28/02/11

Od kilku dni mam w sypialni radio, ustawione na ukraiński kanał, doświadczając jedności z narodem, który żyje jakby na wyciągnięcie ręki, za Sanem, pięć kilometrów na wschód.  Język ukraiński odbudowuje też moją zranioną tożsamość, świadomie kształtuje nowy, świeży fundament pod starą, podniszczoną bryłę ojczyzny, do remontu. Z drugiej strony wprowadza zamęt, stawia trudne pytania na przyszłość.

Po polskiej stronie granicy, w Lutowiskach, słucham dziecięcych szczebiotów, prostych, ale przejmujących słów ludzi pozbawionych dorosłego spojrzenia na rzeczywistość, naiwnych, beztroskich i pozbawionych strachu wypowiedzi, bezwstydnie obnażających prawdę.

W drodze powrotnej ze sklepu przewracam się o kawałek wiersza Twardowskiego, przypomniał mi się fragment ni przypiąć ni przyłatać w środku życiowej prozy.  Los mnie kopnął; tylko wiersze od Jana kleją się do mnie na starość.

Zostały mi dwie zapałki, jedna na dzisiejszy wieczór, druga na jutrzejszy poranek, noc w międzyczasie.

Kasza jęczmienna na obiad w sosie pomidorowym z dodatkiem kawałków kiełbasy bieszczadzkiej; kiełbasa bieszczadzka da się strawić jedynie w kawałkach. Marchewkę trzeba jeść jedynie w całości, nie daje się strawić w kawałkach.

Niespełniona poobiednia drzemka; walkę na jawę i sen kończy spacer do lokalnej biblioteki. Przeglądam stare numery Gazety Bieszczadzkiej; ani jednej ważnej chwili.

W skrzynce mailowej list od Andrzeja, kilka linijek kartki, gdyby nie umieć czytać, wystarczyłoby czuć.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*