[o pisaniu]

Nie mam wątpliwości, że wszystko zaczęło się od dnia, kiedy przywieziono mnie ze szpitala i po raz pierwszy przekroczyłem próg swojego domu. Zwykło się wtedy kłaść na progu coś symbolicznego, coś, co będzie później odgrywało olbrzymią rolę w życiu nowonarodzonego dziecka. W moim wypadku była to kartka i długopis, przedmioty, które babka starannie wpisała w moją przyszłość. Ludowy zabobon, okazał się na tyle silny, że realny- od tamtego czasu opisywanie świata stało się u mnie sprawą naturalną i oczywistą.

Nie byłem geniuszem, pisać nauczyłem się w wieku siedmiu lat i żaden grafolog nie przepowiadał mi świetlanej przyszłości. Jedynym elementem wyróżniającym mnie spośród innych dzieci, był fakt, że uwielbiałem godzinami przesiadywać przy stole przepisując całe zdanie z książek, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Byłem wtedy wyjątkowo skupiony i denerwowałem się, jeśli ktoś próbował mi przerwać moją sesję nad kartką papieru. Nie pozostawało to bez wpływu na moją pamięć, bez problemu zapamiętywałem nawet kilkunastostronicowe dialogi, w szkolnych przedstawieniach dawano mi najdłuższe role.

Uwielbiałem pisać listy i pisałem ich dziesiątki tygodniowo, każdy po kilka stron, albo więcej. Miały dla mnie przede wszystkim terapeutyczną wartość, pozwalały wyzwolić się z emocji, otworzyć na świat, zdobyć przyjaciół. Z pewnością były pomocne w prywatnych problemach osobistych i rodzinnych, świadomość wysłuchania przez korespondencyjnego przyjaciela dawała otuchy, zmniejszała lęk i ból. Przez wiele lat prowadziłem tego typu dyskusję, walcząc piórem z codzienną chandrą i wrogością otoczenia. Miałem setki korespondencyjnych aniołów i żadnego realnego, dla którego mógłbym otworzyć gębę i serce. Zmieniło się to parę lat później, gdy zaproponowałem kilku osobom z klasy wymianę prywatnej korespondencji; pomysł miał uratować wzajemne relacje, wyczulić na indywidualne potrzeby, scalić nas w bardziej zgraną, rozumiejącą się grupę młodych ludzi. Była to właściwie w tamtym czasie ostatnia deska ratunku i każdy pomysł wydawał się dobry. Okazało się, że pomysł okazał się nie tylko dobry, ale wręcz znakomity. Spośród dwudziestu osób w grupie tylko pięć nie uczestniczyło w dyskusji. Listy pokazały, że wcale nie jesteśmy sobie obcy, że doświadczamy podobnych uczuć i lęków, mamy podobne problemy i potrzeby. To pisanie to była piękna szkoła przyjaźni, nie tylko wzmocniła więzi między nami, ale także dodała nam odwagi do wzajemnych otwartych i pełnych zaufania rozmów, zbudowała wspólnotę na tyle silną, by była w stanie dalej funkcjonować w szkole i poza nią.

Wiersze zacząłem pisać z potrzeby serca. Nie miałem jeszcze pojęcia o poezji, ale miałem pojęcie o życiu. Były bardziej osobiste niż listy, dlatego często lądowały w szufladzie, na samym dnie, z dala od oczu niepożądanego czytelnika. W pamięci i sercu żyły krótko- od emocji do emocji, od słowa do słowa. Stanowiły rodzaj pamiętnika, zamkniętego czasem w rymowanej, czasem w białej formie. Rodzaj sekretu, do którego klucz znajdował się w moich dłoniach. Tamte wczesne, niedojrzałe ale autentyczne wiersze zawierały kod do mojego dzieciństwa, odpowiedź na nurtujące pytania dotyczące mojej przeszłości, krok do zrozumienia mojej osobowości i charakteru. Choć wiersze pisałem od dwunastego roku życia, pierwszy utwór ujrzał światło dzienne prawie cztery lata później- tyle czasu potrzebował, by się oswoić w sobie, zdobyć odwagę na podróż poza własną granicę i przestrzeń. Dobre recenzje dodawały mi otuchy, pozwalały kontynuować drogę przez poezję, kształtować warsztat, modelować słowa, bez oglądania się za siebie, bez lęku, że wiersz stanie się pośmiewiskiem odbiorcy. Było to z pewnością wynikiem przywiązania się do własnej twórczości- każdy utwór traktowałem bardzo osobiście, każdy atak na jego wartość traktowałem jako atak na moją osobowość. Po latach pacy zrozumiałem, że często poezja ma się dobrze obok jego twórcy, krytykę literacką swoich wierszy zacząłem przyjmować jako bodziec do pracy nad stylem i wartością artystyczną; a negatywną opinię odbierać nie jako atak na autora, lecz atak na treść. Zrozumiałem, że wiersz nie musi być zawsze poważny, słowem można się także bawić, choćby tak jak na warsztatach Danki Wawiłow w Rajskiem, kiedy z naszych wierszy robiliśmy statki i puszczaliśmy na Solinie, albo zapisywaliśmy strofy farbą olejną na przydrożnych kamieniach…

