Nie wiedziec czemu przypadkowy przechodzien podal mi chusteczke.

Tuesday, April 8th, 2003

Zabraklo nam wiary w ludzi.

Biegne. Siodma trzydziesci. Mijam rozwydzrzone grupy dzieciakow. Siodma trzydziesci piec. Kobieta spaceruje z psem. Siodma piecdziesiat. Z komina fabryki po przeciwnej stronie wydobywa sie dym. Osma. Potykam sie o kamien. Osma piec. Opadam z sil. Osma pietnascie. Puls przekraczajacy norme. Osma dwadziescia. Wacham kwiaty. Osma trzydziesci. Biegne.

Aurelie mowi, ze zwiazek z Wilhelmem byl szansa na przyjemne spedzanie czasu i nic po zatym. I tylko tyle.
Joanna mowi, ze Maciej nie zasluguje na jej milosc. Po kilku tygodniach rozlaki wraca do Macieja.
Anita pragnie sie w koncu zakochac, ale nie potrafi stopic swojej zimnej powloki.

Godfrey wraz z trojka wolontariuszy z Bradford w Salford Foyer. Wolontariusze sa zachwyceni moim treningiem na temat Niemiec. Godfrey jest niepocieszony. Umknal mu mecz o osmej. Trening skonczyl sie o osmej trzydziesci.

Osmioletnie dziecko pluje na tylne siedzenie autobusu zmierzajacego do Traford. Nikt nie reaguje. Byc moze za chwile to samo dziecko opluje kierowce. A kierowca sie tylko usmiechnie.

Pili sie oddala. Przyjazn ktora nie potrafi nic wskurac.

Anita nigdy nie wyeksponuje zdjec z B. B. jest zbyt brzydki, by byc eksponowanym. I zbyt lysy.

Wednesday, March 26th, 2003

Szumia poloniny. Juhasi zganiaja owce z hal. Stare kobiety wyplataja kosze. Dzieciaki taplaja sie w blocie. Przyjezdny wybalusza oczy ze zdziwienia.

Swieto musi zadziwiac. Swieto musi prowokowac. Swieto jest wtedy, gdy zapominamy, ze Zyjemy. Swieto jest wtedy, gdy przypominamy sobie, ze oprocz nas, blisko, zyje Drugi Czlowiek.

Swieto Codziennosci. Kazdego dnia z tym samym wdziekiem i z ta sama ceremonia witac dzien. Dziekowac za Slonce. Za Niebo. Za czas. To potrafia tylko Starcy. Niestety.

Ale i Ty zaslugujesz na Swieto. Niech sie swieci Imie Twoje, wiec…

Tuesday, March 25th, 2003

Gazety pisza obszernie o wydarzeniach w Iraku. Prasowe Agencje przesylaja tysiace zdjec z pola bitwy. Mlodziez protestuje prawie w kazdym panstwie. Telewizja klamie i mowi prawde zarazem. W radiu slychac, ze Amerykanie zdobyli kolejna twierdze. Przedstawiciele irackiego rzadu zaprzeczaja.

Szamir probuje skontaktowac sie z rodzina w Bagdadzie. Nie moze. Telefon nie odpowiada. Prawdopodobnie jego rodzina jest w poblizu granicy iracko-iranskiej. SWzamir ma nadzieje, ze spotka jeszcze swoja Matke. Musi. Chce jej podarowac pieknie haftowany angielski obrus.

Telewizja CNN pokazala zburzone centrum Bagdadu. Szamir tego nie widzial. Modlil sie do swietego Allaha.

Tuesday, February 18th, 2003

Budzisz sie z potwornym bolem glowy. Zaparzasz poranna kawe. W pospiechu lykasz witaminy. Na sniadanie jest zbyt pozno.
Jedziesz do centrum sprawdzic poczte elektroniczna. Odwiedzisz przy okazji jakis second hand, kupisz sobie koszule w krate. A pozniej najdzie Cie ochota na cos slodkiego- wiec nie omieszkasz dokonac zakupu czekolady z orzechami. W autobusie przejrzysz bezplatna gazete, gdy skonczysz, wyrzucisz ja do kosza. Zapomnisz skopiowac kurs hiszpanskiego, na hybil trafil odwiedzisz sklep niedaleko Twoje przystanku autobusowego. Tam spotka Cie mila niespodzianka. Na polce miniaturowa katarynka i wspanialy utwor do Elizy.
W centrum handlowym kupisz sobie puszke pepsi. Nastepna godzine bedziesz sie nudzil ogladajac Simpsonow albo jakas potwornie nudna angielska komedie. W miedzyczasie Stefanie skokietuje Cie dwa razy. Odwiedzisz znajomych. Ugotujesz pozny obiad- jakies szybkie do sporzadzenia spaghetti. Wybierzesz sie do pubu, gdzie muzyka na zywo. Zobaczysz wokaliste, ktory niszczy wlasny mikrofon, a przy okazji rowniez perkusje kolegi. Wypijesz kilka piw. Po powrocie do domu Ktos zaproponuje Ci wspolne spanie . Polozysz sie obok dziewczyny, ktora znasz moze dwa tygodnie. Bedziesz myslal, myslal, az zasniesz. Obudzisz sie zmeczony. Nie wiadomo czemu.
Ale to bedzie juz kolejny dzien…
Wypijesz kawe i zaczniesz wszystko od poczatku…

Friday, February 14th, 2003

Remi pokazuje mi zdjecie z balu sylwestrowego. Na fotografii jest wraz z Laila, Sergiuszem i narzeczona Sergiusza, Alessandra i zalotnikiem Alessandry oraz z Anita, ktora utkwila gdzies w srodku milosci, z samotnoscia za pan brat.
Tylko Anita jest sama!- probuje mi cos zasugerowac, ale widzac, ze sugestia do mnie nie trafia, wali prosto z mostu- mozesz probowac starac sie o reke Anity!

Inna Anita mieszka w Polsce. Jest corka kochanki mojego ojca. Przez wiele lat nie odzywalem sie do Anity z Polski, poniewaz byla corka kochanki mojego ojca. Teraz czasem mowie do niej czesc. A ta czasem odpowiada.

Anita z fotografii Remiego nie teskni za domem. Nie ma na to czasu. Twierdzi, ze jest zbyt zajeta innymi sprawami. Urodzila sie w Slowenni, kocha morze, szczegolnie te z kamienista plaza. Jak w Chorwacji, np. Anita jest osoba powazna. Brak jej iskry szalenstwa. Przypomina czlowieka, ktory zmeczony jest zyciem i pragnie tylko odpoczynku.

Oxford Road w Manchesterze oblegana jest dzisiaj przez sprzedawcow kwiatow i kwiatkow. Rzadko jednak widuje kogokolwiek z kwiatami.

Valentine’s Day jest kolejnym dniem w roku. Niby innym, a jednak powszechnym.
Remi biegnie do biura zadzwonic do Laili i zakomunikowac, ze ja kocha. Bedzie rozmawial przez telefon 45 minut.

Thursday, February 13th, 2003

Look up! Do you see stars? Look down! Do you see yourself?
Beetween stars and you is a big unknown space…

1. Ubierasz sie pospiesznie, schodzisz na dol schodami o ktorych wiesz tylko tyle, ze moga runac lada dzien. Zaparzasz poranna herbate. Witasz sie z L. Patrzy na Ciebie przez pryzmat szalenstwa i kalectwa. Wymadrza sie, poucza, atakuje, warczy. Czujesz chlod na calym ciele. Za oknem deszczowa piosenka. Dzien dobry mowisz napotkanym znajomym, a dzien dobry rozplywa sie w przestrzeni smutku. Zakladasz robocze spodnie, skarpetki cuchna robota. Widzisz twarz L. skierowana w Twoja strone. Za chwile przypomni Ci, ze powinienes wziac lopate z lewej strony, poniewaz ta z prawej powinna zostac na miejscu. To nic, ze obie sa identyczne. Nie maja znaczenia granice podobienstwi roznic. Jej decyzja jest nieodwracalna. Przystepujesz do dziela ze spuszczona glowa.
Swieta spedzasz z daleka od L, chociaz w jej domu, na pierwszym pietrze, zabarykadowany tysiacem niedomowien i pretensji. Zaciskasz zeby, kiedy sluchasz koledy w radiu. L. wychodzi na wigilijna kolacje dop restauracji. Proponuje uklad- Ty dasz 10 funtow, ja dam Ci wigilie. Decydujesz sie nie ruszac z miejsca.
W koncu nie wytrzymujesz, wygarniasz L. wszystko co Ci slina na jezyk przyniesie. Zaskoczona L. kontratakuje, widzac jednak, ze stoi na przegranej pozycji zwraca sie o pomoc do A. Ten wstretny B. smie mnie pouczac!
L. zegna Cie prawie ze lzami w oczach. To ze szczescia, ze widzi Cie po raz ostatni. Ma nadzieje, ze w nowym miejscu bedziesz szczesliwszy. Tak naprawde ma nadzieje, ze trafi Cie szlag.

2. Teraz masz zmywac, pozniej ukladac towar na polkach, potem posprzatac po innych w Packing room, przeniesc kilkanascie kilogramow cebuli, zapakowac 48 kg fasoli, zniszczyc kilkadziesiat pustych kartonow.
Czasem zdarzy sie przerwa. 40 minut i ani minuty dluzej. Nastepnie powtorzysz plan sprzed przerwy. Zadowolony skonczysz prace przed osma.

I nikt Ci nie powie dziekuje.

3. Wkraczasz w nowe miejsce niepewnie, po cichu, z dystansem. Poznajesz R., ktory wydaje sie mily. Opowiadasz o sobie, o kraju z ktorego pochodzisz z przejeciem jakby na wyrost.
Masz bojowe zadanie- wkroczyc w swiat, ktory jeszcze godzine temu byl obcy i nieznany.

Nikt nie ma ochoty niszczyc lancucha przyzwyczajen. Twoje miejsce pozostaje poza obrebem sztucznych fascynacji.

4. Co tydzien spotykasz sie z P. P. jest Twoja najlepsza przyjaciolka w obcym kraju. Czesto rozmawiacie, smiejecie sie glosniej niz to mozliwe, obdarzacie sie prezentami. Rozumiecie sie lepiej niz moznaby sie bylo spodziewac.

Ktos powie laczy Was wiecej niz przyjazn.
Odpowiesz- Laczy mnie az przyjazn, ktora przerasta wyobrazenie Kogos.

5. L. podaje Ci reke na przywitanie. Jest ta kobieta z opisu D., czesto siegajaca po wode mineralna, mowiaca przystepnym angielskim, stawiajaca kroki powoli, rozwazajaca kazde slowo.
Widzisz L.rzadko, ale intensywnie.

… Beetween stars and you is big unknows space. Look up! Do you see stars?
Look down! Do you see yourself?

Thursday, February 13th, 2003

Byc moze wyrzezbic siebie w kamieniu to po prostu pozbyc sie wszystkiego tego co mna nie jest. A wiec nieznanych twarzy, ktore gdzies gleboko zakorzenily sie, problemow, ktore byly tylko nieznosna imaginacja, lekow, ktore nigdy nie oswoily sie, rozmow, ktore nie mialy miejsca i ujscia. Pozbyc sie wszystkiego tego co mna nie jest. A wiec pozbyc sie przyjaciol, rodzicow, wrogow, pozbyc sie psa i rybek.

Byc moze wyrzezbic siebie w kamieniu to odlupac okruszyny blota z wlasnej przeszlosci, ktore nigdy nie pasowaly do reszty.

Lecz gdzie jest tak silna reka, ktora temu zadaniu podola?

Szukam kogos, kto w pelni wyrzezbil siebie w kamieniu i zostal przy zdrowych zmyslach.

Monday, February 10th, 2003

Szczatki snu splywaja po zmeczonych powiekach. Smierc, klotnia, jakies niewyrazne postaci, znane i nieznane. Jakas pretensja do swiata i do siebie. Jakas mgla miedzy ujeciami sennego marzenia.

Boje sie wlasnych snow. Sa jak zmije, oplataja szyje, zniechecaja, kasaja, niszcza. Nie pamietam Nieba w swoich snach. Tylko pieklo. Jakies ciagle nawiedzajace mnie leki, jakas wizja katastrofy i rozpadu.

Budze sie zawsze zmeczony. Nie potrafie pozbierac mysli. Rozplywaja sie pod ciezarem wrazen.

Sny swiadcza o naszym zyciu. Wiec i ja swiadcze o swoich snach.

Jest we mnie burza bolu.

Sunday, February 9th, 2003

Sa milosci krotkotrwale, niezreczne, sa milosci na przekor i na przymus, sa milosci romantyczne i pozadliwe. Sa milosci, ktorych nie da sie opisac pod zadnym pozorem. Sa milosci stale i przemijajace. Sa milosci beznadziejne i zachlanne, sa milosci egoistyczne i altruistyczne.

Remy kazdego wieczoru opowiada mi o swojej Laili. Kiedy wypowiada jej imie, przewraca sie z boku na bok, cieszy sie jak dziecko, caluje poduszke i fotografie swojej ukochanej. Snuje plany i ma pewnosc, ze to jedyna milosc jego zycia. Laila zmienila Remiego nie do poznania. Teraz jest to wesoly chlopak, ktory nie widzi przeszkod w zyciu, pelen szalenstwa, spontanicznosci i wiary. Nadziei tez, takiej pelnej ufnosci, ze az naiwnej. Remy wysyla kilkanascie wiadomosci dziennie do Lotwy, gdzie w tej chwili przebywa jego ukochana. Laila odplaca sie tym samym. Sa oddaleni od siebie o ponad 3 tysiace kilometrow, a jednak jakze blisko. Remy kocha Laile do szalenstwa.

Anita i Alessandra zapraszaja remiego do pubu. Remy odmawia, tlumaczy sie brakiem czasu. Wie jednak, ze Laila jest wazniejsza niz nie jeden pub.
Anita i Alessandra odchodza niepocieszone. Sa zle na Remiego. Zarzucaja mu samolubnosc. Remy zmienil sie nie do poznania. Na gorsze- twierdza wspolnie.

Remy dostal slownik lotwsko-francuski. Teraz uczy sie jezyka.
Od podstaw.

Wednesday, February 5th, 2003

Gapa, gapa!- wolali koledzy, gdy ktoregos dnia w autobusie lokalnej linii zostalem zlapany przez kontrolera nie majac waznego biletu na przejazd.
Czerwienilem sie wtedy, bylo mi wstyd, nie dlatego jednak, ze nie posiadalem biletu, ale dlatego, ze dalem sie zlapac kontrolerowi. Bowiem najwazniejsze dla gapowicza przykazanie to nie dac sie zlapac. Wybic szybe w autobusie, pobic kontrolera, ale nie dac sie zlapac. Uciec. To jest przykazanie gapowicza. Czyli stchorzyc.

Ale byli tacy ktorzy mieli w nosie kontrolerow, byli zawsze przygotowani na kare za jazde bez biletu. Takich ludzi spotykalem czesto w pociagach podmiejskich i nocnych linni, ktorzy spytani o kierunek nigdy nie potrafili go okreslic.To ludzie czesto bez tozsamosci, czesto nalogowi gapowicze, ktorzy wiedzieli, ze przy polskim przeladowaniu kolegiow i sadow sa bezkarni.