Gdy w 1990 roku Małgorzata Dobrowolska napisała swój artykuł o warsztatach dziennikarskich „Świata Młodych” ogarnęła mnie lekka zazdrość. To był bardzo ciepły materiał o wspólnocie ludzi realizujących swoje pasje, uczących się jak w sposób interesujący i poprawny pisać o rzeczywistości, która nas otacza, jak przelać na papier wrażliwość na drugiego człowieka i żyć w społeczeństwie otwartym i mądrym. Pragnienie dołączenia do tych ludzi było tak silne, że postanowiłem rozejrzeć się wokół siebie. Tak oto rozpoczęła się moja dziennikarska przygoda z pisaniem. Najpierw, wspólnie z kilkoma zapaleńcami założyliśmy szkolne pismo, mieliśmy po trzynaście lat i sporo nam się nie podobało, chcieliśmy na jego łamach piętnować niesprawiedliwość i walczyć o prawa ucznia; nie zdawaliśmy sobie sprawy, że czuwać będzie nad nami Cenzor, który wytnie to, co niewygodne, zostawi zaś to co przyjemne i nieszkodliwe. Byliśmy pełni werwy i młodzieńczej spontaniczności, lecz nie byliśmy przygotowani na krytykę. Wydaliśmy kilka numerów pisma, ale ze względu na zbyt dużą inwigilację dorosłych postanowiliśmy nie kontynuować dzieła. Demokracja może wkroczyła do Polski, ale nie do polskich szkół, była obecna na ławach sejmowych, ale w ławkach szkolnych zupełnie jej nie znano. Pod koniec 1990 roku w jednym z numerów szkolnego pisemka chciałem zamieścić tekst o braku papieru toaletowego w ubikacji, ale polonista kategorycznie odrzucił moją propozycję, tłumacząc się, że to nie jest żaden problem, bo papieru teraz nie ma, ale jutro będzie, nie przyjmując do wiadomości, że papieru nie ma już od miesiąca. Dopiero kilka miesięcy później tekst ukazał się na łamach ogólnopolskiego pisma „Świat Młodych” i w taki sposób świat dowiedział się o górowskim, wstydliwy problemie. O dziwo, tekst zamiast krytyki przyniósł pozytywny oddźwięk- czytał go nagłos nauczyciel muzyki i polskiego, a ja czułem się dumny, że spotkało mnie takie wyróżnienie. Potem były kolejne teksty, zostałem zaproszony do kolegium redakcyjnego kilku pism lokalnych, pisałem po polsku i po ukraińsku, zajmowałem się głównie tematyką społeczną, piętnując każdą niesprawiedliwość, bezczynność i błąd. Zdobywałem nowych przyjaciół, ale lista wrogów stawała się również długa, dla niektórych byłem niepożądanym pismakiem, który zamiast zamknąć gębę, głośno krzyczał. Grupa skinheadów próbowała okaleczyć w miejscowym park za nieprzychylny materiał na ich temat, z tego też powodu w szkole pojawili się przedstawiciele policji, których wysłał dyrektor domu kultury, niezadowolony z tekstu o braku inicjatyw szefa instytucji. W 1992 roku na pierwszej stronie „Dziennika Pojezierza” zamieszczano mój wywiad z narkomanką, nosicielką wirusa HIV pt. „Nie potrafiłam odmówić”. To był chyba najtrudniejszy materiał, jaki zrealizowałem w swoim życiu. Wymagał ode mnie wiele samozaparcia, wagarów, odwagi, lektury, ale był chyba najpiękniejszym tekstem, jaki udało mi się kiedykolwiek napisać. Niewiele w nim było moich słów, autorem tekstu była przede wszystkim kilkunastoletnia Ewelina, której życie pokazało mi, że moje problemy wcale nie są takie duże, że są ludzie którzy wymagają większej troski i uwagi, obok nas, wystarczy tylko szerzej otworzyć oczy i serce.