Autobus linii 67 z Salford do Manchesteru. Podrozni sa zobowiazani do okazania biletu na przejazd kierowcy. Przejscie jest tak waskie, ze nikt nie jest w stanie przemknac sie niepostrzezenie do autobusu bez biletu. Troche spowalnia to ruch, ale kierowca jest pewny, ze nie wiezie zadnego gapowicza.

W Manchesterze liczba kar za przejazd bez waznego biletu jest bardzo mala.
Gdy mowie o polskim zawodzie ‘gapowicz’ mlodzi Anglicy rozdziawiaja geby.

Monday, February 3rd, 2003

Oto ogromny cud natury. Snieg w Manchesterze. Jutro beda o tym pisaly gazety.

Dzieci probuja zgarnac jak najwiecej puszystego szalenstwa. Krzycza, formuja sniezki, tocza walke na prawo i lewo. Gonia sie wzajemnie, przewracaja, nacieraja nosy. W ktoryms momencie okragla sniezka trafia w plecy starszej pani w berecie. Staruszka obraca sie, nie podaruje. Sypie strumien obelg w strone mlodych ludzi. – Zabawe sobie znalezli, smarkacze!

Dwie godziny pozniej po sniegu zostaly juz tylko strugi wody.
Dzwiek nienawisci pozostal nietkniety.

Monday, February 3rd, 2003

Matematyka jest krolowa nauk
Notatka z wykladu na Uniwersytecie Mikolaja Kopernika

Prawda. Jesli sie dobrze przyjrzec z pewnoscia jest matematyczna. Zawarta w ciagu danych liczbowych, ujeta w scisle okreslone wzory arytmetyczne.
Prawda poczatku. Nielatwo zauwazyc, ze wyznacza ja data naszego urodzenia. Ten wyznacznik przyporzadkowuje nam pewne prawa i obowiazki, funduje nam bilet wstepu do okreslonej spolecznosci i do spoleczenstwa. Podobnie Prawda smierci- data naszego zgonu zabiera nam wszelkie prawa, pozostawiajac jedynie mozliwosc domagania sie Pamieci bliskich i dalszych nam osob, na ktora pracowalismy przez okreslona ilosc czasu w naszym Zyciu.

A zycie przynosi nam kolejne prawidla liczbowe.
Ceny, godziny przyjec interesantow w urzedach, data wyplaty, data splaty kredytow,data imienin kolezanki z pracy, data urodzin dziecka (jak czesto sie zdarza, ze probujemy sobie zafundowac dziecko z okreslona data przyjscia na swiat).
Urzedy statystyczne ograniczaja nas do kilku cyfr, nie interesujac sie naszym nazwiskiem czy imieniem.
Podczas Szczytu Ziemi przywodcy panstw przestrzegali nas przed przeludnieniem opierajac sie na liczbach. Z tym ze tak naprawde, byl to glos w kierunku Afryki, nie zas w kierunku Europy czy Ameryki.

Bardzo lubimy liczby. Czesto sa one nasza bronia. Jakze czesto, aby cos komus udowodnic rzucamy w jego strone jakies nic nieznaczace dane liczbowe, ktore potrafia zbic z tropu przeciwnika, powalic go…

Mowimy- w Europie jest kilkadziesiat tysiecy ludzi chorych na AIDS, mowimy- na swiecie mieszka 6 miliardow ludzi, a to jest zagrozenie dla Zycia ( w rzeczywistosci zagrozenie dla Ciebie), mowimy- swiat zyje w ubostwie- miliard ludzi nie ma co jesc.
Nie mowimy- pomoglem tylu a tylu ludziom chorym na AIDS, nie mowimy- powinnismy stworzyc warunki tym, ktorzy rodza sie ciagle na naszym globie. Nie chwalimy sie, ze pomoglismy osobie glodnej ze poczestowalismy ja chlebem z maslem. (bo NIE mamy sie czym pochwalic). Wolimy zdac sie na liczby. Niech one odwala za nas brudna robote.

Wydaje sie, ze zagrozeniem dla swiata jest dzis nie przeludnienie czy glod i ubostwo, ale nasza wlasna prywatna glupota i wrazliwosc, nie warta nawet szelaga.

Monday, February 3rd, 2003

W weekendowym wydaniu The Guardian opublikowano kilkadziesiat fotografii dzieci, ktore czynnie uczestnicza w dzialaniach zbrojnych na swiecie. Pilnie przygladalem sie wyrazom ich twarzy, spojrzeniom, minom. Tylko kilka osob- glownie dziewczynek mialo w oczach przerazenie. Reszta przejawiala raczej zywe zainteresowanie, obojetnosc, a czasem zadowolenie.

Dzieci traktuja wojne czasem jako wyzwanie. Nierzadko nie zdaja sobie sprawy ze wlasnie od strzalu ich karabinu ktos zginal realnie. Sa jak kamikadze, z ta tylko roznica, ze kamikadze zawsze maja swiadomosc smierci.

Dzieci ufaja swojej naiwnosci.

Friday, January 31st, 2003

jest w nas, ludziach, pewna sklonnosc do ukladania swiata na wlasna modle. Do szufladkowania, oceniania, generalizowania. Probujemy sobie wmowic, ze jestesmi Panami wlasnego losu. I tylko smierc jest w stanie przerwac ten lancuch zludzen.

Friday, January 31st, 2003

… To pomieszczenie szesc metrow na cztery metry z szerokimi drzwiami wejsciowymi, olbrzymimi oknami z widokiem na wnetrze sklepu, w ktorym od rana buszuja wegetarianie i weganie, trawozercy i ekolodzy, krisznaci i jogini. W tym pomieszczeniu szesc metrow na cztery metry z szerokimi drzwiami wejsciowymi i olbrzymimi oknami z widokiem na wnetrze sklepu przebywa kilka osob na pozor takich samych- bo przeciez na glowie taki sam bialy kitel,taki sam zielony fartuch z Unicornem wyszytym po lewej stronie. Ale, gdy sie jakis ciekawski wedrze szerokimi drzwiami wejsciowymi tudziez olbrzymimi oknami do srodka Packing Room, z pewnoscia dowie sie, ze ta blondynka, co akurat wsypuje garsc rodzynek do foliowego woreczka przyjechala z Hiszpanii kilka lat temu z nadzieja na znalezienie dobrej pracy, a ta szatynka z zezem w prawym oku rok temu zaczela studia na Uniwersytecie, wczesniej mieszkala we Francji, ale Francja nie bardzo jej odpowiadala ze wzgledu na nizsze zarobki W Packing Room mieszaja sie swiatowe akcenty choc jezyk ten sam, angielski. I nie ma tu mowy o kaleczeniu, nieuctwie czy braku talentu lingwistycznego.
W Packing Room kazdy wie o kazdym wszystko- czasem grupa tych samych osob sterczy tu od rana do wieczora, wciaz napelniajac woreczki czym sie tylko da- kakao, maka, sliwkami, mango, muesli, kasza. Jest jakos dziko i nieznosnie, kiedy w Packing Room zapanuje cisza. W najgorszym razie ktos wlacza muzyke. Ale glownie slychac glosy pakujacych i odglosy pakowanych produktow.
Wieczorem kazdy zapisuje ilosc godzin, ktore spedzil w Packing Room, na specjalnie przygotowanej liscie.
Im wiecej tym lepiej- tym wiecej pieniazkow wpadnie do kieszeni, tym wieksze powazanie szefostwa.
Tylgo gardla jakies takie- zdarte.
Ale Packing Room wart jest przeciez poswiecen.

Friday, January 31st, 2003

Stoi na ulicy i nic nie mowi. Nie patrzy na ludzi, wzrok ma skierowany w jakis nieokreslony blizej punkt na jezdni. Obok pies, niewiadomo czemu z podobnym wyrazem pyska. Obydwaj- pies i jego Pan nie wydaja zadnego dzwieku, tylko stoja i patrza Niewiadomo gdzie. Pies jest stary, widac zmierzwiona siersc, Pan jest mlody, ale wyglada starzej niz w rzeczywistosci.

Pan trzyma w prawej rece kolorowy magazyn. Polak w tym momencie pomyslalby sobie, ze to jakis wykolejony Jehowita, ale gdzie tam, pewien jestem, ze Pan nie ma pojecia o tym kim jest Jehowa. On tylko stoi i trzyma magazyn. Czasem ktos podchodzi, kupuje jeden egzemplarz i wyrzuca go zaraz do najblizszego smietnika. Pan przelicza pieniadze, idzie do najblizszego sklepu, kupuje jedzenie dla psa i powtarza swoja milczaca poze. Pies merda ogonem, cieszy sie, a Pan placze. Nie to tylko deszcz zaczal siapic i pare kropli upadlo na policzki Pana. A ten nic nie probuje wytrzec kropel z twarzy, ciagle taki nieruchomy, milczacy i smutny. Widzac, ze deszcz coraz mocniejszy Pan przykrywa psa kocem. Ludzie przechodza obok Pana i jego psa mijajac ich zbyt szerokim lukiem.

Mysle o wojnie w Iraku, gdy nagle zza rogu wybiega szalony mezczyzna. Chwyta mnie za ramie, probuje zmusic do spojrzenia na to, co ma do zaoferowania. A ma do zaoferowania ten sam, kolorowy magazyn, ktory widzialem w rekach czlowieka z psem. szalony mezczyzna probuje mnie przekonac, ze magazyn jest wart poltorej funta, a on sam jest wart pol litra piwa, wiec… Kiedy odmawiam, szalony mezczyzna grzecznie zyczy mi milego wieczoru.

Mloda kobieta niesie ze soba cala walize szmat, szmatek, papieru gazetowego i pakowego, puszek po coca coli, opakowan po sandwiczach i kebabach. Niesie i mowi sama do siebie:
‘Jeszcze tylko krok a bede zyc’.

Gazety pisza o polityce. Politycy mowia o dobrobycie.
Biedni wolaja w Niebo.

Friday, January 31st, 2003

Primary school w Bradford. Setka dzieciakow wrzeszczy w nieboglosy. Wszyscy podobnu do siebie jak dwie krople …atramentu. takie same granatowe mundurki, takie same bordowe krawaty zawiazane niendbale na szyi, takie samo angielskie uczesanie. czasem nie idzie rozroznic chlopca od dziewczynki.
Wokol mnie skupia sie kilkuosobowa grupa. Ucze szesciolatke gry w lapki. Wszyscy patrza z zainteresowaniem i tez chca sie nauczyc!
Szesciolatka po dluzszym namysle:
Poland is fantastic!

Friday, January 31st, 2003

Tradycyjny angielski obrazek:

Na ulicy spotykaja sie dwaj znajomi:

-How are you?

-Thanks I’m fine.

Tradycyjny polski obrazek:

-Co tam u Ciebie?

-E, nic, stara bida…

Friday, January 24th, 2003

Ten od polskiego z siodmej b. Ten od lodow truskawkowych w Przemyslu. Ten wieszajacy psy na wlasnych ramionach. Ten zbyt czesto usmiechniety lysy kon. Ten nawiedzony Bogiem patalach. Ten cham, co nie odpisuje na listy. Ten od swiat Bozego Narodzenia w Manchesterze. Ten od zagubionych dziewczynek na szlaku z Jaslisk do Dukli. Ten od Nikifora. Ten od Czyzykiewicza w Fret@Porter, Ten od wyznan milosnych, Ten od Stachury i komunikatow niezrozumialych w listach. Ten od Bój sie Boga i ten z Wiewiorek. Ten lysiejacy nauczyciel polskiego w Rodowie. Ten od Supermana w Wiedniu. Ten od Obok Nas. Ten od tomikow napisanych i nienapisanych wierszy. Ten od bujanych oblokow. Ten zamykajacy sie w sobie burczymucha. Ten dzemojad. Ten od Gofrow w Centrum Handlowym Hit. Ten od hiszpanskich much, tudziez hiszpanskich dziewczat. Ten od Smierci co chodzi po Nocy. Ten od niezapomnianych wrazen we Lwowie. Ten od Kamili, Izy, Kasi i innych bohaterow roznych bajek. Ten od sladowych promili alkoholu we krwi. Ten od projektu mniejszosci w internecie. Ten klamczuch, co nabral pol swiata i sam zapomnial ze klamie. Ten wirtuoz bebna nieskromny. Ten odkamyka (Julito, pamietasz?). Ten od kwiatow we wlosach wakacyjnych. Ten, ktory plakal w Twoich ramionach. Ten z pod stolu. Ten miezerca. Ten opuszczony przez swiat niedoszly socjolog. Ten od Na Smykach i ten ze Smykow.

Panowie i panie:
Ja zyje!

Thursday, December 26th, 2002

-Lesley, Adam, Sorrel

Betlejem. W ciszy rodzi sie Chrystus.

Na prozno czekam na pierwsza gwiazdke. Ta nie zaswieci. Na prozno czekam na zyczenia swiateczne. Ktos zapomnial slow.
Na prozno czekam na oplatek, na garsc Boga miedzy jedna a druga koleda.

Inny swiat. Doswiadczenie niepokoju. Gdzie sie podziales Chryste? Zapomniec tak latwo.

Betlejem. To juz tylko turystyczna atrakcja. A moze jednak nie?

Boze Narodzenie z Lorena. Pichcimy kilka polskich potraw w domu wegetarian. Nie jest latwo. Rozmawiamy. W tle wynaleziona przed chwila koleda. Jak tecza miedzy nami.

Gdzie sie podzialo Boze Narodzenie? Gdzie ten klimat? Gdzie Bog?- pyta Lorena.

Gdzie sie podzialo Boze Narodzenie? Odpowiedz Boga enigmatyczna.

Lamie sie z wami oplatkiem. Niech znowu zagosci wsrod was ten, ktory zbawil swiat.

Wednesday, December 18th, 2002

Galicia, situada en el extremo occidental del continente europeo y en el extremo noroccidental de la península ibérica , es una de las regiones más bellas y de paisajes más variados de Espa?a. Contrastan zonas de monta?a como Los Ancares y El Caurel con zonas llanas como Terra Chá, y con ricos y verdes valle como los de los ríos Sil, Ulla, etc. Estos ríos desembocan en las rías gallegas que se abren al Cantábrico y al Atlántico.

Przysnila mi sie Lorena. Miala ciemne, smoliste wlosy, czarne oczy, mily usmiech, ladna dziewczeca twarz. Tanczylismy Salse w Copacabana Restaurants w centrum Manchesteru. Wreczalismy wspolnie prezent Pili. Rozmawialismy o naszych fascynacjach i sympatiach. Jedlismy wspolnie posilki. Regenerowalismy sily przy kuflu piwa i lampce wina. Udezalismy zmiennym rytmem w membrane bebna. Usmiechalismy sie i przekomarzalismy wzajemnie. Opowiadalismy sobie o naszych bylych milosnych podbojach. Probowalismy zaglebic sie w przyszlosc, ale nie za bardzo nam to wychodzilo.

Lubie Cie- mowila. Lubie cie- odpowiadalo echo.

Miala narzeczonego gdzies w centrum Hiszpanskiej Galicji. Od czasu do czasu narzeczony dzwonil do niej i rozmawiali godzinami.

Jestes zazdrosna o swojego narzeczonego? Pytalem.
Absolutnie nie- odpowiadala.

Nosila sztruksowe spodnie. rzadko widzialem ja w sukienkach. Mimo wszystko wygladala kobieco. Miala 23 lata. Ukonczyla studia na uniwersytecie.

Przysnila mi sie Lorena.

Uszczypnij sie, uszczypnij!
Lecz sen nie chcial zniknac.

Sunday, December 8th, 2002

Probuje wyobrazic sobie siebie w innej konfiguracji. Wtoczyc sie w tlum muskularnych mezczyzn, nadetnych od nadmiaru wysilku i nadmiaru pychy. Probuje ustawic sie w rzedzie takich samych meskich dowcipow, kawalow z pieprzykiem i bez. Probuje zaprzyjaznic sie z mezczyzna do grobowej deski. Nie wychodzi. Taka moja natura. Niedolezna.

Zyje w swiecie kobiet. Moj meski swiat uzupelniany jest przez wielokrotnosc kobiecych podszeptow. Przez wielokrotnosc spotkan z kobietami, z kobietami rozmow, usmiechow do kobiet. Od zawsze wolalem kobiece towarzystwo. Nie wiem dlaczego, ba, nie chce wiedziec, bo mysle, ze odpowiedz nie jest mi potrzebna do szczescia.

Do szczescia potrzebne mi Niebo.

I. pożegnanie z B.

Friday, August 30th, 2002

“Zamknęła wszystkie szczeliny rozgrzanej skóry. Od dziś będzie miała nową barwę, nowy smak. Skomplikowane struktury męskiego zapachu rozsypią się w pył, a dotyk umości się w nieznanym jej jeszcze miejscu. Włosom nocami podaruje inne tło, a oczy… Wyrzuci oczy”

Przeszłość rwie na strzępy teraźniejszość. Kiedyś znika pod naporem nowych światów, złudzeń, ludzi. Elastyczna powłoka Nieba. Niebo ciemnieje od chmur. Chmury w kształcie znaków zapytania.
Widocznie nie zmieściła się w moim ciasno upakowanym grafiku, być może tamtego dnia Niebo miało inny kolor. Widocznie nie było artyzmu w kolorze zachodzącego słońca i nadjeziornej ciszy…
I. odchodzi. Wgłąb siebie. Zwija się pod naporem pragnień, które rozsypały się w proch. I. wyrzuca oczy, nie potrzebuje już ich- wewnątrz widzi się sercem. I. kreśli ślamazarnie ołówkiem grubą linię pomiędzy Planetami.

B. czuje I. Bo jakże nie czuć kogoś, kto jest odbiciem światów. Dlatego B. tak rzadko spogląda w lustro.

I. chowa się między.
Historia kurczy się jak skórka od pomarańczy…

Pacynka

Friday, August 2nd, 2002

Opisz mnie, opisz!…- prosiła błagalnym tonem. Zachciało jej się miejsca w notatniku, zachciało jej się uwięzienia w jasno wytyczonych ścianach kartki. Zachciało jej się bohaterstwa na skalę jednoosobową. Zachciało jej się rozgłosu bez echa.

Bo lubi, jak się ktoś interesuje jej osobą. Bo lubi, jak ktoś myśli o niej jak o bohaterce. Bo lubi , jak się kto pochyla nad jej postacią zamkniętą w czterech ścianach kartki. Bo lubi, jak się o niej pamięta.

Nosiła sukienki w ciemnych kolorach. Czesała włosy w koński ogon. Stroniła od alkoholu i narkotyków. Miała swoją prywatną rybkę w akwarium. Dostała się na studia dzięki uprzejmości własnego mózgu. Skończyła szkołę z wyróżnieniem w dyplomie. Zagnieździła się w jakimś maleńkim miasteczku, w której była cisza i spokój. Nie potrafiła wymówić “r”, nie umiała grać w warcaby. Chciała zostać aktorką. Nie udało się. Ale nie porzuciła marzenia. Wcielała je w życie.

Piszę o niej opornie, bo mi wychodzą bokiem tysiące historii, które opowiadała mi chyba zbyt często. Piszę bo mi weszła na głowę. A głowa boli od ciężaru.

Więc masz swoje miejsce w dzienniku.

“Opisz mnie , opisz”- temu niedobremu dziecku ciągle mało…

Dzień w którym runął most

Friday, August 2nd, 2002

Powoli próbowałes się podmieść. Własną śliną chciałeś zatamować uchodzącą ze złamanego łokcia krew. Bolała Cię głowa. Czułeś ból pomiędzy dwiema półkulami. Przerażające odłamki myśli uwierały Ci w pamięć. Nie domyśliłeś się, że urwisko jest takie wysokie. Nie przewidziałeś bólu. Nie pomyślałeś, że to urwisko może być takie niskie. Za niskie, by umrzeć. Wstałeś. Krew łączyła się z grudkami ziemi. Widziałeś przesuwające się krajobrazy. Wspomnienia uchodziły z ciebie jak pot. Niebo miało kolor granatu. Granat miał barwę zmiętego nieba.

Widziałeś jak stał na brzegu urwiska. Jak leciał w dół. Jak zanurzal dłonie w wystające trawy. Jak spadł.Jak próbował się podnieść. Widziałeś jak próbuje zatrzymać śliną uchodzącą krew ze swojego łokcia. Jak krzywi się, jak uderza głową o ziemię. Ale ty wolałeś odwrócić głowę.
Dzień wcześniej na stacji Radom dostrzegłeś młodego człowieka, który próbuje wskoczyć do pociągu po sygnale odjazdu. Widziałeś jak nogi trafiają pod koła wagonu. Jak znikają. Słyszałeś jęk i krzyk znajomych tego człowieka i reszty pasażerów. Widziałes rozdygotaną kierownik pociągu, która histerycznie próbowała wytłumaczyć, że to nie jej wina. Uciekłes wtedy w kąt przedziału. Zamknąłeś oczy. “Jak dobrze, że to nie ja…”-myślałeś.

Ułożyłeś sobie jakoś życie. Znalazłeś znajomych, pracę. Wykreślałeś w notatniku godzinę po godzinie. Planowałeś każdą sekundę. I przez sekundę tylko myślałeś, że to wystarczy. Często zastanawiałeś się po co w ogóle się urodziłeś. Świat mógłby się przecież bez Ciebie obejść. Matka mówiła wtedy: “Trzeba żyć synu, trzeba żyć. Choćby dla mnie…”- a ty zanurzałes twarz w poduszkę i z trudem próbowałeś się pozbyć niechcianych łez…

Pomyślałeś: “Czemu on tam stoi i mi nie chce pomóc” Pamiętasz? Mial na sobie brązową koszulę na krótki rękaw, czarne sztruksy. Byl nieogolony. Z daleka widać było ubutki we fryzurze. Chciałeś roztrzaskać mu twarz, gdy się bezwiednie odwrócił i odszedł. Zachłysnąłes się wtedy krwią i upadłeś.

Mosty bywają różne. Drewniane i betonowe. Mosty wiszące, leżace itp. Mosty kolejowe i drogowe. Kładki, kładeczki… Mosty łączą. Jakieś dwa brzegi. Taki ich los ciermiężny. Ale mosty też rozsypują się. Wtedy zaczyna się tragedia…

Telefon

Sunday, June 30th, 2002

Znowu dzwoni. A niech to, czy oni nie dadzą mi nigdy spokoju?! Niezapłacone rachunki, sprawy wymagające szybkich reakcji…Może to znowu ten przykry Pan, który pragnie Cię obezwładnić słowem ostrym jak nóż…A może to Matka,Babcia umarła, a może siostra?…
Dzwoni telefon. Odebrać? Nie odebrać? Przeczekać? Dać sobie spokój? Ukryć się w róg poduszki, zamknąć uszy, próbować nie słyszeć? A może po prostu wyrzycić to cacko za okno, uwolnić się spod jarzma rzeczy, uwolnić się spod jego dźwięku?
Telefon dzwoni. Cóż powiedzieć? Jak się zachować? Jak dobrze wypaść? Jak zrobić wrażenie? A może dzwoni aby oznajmić jakąś katastrofę, słowa, które nigdy nie chciałbym usłyszeć?

Telefon milczy. Dlaczego? Znudziło mu się? No, niech ktoś w końcu zadzwoni, niech przerwie tę ciszę na wyrost!Milczy telefon. Czekasz z nadzieją w sercu na jego dźwięk. A on nie dzwoni. Zamarł w ciszy. Po głowie chodzą Ci jakieś czarne myśli, a może to już koniec? Tego, owego? Brak? Czujesz brak? A jakże!

Znowu nie dzwoni. W oknie słońce umyka, przemyka. Czekam. Czekasz.

“Jedna tylko filiżanka na stole. Róża niczyja, serce daleko, bo obok…”

Strach, lęk, fobia

Sunday, June 30th, 2002

Oto strach.
Babcia zawsze straszyła Cyganem, nauczycielka w szkole negatywną oceną, katechetka piekłem, burza piorunami, pająk wyglądem…
Oto lęk.
Lęk przed ludźmi, którzy mogą zrobić Ci w każdej chwili, lęk przd nieznaną przyszłością, lęk przed uczuciami, lęk przed nieakceptacją, lęk przed samotnością.
Oto fobia.
Strach, który paraliżuje, lęk, który uśmierca. Wszyscy ludzie pragną zrobić Ci krzywdę, cała przyszłość jest skierwana przeciwko Tobie, nikt nigdy nie będzie w stanie Cię zaakceptować takiego jakim jesteś, będziesz samotny do końca życia, ponieważ na nic innego nie zasługujesz…

Walczysz.Jak lew. Przepracowujesz się, czyścisz pokój w obawie przed pająkami, samotnie spacerujesz po parku, najlepiej po zmierzchu, żeby nie napotkać przypadkiem na swojej drodze jakiegoś Człowieka,lub odwrotnie, poznajesz mnóstwo ludzi, z wieloma się wiążesz, aby nie dać się wszechogarniającej Cię samotności.
Tracisz energię, aby nóc szybko zasnąć, by nie męczyły Cię wieczorne koszmary, myśli natrętne, nieznośne, martwe…

Codziennie słońce wschodzi i zachodzi, codziennie trawa jest zielona a niebo niebieskie. Codziennie czuwają nad Tobą dobre Anioły…

Codziennie płaczesz. Dlaczego?

Diariusz trzydniowy

Saturday, June 29th, 2002

27.06
Oczy otwierają mi się szeroko, coraz szerzej, gdy widzę mężczyznę, który podniesionym głosem rozmawia ze słupem ogłoszeniowym. Zwykła rozmowa przeradza się w sprzeczkę, a sprzeczka przeradza się w niczego sobie kłótnię. Mężczyzna ma około czterdziestu lat, ubrany jest w garnitur marki nieznanej. Nikt by się nie spodziawał, że szajba mu odbiła.

Gruby, sprawiający wrażenie niechlujnego, mężczyzna w czapce z daszkiem i wielkimi dłońmi pije coca-colę. Przygląda mi się bacznie. W końcu nie wytrzymuje, z wyrzutem pyta, czy jestem obywatelem polskim. Uzyskawszy odpowiedź nie wierzy, potrząsa czupryną:
“bo jak jak nie jesteś obywatelem polskim, to musisz mieć wizę, a jak nie masz wizy, to musisz wracać do domku”. Zastanawiam sie, kiedy dojdzie do rękoczynów. Mam małe szanse, aby wygrać ten pojedynek. Na szcęście zacietrzewiony mężczyzna daje spokój, zdenerwowany opuszcza pomieszczenie, w którym miało miejsce zajście.

Mali chłopcy wymyślili sobie grę. Będą kamieniować Ukraińców. Kamieniowano mnie co najmniej pięć razy na ulicy Kościuszki w mieście G. Ale jak widac ciągle żyję.

28.06
Gdy stoisz na szczycie i obserwujesz dno- mrowisko przechodniów, samochodów i sklepikarek czujesz o wiele większą przyjemność, niż w przypadku, gdybyś obserwował szczyt z pozycji dna.To nie byłoby to samo niebo i ten sam błękit.

Ulica Wolska. Jedna z ulic stolicy. I taka myśl podniebna we mnie.

Przyjrzyjmy się temu zachwycającemu zjawisku bycia nad. Przytoczmy parę przykłaów słów o takim przedrostku: nadzwyczajny, nadrealny, nade mną, nadprzyrodzony, nadrzędny. Błogosławieństwo górnolotne. Zawsze marzyłeś, aby wzlecieć ponad przeciętność. Marzyłeś, by choć przez chwil kilka poczuc się panem własnego losu, własnej historii. Gdy dotykał Cię jakiś problem, zawsze chciałeś być nad tym wszystkim co Cię trapi, boli złości. Pragnąłeś być bogiem? Dla siebie? Dla innych? Pamiętasz swój pierwszy bunt, kiedy nie chciałeś już, aby matka schylała się nad twoim ciałem, myła je, nacierała plejkiem? Wstyd. Ale jednocześnie myśl- że ja przecież sam mogę to zrobić. Bez niczyjej pomocy. Wzlecieć ponad bezradność. Stawić jej czoła. Cała przyjemność być na szcycie i obserwować mrowie budowli, przechodniów, aut i sklepikarek.
tak trudno jest przyzwyczaić się do myśli, że gdzieś na dnie, wtym mrowiu jesteś i Ty, a ktoś podobny do mnie właśnie sobie zerka na dół i czuje błogość bycia nad.

29.06
Wreszcie mogę zdjąć czarne okulary, które wbijają mi się w głowę- efekt złego dopasowania na chińskim bazarku, bądź efekt powiększenia się mózgu w wyniku problemów, które wyłaża mi już uszami. Takie bunczuczne.I takie śmieszne.

Appendix
W kampusie uniwersyteckim spotkanie z Wojtkiem J. Dwóch folkomaniaków po roku od ostatniego spotkania wymienia się trapezem życia. Silny uścisk dłoni na do widzenia ratuje sytuacje. Grunt to nie zajść za daleko we wspomnieniach.

Zdarzyło się w Lutzersommer

Friday, June 28th, 2002

Nie przeszkadza Ci to, że mam spocone dłonie? To przecież nie jest przyjemne… Wiesz, to nie będzie takie proste… Poukładałam sobie wszystko, było dobrze, a teraz znowu muszę sobie z tym wszystkim dawać radę… Ja nie potrafię dawać kosza… Ty mnie nie słuchasz… Jak Ty to sobie wyobrażasz? Nie wiem. Musimy się zdynsansować od tego wszystkiego. Tydzień wystarczy? Poradzisz sobie?

K. wplątała się w tę historię pocichu, niespodziewanie. Delikatnie wkradała się w codzienność. Wspólne śniadania, obiady, kolacje, wycieczki rowerowe, spacery, huśtawki. Wspólna zapewne historia, wspólne doświadczenie. Wspólna wiara i wspólne marzenia. K. potrzebowała bliskości, akceptacji, rozmowy. Chmury gradowe też wspólne. Wspólna ucieczka od przeznaczenia. Niewykluczone, że wspólna ucieczka w przeznaczenie.
Miłość przejawia się na wiele sposobów. Czasem zlewa się z uśmiechem, czasem mieszka między niewypowiedzianymi słowami.
K. uwielbia dżem truskawkowy. Uwielbia opowiadać bajki. Uwielbia filmy.
Tato. Na dźwięk tego słowa K. ucieka w przeszłość. Tato to dla niej świętość. Tato nie żyje. Ale jest Pamięć. Wiecznie żywa.
K. nie może się uwolnić od historii… I chociaż często próbuje o niej nie pamiętać, historia powraca z coraz większą siłą rażenia. K. boi się mężczyzn. Mężczyźni przesiąknięci są jej nieznośną historią. K. boi się.

A może to jeszcze nie nasz czas?