Pisać prozę zacząłem stosunkowo późno. Pierwsze próby pojawiły się już co prawda w szkole średniej, gdy powstały cykle miniatur „Rozmowy z Kamykiem” oraz „Portrety sentymentalne”, ale nigdy nie zostały one dokończone, przerwane w połowie zdania, rozpłynęły się w czasie. Dopiero w okresie warszawskim 1996-2001 pojawiły się pierwsze opowiadania, początkowo inspirowane twórczością Edwarda Stachury, którego życiopisanie uczyło mnie współodczuwania treści świata, potem wykształcił się własny styl utworów literackich, zbudowanych na prostych zdaniach, często poetyckich, prawie zawsze zawierających elementy autobiograficzne. Większość miniatur powstało między wierszami, w nie lubianej wówczas Warszawie, między kolokwium z gramatyki historycznej języka ukraińskiego a kolokwium z łaciny. Były odskocznią od dnia codziennego, ale z drugiej strony często zawierały osobiste notatki życia prywatnego, były efektem przeżyć wewnętrznych, rozterek, zawiłości losu. Uczyły pokory wobec samego siebie, tworzyły zwartą całość, przyczynek do autobiografii. Ponownie pojawiły się kilka lat później, zupełnie odtrącone w emigracyjnym etapie twórczości, gdy dziennik przejął twórczą inicjatywę, kroniki wypełniały czas życia na obczyźnie. Po powrocie do Polski nabrały nowego znaczenia, w 2010 roku powstało prawie dwadzieścia nowych miniatur, w większości nigdzie nie publikowanych, czekających na swoją kolej w szufladzie.

Dzienniki, najpierw w formie luźnych notatek, potem zwartych całości, zacząłem prowadzić w szkole średniej, choć najwięcej treści zawierają te z lat 1993-2002, zapisywane w kalendarzach i skoroszytach. Często notatki nie miały nic wspólnego z literaturą, znaczyły tyle ile mogły w sobie zmieścić wspomnień. Wypełniały je zwykłe wydarzenia i luzie, miejsca spotkań, numery telefonów, krótkie relacje z pokazów filmowych i spektakli teatralnych, streszczenia listów od przyjaciół, listy do zrobienia, wartość długów do oddania, pierwsze wrażenia ze spotkania z ukochaną, plany na przyszłość i rocznice urodzin przyjaciół, nie miałem bowiem głowy do dat i często zapominałem złożyć życzeń jubilatce/jubilatowi. Niektóre z notatek w dziennikach były opisem przedziału w kolejowym wagonie, a szczególnie jego pasażerów, nie pomijając nawet najmniejszego szczegółu, albo streszczeniem rozmowy telefonicznej z matką. Dzienniki całkowicie Ne przypominały późniejszych notatek publikowanych w blogu, dzikie, pozbawione zwartości, chaotyczne i nieokiełznane.

Blog miał być zupełnie inny. Już z samego założenia pozbawiony był rozpusty słów. Miał być refleksją nad codziennością, nie zapisem codzienności. Miał takie samo prawo do przeszłości jak i do teraźniejszości i przyszłości. Stąd też treść często nie odzwierciedlała życia tu i teraz, raczej podsumowywała życie, szukała powiązania w międzyczasie, uczyła otwierać się na to, co nadejdzie. Blog był miejscem do zwierzeń, również tych intymnych, często zakodowanych symbolicznie, rozpoznawalnych tylko przez nielicznych. Stanowił pomost między poezją a prozą, i tak zawsze traktowałem swoje notatki w blogu; stojąc na moście widziałem przeszłość i przyszłość, teraźniejszość mając pod nogami, dotykając jej gołymi stopami i odczuwając każdą grudkę ziemi. Pisanie bloga zawsze dawało mi radość, pozwalało spojrzeć na siebie z perspektywy czytelnika, dodawało odwagi i czyniło odważnym.

Przyzwyczaiłem się opisywać świat. Każdego dnia w ramach gimnastyki palców pozwalam sobie na odrobinę pisania pod wiatr, kilka stron zapisków bez większej wartości do walki z brakiem weny; gdy czasem zaglądam do tych notatek chce mi się śmiać- otwierają się bowiem przede mną dziecięce błędy ortograficzne, całkiem pozbawione gramatyki konstelacje słów, mogę się wtedy poczuć tak jak dawniej, beztrosko i nieodpowiedzialnie. Kilka minut późnej dodaje mi to odwagi, uświadamia, że dziś stać mnie na więcej. Na lepiej. Rozumniej.

Spisałem siebie, niebieską kredką, na brudno. Mam świadomość, że gdzieś czeka na mnie jakaś czysta kartka.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*