Poeta

Thursday, June 27th, 2002

Dziś poeta Ł. czyta swoje wiersze. Pokasłuje trochę, przeprasza, czyta i dalej pokasłuje. Oddycha ciężko- sprawia wrażenie gruźlika. Broda dodaje mu animuszu. Tajemnicy i wrażliwości. Okulary dodają mu inteligencji.
Jego wiersze to w większości wynik obcowania z ludźmi, przedmiotami, a nawet myślami. Każdy wiersz prawie ma adnotację- “dla”. A więc dla Joli W. w pociągu do Białegostoku, dla Oresta Ś., dobrze zapowiadającego się naukowca, dla innego poety- Dmytra P., za jego wkład w rozwijanie świadomości narodowej na Ukrainie. Znajdują się tam też wiersze dla sympatycznej Doroty S., która napisała pracę magisterską o poecie Ł., dla Julii M.- bo sympatyczna, itd., itd.

Poeta Ł. uczył nas kiedyś recytacji poezji Łesi Ukrainki. Nie było zdania, które uznałby za dobrze wyartykułowane. Na pocieszenie częstował cukierkami i orzechami. Poeta Ł. ubiera się jak chce. Raz nakłada szerokie jeansowe spodnie a do tego marynarkę, innym razem spodnie sztruksowe, a bez marynarki. Buty znoszone, bo przecież poeci to biedny lud, a słowo ciągle jest mniej cenione niż np. dobre auto, czy jakieś przestronne mieszkanie.

Poeta Ł. lubi Podlasie. Bo i stamtąd pochodzi. I się nie wstydzi, że z ziemi biednej, rolniczej. Bo to jego Ojczyzna, tak samo ważna jak Ukraina, czy Polska.

Poeta Ł. łapie się za brodę. Będzie myśleć. Oj, nie radzę mu teraz przeszkadzać!

Do Stachury, na Wólkę

Wednesday, June 26th, 2002

Podniebne spotkanie z K. Wspólnie wyruszamy na Wólkę Węglową, na grób Stachury. K. swego czasu zajmował się opracowywaniem bibliografii twórczości Steda, teraz zajmuje się głównie przesiadywaniem w warszawskiej Norze i delektowaniem się piwem. Kupujemy kilka zniczy, mamy nadzieję odwiedzić też Himilsbacha. Ostatni raz byłem na grobie Steda dwa lata temu. K. codziennie tu przychodzi. Pielgrzymka do Poety ma dla niego zbawienne właściwości. K. może też wtedy poczuć się Poetą.Bo przecież każdy jest poetą i wszystko jest Poezja.

Odczytujemy małe karteczki przypinane przez miłośników twórczości Stachury. Mają zapach chryzantem, zapach Śmierci. Tych wszystkich młodych ludzi ciągnie do świata po tamtej stronie, widząc w nim zbawienie od Codzienności.
A. np. pisze: “Sted, ja wiem, że Ci tam w Niebie dobrze, ja też tam niedługo, zobaczymy się prędzej niż myślisz” albo R. “Sted pije za ciebie każdego dnia”, albo A.(2)”W tym Niebie to jest jakaś Poezja?”, albo I. “Kocham Cię. Twoja I.” Albo N.”Brakuje mi ciebie Sted”.

W 1979 roku Stachura popełnił samobójstwo. Dostrzegł, że Poezja, której szukał, umknęła mu gdzieś, wiatr rozwiał ją na wszystkie strony świata…

Stachura przeciwstawiał się nieautentyczności- przerażała go maskarada świata, kreowanie siebie na postać, jaką się nigdy nie było.

Sam uległ mitowi. Mit Stachury do dziś zagraża jego Poezji. Ale może to nie problem. Może, rzeczywiście Wszystko jest Poezją?
Jak wszystko, to wszystko.

Bajka tylko dla dorosłych

Tuesday, June 25th, 2002

Stałaś nieruchomo. Przygryzałaś wargi. Płakałaś. Wzrokiem zlizywałaś taflę szyby. Świt przerażał cię, wypełniał lękiem. Drżałaś. Naga wypatrywałaś Przyczyny. Odnajdywałaś tylko skutki. To miała być wyjątkowa noc. Była na swój sposób wyjątkowa. Miała smak tranu. Pierwsza w twoim życiu szklanka tranu.

Miałaś na sobie niebieską sukienkę w drobne groszki. Wiedziałaś, że uwielbiam cię w tej sukience. Przyniosłem Ci bukiet polnych kwiatów. Ucieszyłaś się jak nigdy dotąd. Długo rozmawialiśmy. Ileż było przy tym zabawy, ile śmiechu. Moje dowcipy zaczęły cię w końcu bawić. Podejrzana zmiana.

Zbliżyłaś się do mnie. Pocałowałaś. Pachniałaś nie wiedzieć czemu wiśniami. Patrzyłaś mi prosto w oczy. Zagłębiałaś się w nie. Przenikałaś szarość, zieleń i błękit tęczówki. Sam nie wiem kiedy pozbyliśmy się ubrań. Zachwycaliśmy się swoją nagością, tonęliśmy w zachwycie. Twoje ciało drżało z podniecenia. Moje ciało drżało z podniecenia. Rozkosz wylewała się z nas- w toni westchnień, czułości, orgazmów.
Dotknęłaś delikatnie wilgotnego członka. Krótko masowałaś. Próbowałaś wydobyć ze mnie jakąś maksymalną podnietę. Zbliżyłaś waginę.
Właśnie dziś postanowiłaś, że będziemy jednością.

Przeraziłem się. Sam nie wiem czego bardziej- niecodziennego zachowania, czy może perspektywy dziecka. Pchnąłem cię mechanicznie, agresywnie nawet.

Wszystko wirowało. Pode mną, nade mną i wokół mnie. Byłem zły. Bardzo zły. Chciałem zapomnieć o tej nocy. Rozkosz zamieniła sie w silny ból głowy.

Nie zapytałaś nawet- dlaczego? Stałaś nieruchomo. Przygryzałaś wargi. Płakałaś Wzrokiem zlizywałaś taflę szyby. Drżałaś. Delikatnie wytarłem ci oczy. Przytuliłem mocno. Mocniej przytulić mogła już tylko śmierć.

Spojrzałaś na mnie. W twoich oczach zgasła ostatnia iskra.

Słońce wzeszło o czwartej piętnaście…

Spotkajmy sie na szlaku

Monday, June 24th, 2002

Śniła mi się droga.Wydeptana ludzką stopą, krowimi kopytami, odciśnięta przez koła wozów, traktorów i motocykli. Wiodła przez las, wchodziła w sukurs z łąką, bałamuciła pola z łanami zbóż. Prowadziła Donikąd. A więc swój koniec miała tam, gdzie swój początek. Uwiodła mnie. Rozkochała. Zaszczepiła grudki ziemi, liście drzew, woń kwiatów. Stała się nierozłączną częścią. Całym światem. Miłością.

Ciągnie Cię do zieleni, Błękitu, do gór, gdzie bliżej słońca, bliżej Nieba, bliżej Raju. Ciągnie cię do Nieznanego. Kuszą gesty, twarze, słowa.Kuszą przestrzenie nie do ogarnięcia- nic na wyciągnięcie ręki. Wędrowcą się nie staje. Wędrowcą się jest.

Między Przysłupiem a Nowica spotykasz staruszkę, która rąbie drzewo. Zamieniasz parę słów, pomagasz ułożyć polana w gustowny stos. Staruszka zaprasza cię do siebie, częstuje paczami i herbata z miodem. Kozły beczą. Wiatr kołysze się pod strzechą.

Wchodzisz na szczyt. Ledwie stawiasz kroki. Ciążka robota stawiać tak kroki tylko pod górę. Ale za to jaka przyjemna nagroda. Spojrzysz potem w dół i zobaczysz, że świat w rzeczywistości piękniejszy jest niż sobie to wyobrażałeś.

Stopy bolą, nieprawdaż? Pełno na nich odcisków i zadrapań. Blizn trochę. Od kamienia, który wpadł ci do buta zrobił się niemały otwór w pięcie. Pożyczasz opatrunek od wędrowcy, który wita cię radosnym pozdrowieniem. I jakoś radośniej w sercu. I ból nieco mniejszy. I świat bardziej Błękitny.

Rozbijasz namiot w lesie, wschłuchujesz się w odgłosy sów i nietoperzy. Wyciągasz organki, zaczynasz grać sobie tylko znaną melodię. Księżyc przygląda Ci się badawczo.

Wędrówka z I. Taka podniebna, błękitna, zielona. Wytyczona przez przypadek. Uniżona do chleba z masłem i tłustej konserwy tyrolskiej. Wędrówka jaką pamięć zakreśliła w Pamięć.

Do zobaczenia na szlaku, gdzieś Między znajdzie się miejsce dla Ciebie.

Ojciec

Sunday, June 23rd, 2002

A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka a Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi! (27) Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (28) Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. (29) I rzekł Bóg: Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. (30) A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona. I stało się tak. (31) A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. I tak upłynął wieczór i poranek -dzień szósty.”

Stworzył człowieka. Być może w alkoholowym amoku, nieświadomy tego co się właśnie stało. Brzydził się jego krzyku, zapachu pieluszek, które trzeba było wyjątkowo często prać. Nie potrafił mu powiedzieć, że go kocha. To było ponad jego siły. Pocałował go tylko raz, człowiek poczuł na swojej twarzy twardy zarost swego pijanego ojca. Był kimś z innej bahki, kimś, kto jest tylko od czasu do czasu. Aby obronić przed uderzeniem matki, która nie szczędziła sił, by dać upust swoim powyginanym i postrzępionym nerwom. Nie było go, gdy potrzebował tego najbardziej. Nie było go, gdy jego dziecko myślało o samobójstwie, gdy pierwszy raz przyprowadziło do domu swoją narzeczoną, nie było go, gdy otrzymało nagrodę w bardzo w jego życiu znaczącym konkursie literackim.

A mimo to jest w sercu. Ponad to wszystko, co wydaje się by ponad miarę ludzkiej miłości. Ojciec.

Widzieć go i powiedzieć- dziękuję, że byłeś, nawet wtedy,gdy wydawałeś się Pustką…

Teatr swój widzę malutki

Friday, June 21st, 2002

“Obywatelu Poeto! Niestety nie mozemy przyjąć Pańskiego tekstu do druku. Zbyt banalny i lekkoduszny. Czytelnik potrzebuje napięcia, a nie monotonnych obrazków patologii. To ma na codzień. Nie warto drażnić Czytelnika.Mam nadzieję, że weźmie Pan sobie te słowa do serca, dojrzeje w Panu myśl. Czekamy więc na próby doskonalsze artystycznie. Do dzieła, Obywatelu Poeto! Z poważaniem. Redaktor literacki D.K.”

Twój sekret tkwi na dnie szuflady. W nmiejscu, do którego nie chciałbyś zaglądać.Wstydzisz się go bardziej niż intymnych przestrzeni własnego ciała. Na dnie szuflady spoczywa dowód Twojej klęski. Nie jeden tę klęskę potraktował zbyt serio. Została mu tylko ta szuflada. A poza nią tylko głucha cisza…

***
scena pierwsza-sala tonie w mroku-kilka chwil Ciszy-aż boli-z każdego rogu sali inny rodzaj muzyki- łączy je jedno-przerażenie- po plecach przechodzą ciarki-widz musi to poczuć- musi posmakować- przerażenie cisza mrok- ktoś z sali przełamuje barierę- chrząka- tego można było się spodziewać- to jest w scenariuszu- naturalna reakcja obronna- smuga światła- smuga cienia- scena- na podłodze trzy postaci- I. R. D.-leżą nieruchomo-złudzenie śmierci-nie-postaci powoli podnoszą się-na czworakach- przytrzymując się ręką podłogi- do pozycji wyprostowanej-smuga światła- barwyn jaśnieją- na twarz, panie latarniku na twarz tę latarkę- cienie prawie znikają- postaci obejmują wzrokiem salę- dziwią się- na dnie mózgu miliony znaków zapytania- (tylko jak to zagrać?)- smuga światła blednie- mrok pochłania salę- muzyka wyrażas grozę- widzowie powinni teraz poczuć zmęczenie-
scena druga- światło tylko na sylwetce I. – obok leżą R. i D.- mają leżeć- pozycja niedbała-I. powoli podnosi się z podłogi-dotyka R. i D.- włosów- twarzy- rąk- potrząsa nimi- szarpie- życie a oni nie żyją- I. wzrok zatrzymuje między sufitem a głowami widzów- złość- rozczarowanie- niemoc-grymas- chrypliwy głos z wnętrza jej ciała krzyczy- dlaczego?!!!- światło gaśnie- szepty widzów- tak ma być- cisza-
scena trzecia-pokój- tapczan- szafa- stolik- na stoliku między kwiatami-gozdziki-róże-tulipany- ikona Matki Boskiej- Matka I. kolęczy- modli się- modlitwa wyuczona-Ojcze nasz- zawiesza się między ikoną a- cień- ojciec I.- nad Matką I.- ty stara tylko gadasz te pierdoły i co- i gówno- ojciec I. rzuca talerzem z kuchni- Matka Boska w szkle własnej galanterii- Matka I. rzuca się na Ojca I.- ojciec I. śmierdzi alkoholem-tworzy liczne zadrapania na przedramieniu Matki I.krzyk- I.- pojawia się zwabiona krzykiem- a Ty co Matuli bronić?!- siniak na twarzy I.- znaczy tyle co nic-mrok-
scena czwarta- światło tylko na sylwetce R.- obok leżą I. i D.- mają leżeć- pozycja niedbała-R. powoli podnosi się z podłogi-dotyka I. i D.- włosów- twarzy- rąk- potrząsa nimi- szarpie- życie a oni nie żyją- R. wzrok zatrzymuje między sufitem a głowami widzów- złość- rozczarowanie- niemoc-grymas- chrypliwy głos z wnętrza jej ciała krzyczy- dlaczego?!!!- światło gaśnie- szepty widzów- tak ma być- cisza-
scena piąta-R. na przerwie między zajęciami- przemierza drogę od ściany do kręgu chłopców- kuleje- kule ledwie wytrzymują jego ciężar- kuternoga idzie- pod nosami ta sama śpiewka w kręgu chłopców-śmiech-R. przerażony odchodzi-bez słowa- spojrzenie zawiesza na twarzach kolegów- łzy w oczach- jak na pogrzebie-
scena szósta- światło tylko na sylwetce D.- obok leżą I. i R.- mają leżeć- pozycja niedbała-R. powoli podnosi się z podłogi-dotyka I. i R.- włosów- twarzy- rąk- potrząsa nimi- szarpie- życie a oni nie żyją- D. wzrok zatrzymuje między sufitem a głowami widzów- złość- rozczarowanie- niemoc-grymas- chrypliwy głos z wnętrza jej ciała krzyczy- dlaczego?!!!- światło gaśnie- szepty widzów- tak ma być- cisza-
scena siódma-matka D. w kuchni- kotara- pokój-ojciec D.- matka D. gotuje obiad- ojciec D. czyta gazetę- sielanka domowa- w telewizji głos pana S.- D. podbiega do ojca- próbuje wspiąć mu się na kolana- ucałować- przytulić- ojciec odpycha D. – idź się pobaw z G.-ojciec jest zmęczony- daj spokój dziewczyno- masz kup sobie coś- idź i sobie coś kup- banknot dwudziestozłotowy- kup sobie jakąś książkę- idź już- no idź- D. rozczarowana odchodzi-mrok-
scena ósma-sala tonie w mroku-kilka chwil Ciszy-aż boli-z każdego rogu sali inny rodzaj muzyki- łączy je jedno-przerażenie- po plecach przechodzą ciarki-widz musi to poczuć- musi posmakować- przerażenie cisza mrok- ktoś z sali przełamuje barierę- chrząka- tego można było się spodziewać- to jest w scenariuszu- naturalna reakcja obronna- smuga światła- smuga cienia- scena- na podłodze trzy postaci- I. R. D.-leżą nieruchomo-złudzenie śmierci-nie-postaci powoli podnoszą się-na czworakach- przytrzymując się ręką podłogi- do pozycji wyprostowanej-smuga światła- barwyn jaśnieją- na twarz, panie latarniku na twarz tę latarkę- cienie prawie znikają- postaci obejmują wzrokiem salę- dziwią się- na dnie mózgu miliony znaków zapytania- (tylko jak to zagrać?)- smuga światła blednie- mrok pochłania salę- muzyka wyraża grozę- widzowie powinni teraz poczuć zmęczenie-
postaci odchodzą- zostają po nich tylko zapalone świeczki- światełka w ciemności-

***
W małej miejscowości K. w Bieszczadach tworzymy grupę teatralną. Kwalifikacja przebiega kilkutorowo- po pierwsze przyglądam się twarzom potencjalnych kandydatów do udziału w sztuce- muszą mieć wyraz- muszą emanować- trudna sztuka inności, gdy wokół wszystko takie same. Po drugie szukam osób, których głos będzie uwodził,wywoływał napięcie- szok- paraliż. Po trzecie szukam postaci o sylwetkach ukształtowanych- wyrazistych. Ale to jeszcze nie wszystko. Najważniejsza jest umiejętność pracy w zespole.

K. szuka czystej przestrzeni sceny- nie chce się pobrudzić- przez dziesięć minut próbuję ją ułożyć w taki sposób, by zgrać światło i cień. Muszę jeszcze wziąć pod uwagę ruchy widzów- każde machnięcie ręką, sięgnięcie po chusteczkę może zniszczyć godzinami wypracowywaną odsłonę- G. zastanawia się w jaki sposób dotykaćwłosów K.K. nie zgadza się na każdy ruch G.Próbuje się zasłaniać prywatnością. Ktoś powiedział, że człowiek w stosunku do nieznajomego wytwarza tak zwany pas bezpieczeństwa.Pas intymnej odległości. Teatr często musi przełamywać wpajane przez społeczeństo zachowania.
W sztuce mieliśmy użyć czterech magnetofonów, które ustawilibyśmy w każdym rogu sali- pech chciał, że dwa magnetofony nie znalażły się na czas. X. zasugerował, że muzykę można samemu stworzyć- własnym głosem-oddechem-szeptem. Więc próbujemy- okazuje się, że F. świetnie tworzy głosem atmosferę przerażenia i grozy. Ale jego głos rozbawia część osób, które nie biorą udziału w grze. F. peszy się i nie chce śpiewać. Ciężki orzech do zgryzienia. Robię podkład do sztuki razem z F., żeby mu było raźniej.
Chcieliśmy wystawić sztukę po kilku tygodniach prób. W rzeczywistości codziennie wystawialiśmy jakąś część owej sztuki. Na oczach publiczności. Dawaliśmy jej z siebie wszystko, co potrafiliśmy wykrzesać ze swoich ciał, głosów… Premiery nie było.

***
“Szanowny Panie Redaktorze. Dziękuję Panu za pouczający list.Obiecuję, że nigdy nie dojrzeję. A Pańskie pismo mam w dupie. Na poezji, Panie, nie zarobisz. Z poważaniem B.M.”

Zapach skoszonej trawy

Thursday, June 20th, 2002

Zagryzam tabliczką czekolady nieprzespaną noc. Parafraza własnego wiersza. Tonę w setkach kartek do przepisania, opracowania i skatalogowania. Za oknem pachnie świeżo skoszona trawa. Dzieciaki grają w piłkę. Dwaj mężczyźni rozmawiają racząc się tanim winem. Niby banał codzienności… A jednak…

W W. sezon sianokosów. Z. zapuszcza silnik w traktorze. Wyciera zabrudzone olejem i smarem ręce. Przeklina pod nosem. Z nieba leje się żar. M. przygotowuje dmuchawę. J. taczkami wywozi gnój z obory. W miejscowej szkole podstawowej dzieciaki porządkują ogród. Zbierają kwiaty do wazonów. Na cmentarzu spoczywają zapomniane groby.
Zamordowana łąka. Czas zebrać żniwo kosiarek. Starsze kobiety i młode panny zgrabiają trawę w jedno miejsce, tworzą sterty. Bogatsi rolnicy podjeżdżają ciągnikiem z przyczepą samozbierającą, wyręczając swoje żony i córki w ich robocie. Idylla trwa do późnych godzin popołudniowych. Potem czeka kąpiel, łyk piwa, telewizja a i czasem seks po dobrej robocie…
Z. twierdzi, że ropy nie starczy. A ropa ostatnio coraz droższa przecież. Żona Z. wyciąga portfel, podaje banknot stuzłotowy. Wystarczy?-pyta. Z. odpowiada od niechcenia-może i wystarczy…
J. jest już po robocie. Teraz wybiera się do swojej Niusi. Popieści ją i wycałuje… Koguty pieją…

Czekolada nie pomaga. Filiżanka kawy na wzmocnienie. Wciąż czuję zapach świeżo skoszonej trawy. Zieleń zalewa mnie jak krew.

Ona i duchy

Wednesday, June 19th, 2002

(Każda historia ma swojego bohatera. Póki istnieje bohater, istnieje historia. Czasem jednak zdarza się Przypadek. Bohater nie potrafi sobie z nim poradzić. Pada z wycieńczenia. Wtedy historia wskrzesza Bohatera. I życie toczy się dalej)

Złapał Cię za włosy. Bolało. Nawet nie pisnęłaś- bo i poco. Zaksztusiłaś się własnymi łzami. Patrzył na Ciebie otępiałym wzrokiem. Ciężko dyszał. Szarpnął za rękę. Odcisnął dłoń na Twoim przedramieniu. Rozerwał sukienkę-nawet przez myśl Ci to wtedy nie przeszło, że sukienkę kupiła Ci matka na twoje urodziny kilka dni temu. Włożył rękę między Twoje uda. Odnalazł pochwę. Smierdział alkoholem. Rozpiął rozporek. Przestraszyłaś się jego nabrzmiałego penisa. Później pamiętasz tylko mnóstwo światła. Wszystko zaczęło wirować. Zwymiotowałaś. Gdy się ocknęłaś, byłaś s a m a.Spojrzałaś na prześcieradło mokre od krwi, spermy, wymiocin i łez. Wszystko się w Tobie trzęsło. Cała dygotałaś w spazmach. Wmawiałas sobie, że to tylko zły sen. Uszczypnęłas się nawet w przegub dłoni. Lecz to nie był sen. Znieruchomiałaś w przerażeniu.

Razem odwiedziliśmy kiedyś pracownię literacką. Opowiadałaś o swoich wierszach. W.M. zarzucił Ci dłużyznę i banalność utworów. I skąd te duchy u Ciebie-pytał. One są wszędzie-odpowiedziałaśKiedy jestem sama i gdy jest wokół mnie mnóstwo ludzi. Zabieram je ze sobą w podró- nawet, jeśli nie mam ochoty na ich towarzystwo same wypełzają szczelinami drzwi i okien i mnie gonią. Siadaja na ramieniu. Oplatają szyję.

Znalazłaś się w szpitalu. Miałas płukanie żołądka. W Twoim organiźmie stwierdzono dużą ilość środków nasennych. Nie masz pojęcia ile par oczu patrzyło na Ciebie, kiedy sanitariuszi lekarz próbowali umieścić Cię w karetce…Zapamiętałem, że się wtedy do mnie uśmiechnęłaś. A ja odwróciłem głowę.

Próbowałaś to zrobić po raz drugi. Przybiegłaś, żeby mi o tym powiedzieć. Oczekiwałaś pomocy. Potrafiłem Cię tylko rozbawić do łez.

Czasem za dużo wypiłaś. Byłaś taka zabawna. Łapałem Cię wtedy z M., myśląc, że zwariowałaś. Śmiałaś się, że nie potrafiliśmy Cię dogonić. Lubiłaś wygrywać. A my, nie lubiliśmy przegrywać.

W Bogu szukałaś tego, czego nie dawali Ci ludzie. Zbyt wiele chciałaś. Rozczarowałaś się?

Notujeszw kalendarzu swoje myśli. Czasem dyskretnie w nie zaglądam. Wtedy kartki pokazują mi język. Jesteś jak mgła. Gęsta od wilgoci.

Każda historia ma swojego Bohatera

Urodziny

Tuesday, June 18th, 2002

Kamili-

Boisz się mojego wzroku na Twojej twarzy. Reagujesz niezadowoleniem. Męczy Cię milczenie między mną a Tobą. Tworzysz przestrzeń wolną od ciepła rąk i oddechu. Czujesz, że w przeciwnym razie mogłyby wrócić tamte czasy. Szczęście i nieszczęście na wyciągnięcie ręki. Ty wolisz pustkę.

Wpatruję się w kształt zabrudzonej tłuszczem fotografii. Palcem obejmuję sylwetkę umieszczonej na niej postaci. Pod opuszkami wyczuwam drwinę, ironię, radość uśmiech, zdziwienie, agresję, czułość, miłość i nienawiść. Fotografia pęka pod ciężarem myśli. Myśli zalewają przestrzeń od kąta do kąta.

Zapewniasz, że jestem Ci bliski. Że zawsze będę miał swoje miejsce w Twoim sercu i w Twoich myślach. Ciekawe jaki masz wtedy wyraz twarzy, jaki grymas, jak układają Ci się wtedy mimiczne zmarszczki- kiedy mówisz?
Toniesz w nieuporządkowanym świecie. A świat drwi z Ciebie. Na przekór.

Probuję uciec w sen, próbuję uciekać, zamykać się w nieczułości. Próbuję racjonalnie wytłumaczyć sobie, że to tylko głupi, sfrustrowany sentyment. Tęsknota jest silniejsza. Miłość wgryza się w zamaskowany świat iluzji.

Patrzysz. Czekasz aż wręczę Ci pęk czerwonych róż, aż pocałuję Cię w policzek, powiem kilka słów. Masz twarz skąpaną w słońcu. Aż się dziwię: czy to możliwe? Dziś są Twoje urodziny.

Warszawa Toruń Warszawa

Monday, June 17th, 2002

Jedni czytają gazety. Inni książki. Ktoś śpi, ktoś właśnie ziewa. Ktoś wpatrzony w okno przygląda się uciekającym krajobrazom i miejscom. Czasem dziecko odezwie się donośnym głosem. Ktoś się wtedy przebudzi, ktoś odłoży na chwilę książkę i gazetę, ktoś przestanie przyglądać się krajobrazom i mijanym miejscom, odwróci głowę- spojrzy w stronę odbijającego się o ściany pociągu głosu. Ktoś chrząknie ze złości. Ktoś zmieni przedział. Albo włoży sobie zatyczki do uszu.
Nie ma już bezpośredniego połączenia osobowego między Warszawą o Toruniem. Ileż przez to człowiek zyskuje- spacery od peronu do peronu, kilkukrotna proba wspięcia się do wagonu, zaladowania torby podróżnej na półkę. Czysty sport i czysta przyjemność. Dla ciała.

Nie ma już tego klimatu w pociągach osobowych, które spotykałem na trasie Siedlce- Białystok. Nikt nie próbuje nawiązać z Tobą kontaktu, nikt nie robi sobie przerwy na haust wiśniówki albo piwa browaru Łomża. Nie ma pań puszystych o spracowanych rękach, które wcinają świeżo wędzoną swojską kiełbasę z czosnkiem. Jedzą pomidory i jabłka. Nie ma dialektów ludowych, typowego swojskiego a i wschodniego czasem zaciągania. Nie ma możliwości pogrania w pokera z konduktorem albo w szachy. Nie ma piosenek z gitarami i Starego Dobrego Małżeństwa w plecaku.

Nie wypada.

Przepis w przewozach pasażerskich mówi, że zakłócanie porządku (a więc glośne rozmowy, granie na instrumentach) grozi kara grzywny. Przepis mówi też, że konduktor nie może grać w pokera ani w szachy podczas wykonywania czynności służbowych. Przepis zabrania spożywania alkoholu w pociągu, niekulturalnego jedzenia (żaden okruszek nie może pojawić się na siedzeniu inaczej mandat).

Nie wypada płakac dziecku w pociągu, bo co ludzie pomyślą. Nie wypada pachnieć czosnkiem, bo zbyt intensywny zapach, nie wypada używać mowy gwarowej, bo ustawa o języku polskim i ktoś może oskarżyć o “wieśniaczą naturę”.

Nie wypada żyć po swojemu.

Takie czasy, panie Zbysiu, takie czasy…

Sen

Sunday, June 16th, 2002

I obudziłem się w nocy pełen znaków zapytania. Spocony do granic możliwości bólu przysiadłem na podłodze i niespełna rozumu zlizywałem minioną noc. Dziś w nocy wkradło się w mój sen druzgopcące pytanie. Dlaczego unikamy bezdomnych, trędowatych, bezbożnych i pobożnych, rozwrzeszczane niemowlęta, staruszków śmierdzących historią, dzieci z zespołem Downa, kalekich, więźniów, pederastów i pedofili, lesbijki i homoseksualistów, trupów, brzydali, łysych, Żydów i komunistów, Ukraińców, Rumunów i Cyganów, grabarzy i śmieciarzy, grubych i anorektyków… Dlaczego unikamy szczerych odpowiedzi i prawdziwych pytań, niepowodzeń i klęsk życiowych i żywiołowych, sytuacji bez wyjścia i sytuacji z nie jednym wyjściem, dlaczego unikamy Siebie i Innych?
I stanęło mi w gardle to pytanie. Lecz udało mi się go w porę wyrzygać. Dzięki temu zdołałem się nie zadławić.

Spotkanie

Saturday, June 15th, 2002

Wczoraj na rogu ul. Puławskiej i Al. Lotników spotkałem M.H. Poznałem go po typowym chodzie, sprężystym i ciężkim. Uśmiechnięty podał mi rękę i zamienił parę słów w swoim języku. Jakimś takim pełnym bólu…

1. M.H. przez rok szukał pracy. Czasem natrętnie zaglądał do każdego mieszkania na Mokotowie czy Ursynowie, by zapytać czy ich lokatorzy nie potrzebują jakiejś choćby najmniejszej pomocy. On dużo nie chciał- dziesięć złotych za naprawienie komputera czy gniazdka elektrycznego wystarczyłoby mu w zupełności. Byle tylko miał za co kupić jedzenie.
A nie jadł czasem przez tydzień. W kartonie trzymał suszone śliwki, przywiezione z Kijowa, którymi zagryzał ranek, południe i wieczór. Od czasu do czasu pomagał mu S., kupował jogurty i chleb.
M.H. często odwiedzał różne fundacje i stowarzyszenia, próbował wybłagać parę groszy na buty,bo stare miały kilka dziur, a zima przecież była za pasem.
Nosił te same skarpety przez tydzień,jego stopy śmierdziały czasem tak mocno, że aż nieprzyjemnie było go odwiedzać. Nie wiem co było bardziej racjonalną przyczyną- nie miał proszku, czy nie miał chęci do prania?
Latem 2001 roku szajka bandytów pobiła go dotkliwie. Przez miesiąc z twarzy nie schodziła mu opuchlizna.
M.H. broniąc się przed śmiercią głodową nielegalnie podłączył się do sieci telekomunikacyjnej. Jednak ten precedens nie trwał długo. M.H. musiał pozbyć się urządzenia, aby uniknąć oskarżenia o przestępstwo. Potem M.H. pracował jako konsultant firmy kosmetycznej, próbował sprzedawać szampony i odżywki. Niewielu miał klientów, ale wystarczojąco by kupić chleb raz na kilka dni.

M.H. jadł łapczywie. Potrafił zjeść cały chleb, w ciągu pięciu minut. Brał wielkie kęsy i nie wiem z czego to wynikało.

M.H. przyjechał do Polski studiować. Choć tak naprawdę chciał się wyrwać z jego ojczyzny, Ukrainy, w której nie widział perspektyw na godne życie. M.H. pochodził z rodziny inteligenckiej, matka była pielęgniarką, ojciec fotoreporterem w jednym z kijowskich dzienników. Rodzice nie dostawali pensji czasem przez kilka miesięcy. Żyli z tego, co zdążyli posadzić w ogródku i z kredytów, których prawdopodobnie nigdy nie będą w stanie spłacić.

Na rogu Puławskiej i al. Lotników spotkałem M.H. Marynarka zabrudzona obfitym łupieżem, w klapie marynarki etykietka 10 lat internetu w Polsce- nie wiem po co to komu-
M.H. sprężystym i ciężkim krokiem ruszył, by zdać kolejny egzamin w swoim życiu…

Einhorn- my Heimat

Friday, June 14th, 2002

Gertruda śpi. Obejmuje poduszkę obiema rękami. Na twarzy rumieniec. Obok, na stoliku, butelka koniaku. Ćmy tańczą pod sufitem. Na suficie cienie zapalonych za oknem lamp i gwiazd. Verden, 14 czerwca 2002 roku

***
Gertruda bawi się w chowanego. Tym razem będzie szukał Thomas, chłopiec z sąsiedztwa, niski okularnik o twarzy ryby. Ale Gertruda lubi Thomasa i lubi zabawę w chowanego. Ukrywa się w pniu niedawno ściętego drzewa. Wielki ponad stuletni dąb. I wielka dziura w pniu wielkiego dębu. Gertruda z trudem wciska się do środka, przy okazji niszczy nowe rajstopki- matka będzie się złościć. Thomas zaczyna szukać. szuka ponad godzinę i nic. Gertruda się niecierpliwi. Ciasno jej w tym pniu. Poddaje się. Thomas nie wierzy, że Gertruda mogła wybrałać tak dziwną kryjówkę. Gertruda próbuje się wydostać z pnia drzewa, ale nie potrafi. Thomas też nie jest w stanie jej wyciągnąć. Stary Bernarg siekierą rozłupuje pień stuletniego dębu. Aż lecą wióry. I łzy z oczu Gertrudy. Gertruda boi się śmierci.

***
Gertruda chce dzisiaj przygotować rosół z koguta. Kogut wcale nie chce być ofiarą Gertrudy. Ale ona jest uparta. Biega po całej zagrodzie za kogutem. A kogut ucieka, ucieka… Ale ile może tak uciekać, w końcu się poddaje.
Gertruda siekierką odcina głowę kogutowi. Kogut jęczy, wierzga, wije się z bólu. Ucieka bez głowy. Potrafi przebiec może pięć metrow. Umiera.
Gertruda, jej mąż Brayan mają dziś pyszny obiad. I tłuste ręce od mięsa. Nie lubią używać sztućców.

***
Gertruda bawi się w piaskownicy. Co jakiś czas połyka łyżeczką piasek. W jej żyłach płynie piaszczysta krew.

***
Wielki autokar przyjeżdża do Eichhorn. Miejscowe dzieciaki przygotowują plastikowe torby. To znak, że niedługo dostana kilka czekolad, cukier i Bóg wie co jeszcze.
Gertruda płacze. Głaszcze dzieciaki. Dom numer trzynaście odrapany i szary. Gertruda przyklęka przed domem numer trzynaście. Żylaki na nogach pęcznieją. Pęcznieje mokra chusteczka. Zmarszczki zarysowują się jakoś wyraźniej niż zawsze. Jej Eichhorn. Moje Eichhorn. Niemiecka pieśń rozbrzmiewa w wiśniowym sadzie.

***
Stara Krawcowa rwie pokrzywy dla prosiaków. Słońce dziś wysoko. Będzie pogoda.
Tego dnia runęła ściana.
Gertrudzie przyśnił sie dziwny sen. Że spadło na nią Niebo.

***
Jakiś wandal ukradł drogowskaz. Od tej chwili Eichhorn wydaje się być miejscem bezimiennym, martwym.
Traktory buchają parą. Krowy muczą.

***
Gertruda śpi. Niech śpi. Póki śpi, Eichhorn to jej Heimat.

***
Póki śpię Eichhorn to mój Heimat.

Trwanie i mijanie

Thursday, June 13th, 2002

przez się góry oglądam wewnątrz oceany
topniejące ławice słów podług patosu
drżą na wietrze strącone świeże tulipany
dodać ująć coś lęk zmiętego losu(…)
(Bogdan Miklusz***)

Starszą listy od Matki- nieporadne- zapłać rachunek, bo ci telefon wyłączą- nic nowego- wszystko stare jak życie-

Prosta droga wydaje się kręta-
nic tylko usiąść i płąkać, ale po co- za parę chwil kręta droga wyda Ci się prosta-
nic tylko śmiać się i skakać, ale po co-

i tak źle i tak niedobrze

jak amen w pacierzu

Znowu jest jakieś Niebo

Wednesday, June 12th, 2002

Na początku czujesz ten zapach. Kanapki z serem, kanapki z salami, kanapki z kurczakiem. Potem widzisz napierający na Ciebie tłum. Nie próbujesz się bronić, bo po co, z tłumem przecież nie wygrasz. Uciekasz do słońca podziemnymi kanałami. Jak Anioła ciągnie Cię pod pułap Nieba. Już prawie dotarłeś na szczyt… Pałacu Kultury i Nauki.

W metrze rozmawia matka z córką, córka przeziębiona, matka osłabiona. Parno dzisiaj jakoś. Pot miesza się z zapachem wody kolońskiej i perfun nie pierwszego gatunku.

Chińczycy sprzedają majtki, shorty i biustonosze. Przymierzają nieliczne dziewczyny. Wydzielone tekturową zasłoną miejsce świeci więc pustkami. Tonie w pustce.

Lwy przed Pałacem Namiestnikowskim wciąż nieruchome. Grzywy zapaskudzone ptasimi odchodami głaszczą dziewczynki, które zgubiły się w czasie wycieczki po Starym Mieście.

Zapowiadają cyrk na Polach Mokotowskich. Będzie cyrk na placu Unii Lubelskiej. Motocyklista potrącił … kota.

Oglądam z Julią M. i Jarkiem T. spacer po europejskich, chyba?, burdelach na kanale telewizji- nie powiem jakiej- bo oskarża mnie o kryptoreklamę. Pachnie spermą i śluzem.

Znowu jest jakieś Niebo.

Ps. Spotykam Asię. Klasię.

Genius Loci

Sunday, June 9th, 2002

Genius loci wyciągasz z kieszeni podarte sznurówki. Związujesz nimi włosy- na przekór czasom. Pociągasz nosem-przystępujesz z nogi na nogę-chusteczki w dłoni- zamknietej na cztery spusty. czasem się nawet obejrzysz-za siebie-przed siebie. Jesteśmy jednak podobni-jak dwie krople- mokrej i suchej-wody. Masz mnie dość-niech i tak będzie- niech się więc stanie- swiatłość- na przykład. A staje mur. Murem stajemy-do siebie. Masz oczy pełne łez-a niech tam-ta twoja rola- podobna do kwestii błazna- albo lepiej- clowna-clown jest taki smieszny- ty kolorowa- makijaz spływa ci po policzkach. Jak to się dzieje że- widzimy przez mury?-nikt cię nie prosił-o zdanie- milcz-przynajmniej ty.

Albo inaczej- wyciagasz z kieszeni podarte sznurówki- związujesz nimi włosy- takie czasy. Pociagasz nosem-przystępujesz z nogi na nogę- chusteczki ci wypadły!- pilnuj!- chusteczek. Ogladasz się ponad- paraliżuje cię kamień- jesteśmy do siebie podobni- ten sam wyraz twarzy. Kochasz mnie?-jednak- slowa, słowa, slowa-słowem jesteśmy-dla siebie- tylko-aż. Masz twarz dziewczynki- z zapałkami- gaśniesz jak zapałka- jesteśmy tak blisko- smierci…

Albo inaczej- wszystko było przeciez jak w najpiekniejszej bajce-

Genius loci. Wyciągam z kieszeni podarte sznurówki…

Nie tak miało być

Thursday, June 6th, 2002

Dotknij mnie- pod palcami poczujesz rzep uschły,
wilgoć wieczoru i poranka, tętno
kamieniołomu miasta, oddech stepowej pustki,
tych którzy już nie żyją, lecz których pamiętam.

Dotknij mnie- a poczujesz pod czubkami palców
wszystko to, co istnieje poza mna, beze mnie,
co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu,
wpisując nas w swój bilans zawszepo stronie ujemnej.
(Josif Brodski, ***)

Świat widziany z perspektywy peronu. Świt odbijający się od torów kolejowych, postukiwania młotników, raz po raz zachrypnięte odpowiedzi spikerki: “Pociąg pośpieszny do Olsztyna wiedzie na …”, pochrząkiwanie sklepikarek, pobudka dla bezdomnych. Pan władza patrzy. Pan władza zaraz wylegitymuje. Albo zacznie bić, bo pałka nie może przecież nie wykonywać swoich obowiązków. Poczekalnia to jedna mała noclegownia. Człowiek w wieku około pięćdziesięciu lat w niebieskiej czapce z daszkiem wyciera smarki rękawem swojej kufajki. Oczy czerwone jak zachodzące słońce, ręce przeciążone ziemią i życiem. Obok mężczyzna starszy trochę bez przerwy przewraca się z boku na bok. Usta mu się same otwierają. Pokaż języczek, o, juz dobrze, piękny ma Pan języczek, panie Kaziu czy jak tam masz w ogóle na imię. Piękny, ale chyba gorączka panie Kaziu? Albo kac, panie Kaziu. Wina by się wypiło, wiśniówki jakiej, co? A ja panu, panie Kaziu- takiego…!

Czytam dziennik Ishtar. Drobno zadrukowane kartki papieru… Przedzieram się przez gąszcz myśli. Dopiero piąta trzydzieści. “Pociąg pospieszny do Olsztyna wjedzie…” Wjeżdza. Ogromna maszyna porwała mi dwie kartki z myślami Ishtar, uderzyła w nie, poniosła gdzie pieprz… A przecież coś mi podpowiadało, żeby nie kłaść luźno kartek, ale co tam, nie posłuchało się i…

Około siódmej piętnaście młody człowiek siada w przejściu podziemnym, wyciąga gitarę i śpiewa:”Ale to juz było…” Ziewam. Nie tak przecież miało być…

***

Tuesday, June 4th, 2002

I. zaprotestowała. Spieszę donieść, że większość podkreśleń, zakreśleń, nadkreśleń i przekreśleń w piątym tomie Utworów zebranych Stachury w jeansowej okładce nie jest jej autorstwa. I. rzadko gwałci książki w taki sposób. Nie mniej jednak- gwałci.

Wczoraj byłem świadkiem Święta. Staruszka, wyglądająca przez okno z kamienicy przy ul. Kraszewskiego w Toruniu pięknie się zdziwiła. Pięknie zaokragliły jej się usta i oczy. Pięknie zarysowały mimiczne zmarszczki i inne zmarszczki też. I powiało takim ciepłem, że o mały włos się nie sparzyłem. Noszę w sobie to zdziwienie. I bulgoce. I trwa.

Do trzeciej trzydzieści w nocy siedziałem nad tekstem “Antonycz a poeci europejscy. Paralela światów.” Rzecz o związku literatury ukraińskiej z twórcami francuskimi: Baudelairem, Rimbaudem, czy Zolą i hiszpańskimi, np. Lorką… Rankiem, zaraz po obudzeniu się, poczułem straszliwy ból między obiema półkulami mózgu oraz olbrzymi ból lewej łopatki…

Jedyne sensowne zdanie jakie przychodzi mi teraz do głowy to “Dotknij mnie”. I sam się zastanawiam skąd.

Uciec

Monday, June 3rd, 2002

Zacząć od nowa. Przyjąć nową twarz, nową postawę. Organizować życie od początku. Raczkować jak niemowlę. Poznawać ludzi od podstaw. Widzieć więcej niż mniej. Od nowa wąchać krajobrazy, od nowa dotykać rzeczywistości.

Uciec. Poza sferę tego co teraz. Co Cię więzi, zniewala, męczy. Uciec poza historię i od historii. Zaszyć się we własną niewiedzę. Zostawić stare. Przyjąć nowe. Nowe znamię. Już.

Ukryć się. Przed zagrożeniem, ludźmi, nie załatwionymi sprawami, pokrzywdzonymi przyjaciółmi, kotem, który zbyt często drapie. Ukryć się przed przyszłością. Schować się. Przechować. Przez jakiś czas.

Powtarzają- nie da się uciec. Wszędzie Cię znajdą. Poza tym uciekają tylko Ci, którzy mają coś na sumieniu. ( A może uciekają tylko Ci, ktorzy mają sumienie?).

Masz na sumieniu zbyt wyniosłą przeszłość. Teraźniejszość, która utkwiła Ci w sercu jak pasożyt.

Uciec się nie da…

Dawno temu żyły w wielkim lesie elfy, gnomy i krasnale…

Takie jest życie

Monday, June 3rd, 2002

Wczoraj wzruszyłem się do łez. Zakręciło, zaszumiało, och… Przez godzinę analizowałem piąty tom utworów Stachury w jeansowej okładce. Nie tyle treść, ile podkreślenia, przekreślenia, nadkreślenia i zakreślenia I. Prawie połowa książki została brutalnie zgwałcona podkreśleniami, zakreśleniami, przekreśleniami i nadkreśleniami I. A niech tam!…

Mam tendencje do palenia za sobą mostów. Do stawiania definitywnego “nie” przeszłości, szczególnie tej niekorzystnej, obrazotwórczej. Mam tendencje do zaczynania wszystkiego od początku. Lubię odbijać się od dna. Choć tak naprawdę można się tylko od dna odbić. Od pustej przestrzeni się przecież nie odbijesz. Pusta przestrzeń może Cię co najwyżej wchłonąć.

I taki Poczatek jest dzisiaj. Kolejna zmiana miejsca, kolejne twarze, kolejne Niebo, choć przecież Niebo jest ponoć tylko jedno. Czy mnie to męczy? Tak, czasem jest to nadzwyczaj męczące. Ale przecież tak musi być. Takie jest życie, Błękitny…

Strzępy życia, strępy dzieciństwa

Saturday, June 1st, 2002

Sposób,w jaki przyszedłem na świat nie był niezwykły. Niezwykła była pierwsza reakcja na nową rzeczywistość. Pełna rozpaczy i przerażenia. Utkana z Krzyku.

Fragment dzieciństwa spędziłem w piwnicy z kartoflami. W ciasnej norze przeszedłem inicjację seksualną. Do dziś noszę w sobie zapach ziemi, kartofli i waginy B. Gdy piwnica runęła pod ciężarem czasu i grzechu, często włamywałem się do innych piwnic z kartoflami. Czerń mniej raziła w oczy niż światło.

Fragment dzieciństwa spędziłem pod stołem. W dzień służył on jako maleńki pokoik do zabawy, w nocy schronienie przed pijanym ojcem. Ściany mojego domu przesiąkały łzami, krzykiem i nocą.

Fragment mojego dzieciństwa spędziłem w lesie. Uwielbiałem się w nim gubić, uwielbiałem jak mnie szukano wtedy zawzięcie, jak krzyczano, a ja nie odzywałem się, bo to, że stałem się obiektem zainteresowania połowy wsi, sprawiało mi frajdę.

Fragment mojego dzieciństwa spędziłem na śmietnikach. Zawsze uważałem, że ludzie często zbyt pochopnie podejmują decyzję o pozbyciu sie wielu rzeczy. Choćby białego niedźwiedzia- figurki z gliny, którą trzymam w pamiątkowym kartonie.

Fragment mojego dzieciństwa spędziłem w oddalonej 7 kilometrów od mojej wsi cerkwi. Był to właściwie stary zabytkowy kościół ewangelicki, który z powodów kolein losu zmienił właściciela i zaczął służyć na początku miejscowym pijaczkom udając melinę, później przemianowano go na świątynię greckokatolicką. W tej cerkwii narodziło się zainteresowanie ikonami. Choć ikonostas Nowosielskiego, który miałem okazję oglądać przez wiele lat, do dziś nie zachwyca mnie ani nie wzrusza.

Dziennik

Friday, May 31st, 2002

Piszesz. Powodów jest wiele- chcesz wyrzucić z siebie burzę, próbujesz podzielić się myślami z innymi, pragniesz pomóc tym, którym trudno w samotności.
Albo masz ochotę zabłysnąć- elokwencją, wiedzą, wrażliwością, inteligencją. Albo się pochwalić- wierszem, prozą, jakimś twórczym przebłyskiem.
Niejednokrotnie Twoje pisanie przeradza się w uzależnienie. Czujesz się źle, gdy choć jeden dzień pozostanie “białą plamą”.
Na jednej ze stron internetowych autorka dziennika zamieściła ankietę, w której padło pytanie o szczerość i autentyczność prezentowanych przez internautów zapisków. Ponad połowaosób oddających głos stwierdziła, że rzadko o zupełną prawdziwość tekstów. Że trzeba patrzeć na nie z dystansem i sceptycyzmem. Podobne wnioski padły w opublikowanych w “Gazecie Wyborczej” i “Polityce” artykułach o polskich blogersach.
Jaki więc jesteś autorze dziennika? Ile w Tobie prawdy, a ile fałszu? Ile treści podyktowanych jest przez serce, a ile przez chęć zwykłego zabłyśnięcia, bo przecież “ja też mogę mieć swojego bloga”… Ile w Tobie Kłamstwa, którego czasem się boisz, lub którym żonglujesz z lewa do prawa i z prawa do lewa?
A przecież Kłamstwo czai się wszędzie.
Jestem pewien, że również w tym co piszesz. Bowiem wszystko to, co jest subiektywne, z góry skazane jest na pierwiastek Kłamstwa. To co dla Ciebie może wydawać się Prawdą, dla kogoś innego będzie mżonką. Bardzo trudno więc o obiektywizm.

Dlatego nie przerywaj pisania. Bądź.

Swoją przygodę z dziennikiem internetowym rozpocząłem kilka dni temu. I choć na codzień żyję z pisania, jest to dla mnie nowe doświadczenie. I nowa rzeczywistość, czasem tak bliska, że boję się jej dotknąć.
Usta otwierają się same ze zdziwienia…

Ciało

Thursday, May 30th, 2002

A więc ciało astralne, ciało człowiecze, ciało stałe, ciało pedagogiczne, ciało wiekuiste, Boże ciało, ciało obce… Mnogość klasyfikacji i stratyfikacji. W zdrowym ciele zdrowy duch!

1. Platon przyjmował teorię głoszącą, że ciało jest więzieniem dla duszy. Dusza zostaje osadzona w ciele za karę- za grzechy, które musi odpokutować w zamkniętej przestrzeni homo ludens. (…)
2. Jim Morrison, popełnił samobójstwo, ponieważ jego dusza nie mieściła się juz w kwadraturze jego ciała. Dusiła go od wewnątrz. Tylko poprzez śmierć własnego ciała mógł ocalić duszę.
(…)
3. Anorektycy i bulimicy ciało traktują ze szczególnym okrucieństwem. Ponoć to dla jego dobra. Unikanie posiłków, dbanie o figurę, walka z każdą dodatkową kalorią to codzienność anorektyków i bulimików. Ciało musi być piękne. To ich cel.
(…)
4. Niektórzy poeci unikają pojęcia “ciało”. Ich wiersze lubują się w duszy i duszy oddają pokłon. Zdaje się, że nie przeglądaja się w lustrze.
(…)
5. Z.K., znany krytyk filmowy, promuje filozofię “ważny tylko umysł”. Do studia telewizyjnego przychodzi nie ogolony, śmierdzący, choć co tydzień w nowej marynarce, dobranej w telewizyjnej garderobie.
(…)
6. Jeśli zapytać kobiety o to co jest dla nich najważniejsze w ich życiowym partnerze, większość odpowie, że charakter. Część doda: liczy się tylko wnętrze, wygląd nie ma znaczenia.
Tymczasem każdy związek rozpoczyna się od pierwszego wrażenia.
(…)
7. Wygląd zewnętrzny często mówi wiele o duszy człowieka. W interpretacji wyspecjalizowali się Chińczycy.
(…)
8. Ciało boże albo Boże ciało. Zawsze idealnie dopasowane do Ikony lub obrazu. Zawsze czyste. Nieskalane. W ciało boże wstępuje duch święty. Dopiero wtedy stanowią jedość.
(…)
9. Albo ciało jako teatr. Pantonima ma tu wielkie pole do popisu. Podkreślanie uczuć, emocji odpowiednią formułą ciała dodaje dramatyzmu. Jerzy Grotowski zapisal się w historii teatru jako jeden z największych miłośników ciała ludzkiego.
(…)
10. Ciało jest niezbędne- ponieważ dzięki niemu nie rozpływamy się w przestrzeni wokół. Cywilizacja europejska postawiła sobie Człowieka na piedestale. Inaczej cywilizacja wschodnia, ściślej- świat buddyjski- ucieszyłby się, gdyby ciało rozpłynęło się w przestrzeni.
Ciało pozwala zachować pewną całość i dookreślić ją, zdefiniować. Ujrzeć.
(…)
11. Jedno z wielkich nieszczęść zachodniej kultury- uświecenie ciała, oddzielenie go od duszy, spowodowało masową produkcję środków upiększających, podział pomiędzy brzydkimi a pięknymi, rozwój chorób cywilizacyjnych. Spowodowało dyskryminację i samotność. Media poddały się manipulacji. Ludzkie spojrzenie zmieniło źródło światła.
(…)
12. Ciało wywołuje pożądanie. Opalnizna, kształty- szczególnie kobiecego ciała, pozwalają odczuwać przyjemność seksualną. Zapach kobiecego ciała zniewala. Ruch kobiecego ciała onieśmiela. Feministki nie zawsze wiedzą, jak wielką posiadają broń. To sie nazywa sex-appel.
(…)
13. Są i tacy, którzy miłują się w pokazywaniu swojego ciała publicznie- dotyczy to to miejsc intymnych lub wokółintymnych. Łamanie tabu sprawia im przyjemność.
(…)
14. Zajmowałem się wielokrotnie fotografowaniem ciała starców. Interesowały mnie pęknięcia, przetarcia, rany, interesowała mnie historia zawrta w ich ciele…
(…)
15. Ciało może być również przyczyną wstydu. Że się ma nogi koślawe, albo krzywy i długi nos. Albo, że się ma za bardzo owłosione nogi, albo włosy na plecach. Że się jest kaleką, albo, że się jest ślepcem. Wstyd przelewa się czasem na przekór.
(…)
16. Ciało wytwarza poczucie, że się istnieje.
(…)

Ciało jest śmiertelne. Dlatego tak ważne.

(pełny tekst ukaże się w lipcowym numerze “Przeglądu Socjologicznego”)

Milczenie

Wednesday, May 29th, 2002

Wczoraj zdecydowaliśmy, że przerwiemy tę zabawę. Przepłuczemy nasze gardła nowymi słowami, które przestaną tkwić w nich bez celu. Bez sensu. Sens nie tkwi w słowach, których nie wypowiedzieliśmy. Raczej w myślach.

Gra w milczenie. Spontaniczna. Usłużna.
Pierwszy dzień najprostszy. Potrzebujemy tego czasu. Choćby po to, bu odpocząć- od siebie, od kłamstwa, które momochodem wypowiadamy, od obelg, które czasem nieświadomie rzucamy na wiatr. Poza tym wszystko jak dawniej. Tak samo robimy herbatę. Tak samo czytamy gazetę, tak samo wiążemy sznurówki. Ale cicho. W ciszy. W milczeniu. We śnie gadam sobie z nieznajomą.
Drugi dzień znacznie trudniejszy. Duszę w sobie zdanie. Najprostrze. Najmniej istotne. Piotr H. też. I Michał L. Zaczynamy przepisywać swoje myśli na papier. Komunikujemy się za pomocą kartki i długopisu. To niezbyt uczciwe w tej grze. Tę prawidłowość dostrzega Piotr H. Przestajemy więc mówić do siebie karteczkami. Jest o wiele trudniej. A to dopiero drugi dzień.
Trzeciego dnia Piotr H. dostaje szału. Wypowiada pierwsze słowo. Pierwsze zdanie. Poddaje się. Twierdzi, że to co robiliśmy było głupie i dziecinne. Widać jego zdenerwowanie. Widać rozpacz. Piotr H. nie potrafi sobie poradzić z Ciszą. Poza tym ma pewnie wyrzuty, ze to on jako pierwszy przerwał milczenie. Choć to pewnie nie do końca tak- dwa razy zdarzyło mi się wycedzić przez zęby parę słów. Nie były one jednak celowe. A przecież o celowość nam chodziło. O bezpośredni słowny kontakt między nami.
Piotr H. przegrywa (?). Trudno się do tego przyznać.
Milczenie ciąży na nas mocniej niż jakiekolwiek inne brzemię.
Wspólnie z Michałem L. kontynujemy jednak grę. Kilka godzin.
To on wygrywa. W końcu jednak i on był przecież nie do końca uczciwy. Poruszał ustami w taki sposób, że wydobywał się z nich dźwięk, ledwie słyszalny, a jednak…

Czy byli tu jacyś przegrani- wygrani? Czy ta spontaniczna zabawa wpłynęła na nasze życie? Na pewno była nowym doświadczeniem. I tyle. Nic więcej.

Chyba, że kropka.

Madzia z doliny Muminków

Tuesday, May 28th, 2002

Bo-o-gda-nnnn! Madzia wyrywa się matce, biegnie, biegnie- na skróty- Booo-gdaaa-nnn! Na próżno kurczę się w sobie, udaję, że mnie nie ma. Madzia wiesza mi się na szyi, bierze za rękę. “Teraz będziemy się bawić”- prosi. A ja, skurczony do granic możliwości, nie potrafię odpowiedzieć inaczej: “Tak, Madziu, będziemy się bawić.”
Przeskakujemy z łóżka na łóżko. Madzia śmieje się głośno. Sprawia jej frajdę zmienianie miejsc- bawić się tak może godzinami.
Matka mówi, że gdy Madzia nie czuje wokół siebie zainteresowania, uderza głową o ścianę, krzyczy, rzuca sztućcami. Potrafi rozpoznać każde fałszywe spojrzenie. Nie można być wobec niej nieszczerym.
Lidia Z. prowadzi dzieciaki nad wodę. Będą szukać kamieni i wyczarowywać z nich kolorowe cudeńka. Madzia pomalowała kamień na żółto. Kamień słoneczko. Leży dziś sobie na mojej półce.
Madzia ma zespół Downa . Jak każde dziecko chce być kochana…

Ja-codzienny

Monday, May 27th, 2002

Automatyzm codzienności. Pierwszy ruch powiekami. Pierwsza myśl na dzień dobry. Pierwszy ruch ręką. Pierwszy ruch nogą (pamiętaj, prawą!). Pierwszy widok obolałej twarzy w lustrze. Pierwsza kropla wody na policzkach. Pierwsze śniadanie. Pierwsza godzina pracy-nauki. Pierwsza przerwa na papierosa albo na pierwszy łyk soku. Pierwsza kawa, by nie paść ze zmęczenia, popołudniowa. Pierwszy list, nie pierwszej daty. Pierwsza wizyta Joanny K. Pierwszy obiad. Pierwsza drzemka. Pierwszy spacer donikąd. Pierwsza kolacja. Pierwsze ziewnięcie. Pierwszy sen. Pierwsza w nocy.

To dziwne miejsce. Kręte uliczki, które wiodą niewiadomodokąd. Przy uliczkach ciągi murowanych budowli z czerwonej cegły.. Między żadnej wolnej przestrzeni. Na uliczkach próżno szukać ludzi. Słońce pali niemiłosiernie. Skóra brązowieje. Czoło pokrywaja krople potu. Samotność w tym Więzieniu jest nie do zniesienia. Na nic wołanie- krzyk przeradza się w śmieszny, ledwie słyszalny skowyt.

Często budzę się w nocy, gapię się w jakiś punkt na suficie lub ścianie. Próbuję znaleźć odpowiedź na nigdy nie postawione pytania. W końcu zasypiam, zmeczony brakiem jakiejkolwiek pespektywy na jej odnalezienie.
Rano idę do sklepu po chleb- kupuję bułki, albo zawracam wpół drogi, w końcu mogę się przeciez obejść bez chleba.
Czasami łapię kogoś wzrokiem, przyglądam mu się bacznie, aż ten odwróci głowę, uśmiechnie się lub odchrząknie z niezadowolony. Innym razem milczę całymi dniami, sprawdzając siłę woli, albo spędzam wieczory na ławce w parku, obserwując ludzi śpieszących gdzieś zawzięcie…

W środę Marta L. głaszcze mnie po głowie- to taka tradycyjna forma powitania.

Piszę. Niewiele. W porównaniu z Kiedyś.Niewiele w porównaniu z Wczoraj. Coraz mniej. Trudno mi przesiewac myśli, oddzielać je od plew-natręctw. Czuję głód liter. To jest niemalże głód narkotyczny, głód, którego nie można znieść bez pomocy z zewnątrz. Bez jakiegokolwiek Zadośuczynienia. Oniemiały z bólu chodzę bez celu tam i z powrotem. Szukam jakiegoś punktu zaczepienia. Jakiegoś brzegu. A brzegu nie ma. Jest pustka…

Największym nieszczęściem byłoby dla mnie poddanie się Śmierci. Największym szczęściem- odkrycie Śmierci i Sprzeciw wobec Niej.

“Od brzegu do brzegu ręce”…

Matka

Sunday, May 26th, 2002

Matka traci włosy. Matka traci zęby. Matka traci wzrok. Matka szlocha często po nocach. Nie śpi. Czuwa. Boi się śnić.
Matka gubi się w snach. Ma piękne imię- Daria. Ma w sobie burzę. Burzę uczuć. Czasem bije piorunami. Wtedy milczę. Urodziła się, jak sama mówi, pod złą gwiazdą. Jedynaczka. Skazana właściwie tylko na siebie. Zrezygnowała ze szkoły średniej w wieku 16 lat. Odbiło się to później na całym jej życiu. Do dziś, gdy pochylona do podłogi wyciera ślady butów, ma za złe sobie i światu, że tak musiało się stać. matka wyszła za mąż w wieku 25 lat. Ślub z konieczności. Umarł jej ojciec- więzień Oświęcimia, przymusowy robotnik w Niemczech, a była akurat wiosna. A pole pełne zasianego zboża… Kto ma zebrać te zboże? Sama przecież sobie nie poradzi. Pojawił się więc Ojciec. I zniknął. Później. Straciłem go z oczu. Matka została.

Matka lubi się śmiać. Szczerzy wtedy pozostałe jeszcze zęby i wszystkim robi się wesoło. Matka robi mi śniadanie do łóżka, gdy z rzadka odwiedzam ją w jej domu. Matka cieszy się na mój widok jak dziecko.

Kiedyś wycinałem laurkę dla Matki. Rysowałem kwiatki, wymyślałem wierszyki. Matka je lubiła. Choć nie były do końca szczere.

Biłem matkę po głowie. Albo szarpałem. Albo i jedno i drugie. Nauczyłem się tego od Ojca- tak bić, aby bolało najmocniej, a nie było śladu. Matka kupowała mi czekoladę i lody. dawała z siebie więcej niż powinna.

Nigdy nie powiedziała mi, że mnie kocha. Nigdy nie powiedziałem, że ją kocham. Przez ponad dwadzieścia pięć lat tkwi we mnie to słowo jak rybia ość. Duszę się tym słowem. Nie potrafię go z siebie wykrztusić.

Matka traci włosy. matka traci zęby. Matka traci wzrok.

Nie straciła syna. Kocham ją.

“Kocham Cię, Mamo”

Halina, wiersze i Diana

Saturday, May 25th, 2002

W sobotnio-niedzielnym wydaniu “Gazety Wyborczej” nowa dyskusja prowadzona przez Teresę Torańską, autorkę książek “My” i “Oni”- “sąd nad zawodówką”.Tradycyjnie w dyskusji uczestniczy Halina Bortnowska, filozof, publicysta. Tradycyjnie też mało mówi, więcej słucha. Wyciąga wnioski. Tak było zawsze.

Halinę poznałem rok temu podczas organizowanych przez nią Warsztatów Praw Człowieka Uniwersytetu Warszawskiego. Niska kobieta w okularach, siwa już, zapatrzona w każdego uczestnika seminarium, pzyciągała głębią spojrzenia i oszczędnością słów. A gadać przecież ponoć lubiła- pzyznała się do tego w jednym z wywiadów udzielonych dla Wysokich Obcasów. Przyznaję- bałem się jej. Bałem się rzucić choć jedne słowo, by nie być posądzony o prostotę, niewiedzę czy zarozumialstwo. Kilka dni później byłem gościem w jej domu. Małe mieszkanko więcej liter niż mebli. Ksiązki, książki, ksiązki, do tego kwiaty. Oczywiście, żeby ksiązki miały czym oddychać. W którymś momencie zostałem przyjacielem tego domu, choć Haliny przyjacielem zostać nie śmiałem. Rozmawialiśmy o poezji, czytała i krytykowała ( krytyka nie jest krytykanctwem!) moje wiersze, proponowała Prusa, Słowackiego i Norwida. Napisałem do niej kilka listów- zawsze podwójny- jeden, pisany odręcznie, drugi czcionką drukowaną, powiększoną, bo Halina ma kłopoty ze wzrokiem. Pracowaliśmy wspólnie nad projektem “Dziennikarstwo obywatelskie a mniejszości narodowe w Polsce”, którymimo pomocy ze strony Haliny Fundacja Helsińska odrzuciła. Halina ma wspaniałego psa- suczkę Dianę- zawsze, gdy przychodziłem szczekała( oczywiście Diana…) radośnie, karmiłem ją orzechami, bo Diana lubiła orzechy. Przyznaję,była czasem natręta- wystarczyło jednak spojrzenie Haliny, a uciekała do swojego kąta pod fotelem. Halina robiła mi herbatę z samowaru. Nigdzie indziej nikt nie serwował mi herbaty z samowaru. Smak o wiele bardziej dostojny i wyrafinowany…
Zdarzały się jednak i wpadki w kontaktach z Haliną- np. podczas Międzynarodowej Konferencji na temat Rasizmu w Europie i świecie zadzwonił mi telefon komórkowy, za co zosałem publicznie skarcony i zawstydzony. Innym razem wracając z jednego ze spotkań Fundacji Helsińskiej w Warszawie nie zauważyłem łańcucha odgradzającego ulicę od chodnika- niewłaściwy krok i … Nic się nie stało- zapewniała mnie Halina.Ona pewnie zapomniała, ja nie…
Czy można mówić o przyjaźni pomiędzy starszą osobą a młodzieńcem? Czy jest to możliwe?
Halina Bortnowska przez lata była sekretarzem redakcji krakowskiego “Znaku”, współorganizatorką Komitetu Obrony Robotników w Nowej Hucie, katechetką,redaktorem naczelnym Polis (i ja zostawiłem tam zresztą jakiś ślad…, rzeczniczką porozumienia polsko- żydowskiego… Pomińmy jednak te kwestię, nie jest ona bowiem najważniejsza. Pewnego rodzaju bagaż doświadczeń, zdobytasława, często może być przszkodą w zwykłych kontaktach z innymi ludźmi. Cieszę się, że Halina nie zamknęła się w getcie Wielkich naszego życia publicznego. Że stała się pomocnikiem tych wszystkich, którzy się do niej zwracają- młodych poetów, dziennikarzy, studentów i uczniów liceów czy zawodówek. Starość ma swoje dobre strony. Starość ma czas.
Od roku robię zdęcia starcom. Od nich można wiele się nauczyć. Więcej niż myślisz. Od nich mozna nauczyć się Wieczności…

Janina

Saturday, May 25th, 2002

Dworzec Kolejowy w Ełku. Peron drugi. Przy nim podstawiany właśnie pociąg pośpieszny do Wrocławia. Na peronie niska brunetka. Janina. Na ramieniu torba. W ręku reklamówka. Musiała zabrać ze sobą kilka książek- żeby się w pociągu nie nudzić, ubranie na zmianę-w końcu wyjeżdża na parę dni. Toczyła wielki bój z Matką i Ojcem, aby ją puścli na tę wyprawę.Prawdę mówiąc przegrała ten pojedynek. Uciekła więc. Na własne żądanie.
Telefon. Piotr H. informuje mnie, że czeka na mnie znajoma. Podaje jej imię. Nie wierzę. W końcu w słuchawce rozlega się głos Janiny. A więc jednak. Zaskoczenie.
Przyjechałam do Torunia, by Cię odwiedzić- mówi w ramach przywitania.

Przyjechała, by się zakochać. Platonicznie. Jednostronnie.

Peron trzeci. Dworzec Kolejowy w Toruniu. Podjeżdża pociąg do Bydgoszczy. Do widzenia i dzięki. Janina tuli się w moich ramionach.

Postrzępiony los

Friday, May 24th, 2002

Obrazek z Torunia. Ulica Szeroka. Mijają się mężczyźni i kobiety. Jedni mają rozpromienione twarze, inni wprost przeciwnie- wyglądają co najmniej pogrzebowo. Ulicą Szeroką idzie kobieta. Postrzępione ubranie, grymas na ustach, wilgotne włosy. Na nogach trampki. Z trampek wystające palce. Z palców wystające paznokcie. Długie i mocne, otoczone grudkami ziemi. Nad kobietą rój muszek. W mieście Kopernika to normalne o tej porze roku. Warszawa ma swój smród, a Toruń muszki. Muszki atakują kobietę, lecz ona tego nie czuje. Idzie przed siebie. Niesie reklamówki pełne gazet, jakichś strzępów szmat, butelek… Kobieta idzie pewnie. Wie dokąd zmierza. A nawet jeśli nie wie, to dokądś pewnie zmierza… Ludzie przechodzą obok niej obojętnie. Co wrażliwsi zatykają nosy- panny i mężatki o podwyższonym statusie społecznym.
Pamiętam podobne obrazki z warszawskiego Baru Mlecznego “Złota Kurka”… W tym barze codziennie przez pięć lat spotykałem bezdomnych, narkomanów, alkoholików i inwalidów. Za małe pieniądze wyciułane od przechodniów lub samych klientów baru mogli zjeść sobie zupę grochową za niespełna siedemdziesiąt groszy. Zupa grochowa to było danie dla tych ludzi królewskie- tłuste, dużo kartofli, słoniny, a i czasem jakieś kawałki mięsa się zdarzały…
Napisałem kiedyś artykył opublikowany jednocześnie w Polsce i na Ukrainie pod tytułem:”Żebrak i laleczka”, w którym opisałem losy pewnego bezdomnego, którego jedynym przyjacielem była szmaciana laleczka. Bezdomny spał z nią, zabierał ją na spacery… Karmił kompotem i kisielem…

Kobieta z ulicy Szerokiej ma chyba podobny los. Postrzępiony. Samotny. Kreci.

Obecność obowiązkowa

Friday, May 24th, 2002

To był wielki szok dla wielu ludzi. Rozdziawiali gęby, szukali odpowiedzi, głowili się “dlaczego”. W “Dzienniku Telewizyjnym” spikerka powiedziała do milionów widzów: “Ta śmierć dotknęła nas niespodziewanie”. Umarł Poeta. Umarł na własne żądanie. Na własne życzenie. Bez pożegnania. W samotności.W jego zapiskach odnaleziono potem zdania:”Tak naprawdę czułem się osamotniony. Ludzie przychodzili-odchodzili, zostawiając za sobą krzywe uśmiechy, fałszywe deklaracje. Nie było nikogo, kogo mógłbym śmiało nazwać Przyjacielem”.
Głód obecności. We mnie. W Tobie. W każdym z nas. Wpisana w fizjologię naszej duszy, przytwierdzona do niej na stałe. Podróżowałem kiedyś po zachodniej Ukrainie. Szczególnie upodobałem sobie wsie ukraińskie, ze względu na ich koloryt i specyfikę. Zdziwiłem się jak wielka więż wspólnotowabyła wytworzona wśród tamtejszych mieszkańców. Tam tak naprawdę można było mówić o samotności tylko na własne życzenie. Kiedy zapytałem kilkunastu osób o przyjaźń, w większości nie wiedzieli o co chodzi. Oni żyli przyjaźnią, choć o tym nie wiedzieli.
Podróżowałem też po polskich wsiach- przeraziło mnie to co zobaczyłem. Coraz mniej więzi sąsiedzkiej, coraz mniej życzliwości, przyjaźni, Obecności. Takie czasy- mówiła jedna z mieszkanek wsi pod Augustowem- każdy teraz musi dbać o własną dupę.
Samotność wkrada się w nasze życie. Obecność jest niezbędna, a skoro jej nie ma- nie ma nas w pełni.
Można mieć wielu znajomych, można mieć udane życie- osiągnąć sukces, dobrze zarabiać, być powszechnie podziwianym i szanowanym. I można jednocześnie chorować na Samotność. W komentarzach do śmierci Poety ktoś zawarł zdanie:”On? Taki znany, dobry Poeta? On samotny?”. Rozejrzyjmy się- a zobaczymy, że jest wśród nas wielu, którzy mogliby podzielić los Poety.
Podzielił go Janek, mój znajomy ze szkoły podstawowej… Podzieliła Aleksandra z Gliwic, podzielił Wojtek z Trzcianki… Obecność więc obowiązkowa.

Smak gotowanych kalafiorów

Thursday, May 23rd, 2002

Czy doświadczyłeś kiedykolwiek poczucia porażki? Jaką miała konsystencję? Jaką barwę? Jaki smak? Jak się wtedy czułeś? Denerwowałeś się? Byłeś wściekły? A może stawałeś się Nikim, uciekałeś wgłąb siebie, a czasem i wgłąb własnego cienia?…
POczucie porażki ma w sobie coś, czego nie ma poczucie zwycięstwa.
Pierwiastek Śmierci.

Zadałem dziś Basi kilka pytań:
Co czujesz, gdy przegrywasz?
Czy wierzysz w gorzycz zwycięstwa?
Jaki to ma smak?
Często zwyciężasz?

Oto odpowiedzi:
1. Wielkość tego co czuję nie pozwala na umieszczenie stosownego opisu na tej stronie.
2. Wierzę.
3. Ma smak gotowanych kalafiorów. Jest to smak najlepszy na świecie. Kalafior rozpływa się między podniebieniem i językiem. Pomaga mu w tym roztopione masło i bułka tarta. Jest to smak tak delikatny, że nie ma sposobu, by się nim nasycić w pełni.
4. Bardzo rzadko, bo nie potrafię walczyć- z ludźmi, z sobą. Boli mnie to, że ludzie mówią o przyjaźni, a myślą o korzyści, mówią o miłości, a myślą o seksie, mówią dobro, a myślą dobro dla siebie, mówią wartości, a myślą pieniądze. A ja nie potrafię nie wierzyć w to, co słyszę.

To była Basia.
A ja po prostu…

Miłość bawi się w chowanego

Thursday, May 23rd, 2002

Widziałem małego chłopczyka, który dawał polne kwiaty swojej Matce. Wzruszający widok. Podniebny, rzec by można na tę okazję. Czy to była jakaś forma okazania miłości? Czy może zwykły gest, chęć pochwalenia się zebranym pękiem kwiatów. Rozterki nad obrazem, który pojawił się przed moimi oczami przed paroma godzinami na jednym z wielu toruńskich zieleńców, są jednak głębiej osadzone.
Miłość… Aż trudno uwierzyć, że coś jeszcze znaczy… Częstowano nas tyloma interpretacjami miłości,interpretacjami filozoficznymi, podwórkowymi, biologicznymi, antropologicznymi, psychologicznymi, że dziś trudno jest nam tak naprawdę odnaleźć się w tym systemie pojęć i definicji.
Ucieszyłem się kiedyś, widząc staruszków trzymających się za ręce. Widok oszałamiający, czasem wręcz śmieszny, bo my przywykliśmy przecież do sytuacji, że to młodzi ludzie spacerują trzymając się za ręce.

Miłość jest dziś szorstka. Najeżona. Czasem wydaje mi się, że straciła ona już swoje pierwotne znaczenie. Ale przecież nie możemy pozwolić, aby umarła…

Powiedziałem dziś koledze, że ja się nigdy nie ożenię. Że się nie nadaję. Jakoś nie mógł uwierzyć. Nie przełknął moich słów. Zaprotestował. Ktoś nadwrażliwy mógłby szukać w tej reakcji jakiegoś pierwiastka fałszywego, wygenerowanego przez kulturę, wręcz automatycznego. Ale ja uwierzyłem, że jego reakcja była autentyczna.
Przyjmijmy więc, że się ożenię. Lecz czy będę zdolny do prawdziwej Miłości? (Pomijam tu pewną idealną koncepcję zawartą w Liście do Koryntian św. Pawła)
Oto rejestr moich związków: Małgorzata( 4 lata razem), Kamila (7 miesięcy razem), Iza (4 miesiące razem).

Prawdziwa Miłość często bawi się w chowanego…

Cała historia z chłopczykiem, kwiatkami i Matką została wymyślona…